Gazeta Edukacyjna dla refleksyjnych pedagogów

Piątek, 18 maja 2012 r. 139 dzień roku

                                                                                                                                                Forum | Czat | Kontakt | Partnerzy | Mapa Strony








 
Strona Główna | Bibliografie | Recenzje | Konferencje | O Gazecie Edukacyjnej 
 
centrum konferencyjno widowiskowe Lutnia
 Badania i raporty
 Blogosfera
 Felieton
 Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne proponuje
 Gorący temat
 Impresje Małgorzaty
 Polecamy
 Publikacje
 Relacje praktyków
 Szkoła z pomysłem
 Wydarzenia
 Bibliografie
 Recenzje
 Konferencje
 O Gazecie Edukacyjnej
 Partnerzy
 Inspirujące
Strona Główna > Publikacje > Autonomia szkoły. Złudna wizja czy realna możliwość?


Autonomia -  to prawo do samodzielnego rozstrzygania spraw wewnętrznych danej zbiorowości. Czy autonomia szkoły publicznej - to rzeczywista potrzeba, przejawiana powszechnie przez społeczności szkolne i kierujących nimi dyrektorów? Czy w ogóle jest ona w szerszym niż dotychczas zakresie możliwa? Czy dążą do niej społeczności lokalne? Czy jest to jedynie idealistyczna wizja, do której tęsknią nieliczni, a którą demokratycznej władzy wypada głosić?

 

Uznałem że nadszedł czas realizacji obietnicy, jaką złożyłem w Nr.41/2009 „Gazety Szkolnej", gdy odpowiadając panu doktorowi Stefanowi Wlazło na zarzut, iż nie doceniam roli nowego rozporządzenia w zwiększaniu autonomii szkół, stwierdziłem, że w tamtym (krytykującym nowe rozporządzenie o nadzorze) artykule pisałem głównie o organie nadzoru, i że mogę chyba sam sobie określać priorytety moich publikacji. Być może wkrótce podejmę temat „Autonomia polskiej szkoły - model a rzeczywistość".

 

I właśnie temat ten podejmuję. Z tą tylko różnicą, że nadałem mu nieco inny tytuł. Jest to spowodowane nowymi okolicznościami, jakie zaistniały w jego „w obszarach i kontekstach". Bezpośrednim bodźcem zajęcia się kwestią autonomii polskich szkół, a co za tym idzie - stopniem niezależności decyzyjnej ich dyrektorów, stał się komunikat, zamieszczony na internetowej stronie Sekcji Krajowej Oświaty i Wychowania NSZZ „Solidarność" ze spotkania Zespołu opiniodawczo-doradczego do spraw statusu zawodowego nauczycieli, które odbyło się 21 lipca 2010 r. Trochę to dziwne, że nie znalazłem o tym wydarzeniu choćby małej wzmianki na stronie MEN, ale zrzucam to na karb ministerialnej kanikuły. Przejdźmy do sprawy.

 

Otóż jedynym tematem tego spotkania była kwestia "Jaki ma być status dyrektora szkoły?" Pomińmy w tym miejscu, zasadne i w moim przekonaniu, zastrzeżenia strony związkowej, czy status zawodowy dyrektorów powinien być omawiany przy okazji tematu Karty Nauczyciela. Ich zdaniem reguluje to bardziej Ustawa o systemie oświaty. Tak czy siak, przy tej okazji poznaliśmy różne wizje autonomii polskiej szkoły i jej dyrektora.

 

Szkoda, że MEN nie upubliczniło materiału, który na tym spotkaniu prezentowali jego przedstawiciele. Czytamy o tym w komunikacie oświatowej „Solidarności": „Dyskusję nad tematem przewodnim spotkania poprzedziły prezentacje o statusie dyrektorów szkół w krajach europejskich, ich wyłanianiu i powoływaniu, kompetencjach, zarobkach, czasie pracy i wymaganiach jakie muszą spełnić kandydaci na szefów placówek oświatowych." Bo był to niezwykle inteligentny zabieg strony rządowej, gdyż jak skąd inąd wiadomo [ Autonomia szkół w Europie - strategie i działania" , <Eurydyce. Sieć informacji o edukacji w Europie>, Fundacja Rozwoju Systemu Edukacji, Warszawa 2008], w Europie jest po prosu różnie! Każda wersja przyjęta w polskim rozwiązaniu docelowym może być wsparta argumentem, że przecież jest tak również w krajach X, Y i Z !

 

Wróćmy do naszych krajowych stanowisk w przedmiotowej sprawie. Zacznę, cytując oczywiście jedyne dostępne źródło wiedzy na ten temat, od poglądów, jakie wygłosiła reprezentująca na tym spotkaniu resort edukacji pani wiceminister Lilla Jaroń, która „stwierdziła, że dobry dyrektor powinien łączyć kompetencje nauczyciela i menedżera, a jakości szkoły nie da się zapewnić z zewnątrz. Przepisy prawa nie do końca są realizowane w relacjach organ prowadzący - dyrektor i dyrektor - nauczyciel... [...] Należy zastanowić się, czy wzmacniać autonomię dyrektora w przepisach oświatowych? Czy stworzyć nową (odrębną) ścieżkę wyłaniania i powoływania dyrektorów? - pytała wiceminister."

 

Zaiste, trudno o bardziej banalne, żeby nie powiedzieć - nieprofesjonalne - twierdzenia! A już słowa: „Należy zastanowić się, czy wzmacniać autonomię dyrektora w przepisach oświatowych? Czy stworzyć nową (odrębną) ścieżkę wyłaniania i powoływania dyrektorów?" są kuriozalne! Czy to znaczy, że ta nowa ścieżka nie byłaby elementem przepisów oświatowych? No cóż, pani podsekretarz stanu nie jest prawnikiem, a ekonomistką, a mówiąc o relacjach organ prowadzący - dyrektor, wie co mówi. Wiceministrem jest dopiero od roku, a przedtem siedem lat była dyrektorem Wydziału Edukacji Urzędu Miejskiego we Wrocławiu i zarządzała 250. placówkami!

 

Wróćmy do ujawnionych na lipcowym spotkaniu poglądów o statusie dyrektora szkoły publicznej. Przytoczę tu tylko, znowu za komunikatem „Solidarności", najbardziej zaskakujące z nich. I tak, przedstawiciel tego samego rządu, ale reprezentujący Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji, wygłosił pogląd, że należy w sprawach zarządzania szkołami zwiększyć kompetencje jednostek samorządu terytorialnego.

 

Natomiast przedstawiciele tychże postulowali bardzo konkretnie: skrócenie kadencji dyrektorom (?), stworzenie (poza oceną pracy) jeszcze innych instrumentów ułatwiających zwalnianie nauczycieli i odwoływanie dyrektorów. To akurat nie dziwi - możliwość awansowania „swoich" ludzi i łatwiejsze pozbywania się nieposłusznych zawsze nęciła wójtów, burmistrzów i starostów. Bardziej niezrozumiały jest postulat NSZZ „Solidarność"  obligatoryjnego organizowania konkursów na dyrektorów i rozliczania tychże po każdej kadencji z osiągnięć. Wyszło szydło z worka, kto czuje się właścicielem szkół! Jako miejsc pracy swych członków, oczywiście. I kto chce, co 5 lat, uświadamiać dyrektorom, że warto z szefami lokalnych struktur związkowych nie wchodzić na ścieżkę wojenną!

 

Można uznać za oczywisty postulat reprezentanta Społecznego Towarzystwa Oświatowego, który stwierdził, że potrzeba więcej autonomii i zaufania dla szkoły i dyrektora. Jego zdaniem dyrektorzy powinni mieć: swobodę w zatrudnianiu i zwalnianiu nauczycieli. Wszak w szkołach społecznych w zasadzie jest tak od zawsze ( nie licząc wpływu zarządów stowarzyszeń czy rad nadzorczych, tworzonych w tamtych strukturach). Tylko dlaczego zabrali głos na temat ich nie dotyczący?

 

Nie mogę pominąć głosu podmiotu, zasłużonego w opiniowaniu wszystkich edukacyjnych inicjatyw legislacyjnych Rządu, czyli Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kadry Kierowniczej Oświaty. Jak napisano w komunikacie, jego przedstawiciel „rzucił" pomysł, aby dyrektorzy stali się odrębną grupą zawodową z własnym kodeksem etycznym. Skrytykował kursy kwalifikacyjne z zarządzania oświatą uznając je za niewystarczające i proponując dodatkowe kursy wakacyjne.

 

No, oczywiście! To zjawisko znane od niepamiętnych czasów! OSKKO, z platformy dyskusyjnej, w miarę upływu lat istnienia i przyrostu liczby członków, na naszych oczach staje się stopniowo czymś na kształt  korporacji zawodowej, dążącej do coraz większego wpływu na swych członków, a także na uzyskiwanie uprawnień do tego „zawodu". Jakby nie pamiętano, że już w PRL w jednej z komedii wykpiono „zawód dyrektor"! Nie przeszkadza to, jak widać, w sugerowaniu, że tylko to środowisko posiada odpowiednie kompetencje, aby właściwie wyszkolić nowych adeptów elitarnego klanu dyrektorskiego Coś za bardzo zaczyna to poprzypominać korporacje prawników!

 

Tyle o aktualnym kontekście rozważań o autonomii szkoły. Pora, na tym tle, spróbować poszukać odpowiedzi na kilka, wcale nienowych pytań. „Czy autonomia szkoły publicznej jest powszechnym dążeniem środowisk nauczycielskich? Czy jest uświadamianą potrzebą środowisk lokalnych? Czy może stać się swoistym panaceum na wszystkie słabości polskiej szkoły? Czy uprawnionym myśleniem jest przenoszenie doświadczeń szkół społecznych do systemu szkolnictwa publicznego?" To pytania, które postawiłem w opublikowanym w „Gazecie Szkolnej" nr 3-4/2008 artykule, zatytułowanym „Alternatywna wizja autonomii". Wtedy moją odpowiedzią była koncepcja przeniesienia do edukacji systemu zwanego franchizingiem. Nie miejsce tu na streszczanie owej koncepcji. Osoby zainteresowane mogą sięgnąć do numeru archiwalnego lub do zasobów Internetu .  

 

Dzisiaj podejdę do tematu autonomii szkoły bardziej systemowo. Po pierwsze - należy przyjąć, że sprawa dotyczy wyłącznie szkół publicznych, to znaczy takich, dla których organem prowadzącym jest jednostka samorządu terytorialnego. Pora uświadomić to sobie, że szkoła w tym systemie nie jest „wolnym bytem", a organizacją (w znaczeniu „rzeczą zorganizowaną"), będącą częścią większej struktury administracyjnej. I tak długo, jak długo środki na jej funkcjonowanie będą pochodziły z kasy samorządu (bo przez tę kasę przechodzi także subwencja oświatowa), tak długo wójt, starosta, burmistrz czy prezydent nie zrezygnują z prawa wpływu na sposób ich wydatkowania, a także - jako pracodawca - na dobór kadr kierowniczych, a za ich pośrednictwem - także na zatrudnianie tam wszystkich innych osób: nauczycieli, administracji i pracowników obsługi. Postulując ideę autonomii należy wyraźnie sprecyzować, co miałoby to oznaczać dla tych dwu istotnych dla funkcjonowania szkoły, obszarów.

 

Mamy już w Polsce w tym zakresie wypracowane od lat rozwiązania. Trzeba je tylko na nowo przejrzeć i zmodyfikować wszędzie tam, gdzie się nie sprawdziły, albo tam, gdzie niepotrzebnie krępują inicjatywę dyrektorów szkół. W mojej ocenie warto zastanowić się nad stopniem swobody dysponowania przez dyrektorów szkół ich budżetami. Co prawda nie ma tu zbyt wielkiego pola do manewru, ale można podjąć taką próbę. Pominąwszy tak zwane „sztywne" wydatki (fundusz płac i jego pochodne oraz stałe koszty eksploatacji budynku) pozostają w zasadzie tylko środki na pomoce naukowe i eksploatację „infrastruktury dydaktycznej", nie mówiąc o ewentualnych remontach, modernizacji obiektu, czy wręcz inwestycjach! W którym miejscu można dać dyrektorowi szkoły prawo do samodzielnego rozstrzygania o przeznaczeniu środków finansowych na te a nie inne cele? Oto jest pytanie dla lobujących za dyrektorską autonomią.

 

Zapewne byłoby dużym krokiem naprzód, gdyby udało się, w ramach poszerzania dyrektorom szkół zakresu ich autonomii w sprawach finansowych, doprowadzić do takich zapisów, które będą ich motywowały choćby do oszczędzania energii elektrycznej i cieplnej... Bo obecnie zaoszczędzone przez wyłączanie zbędnego oświetlenia złotówki nie mogą być przeznaczone, przykładowo, na zakup nowoczesnej, cyfrowej technologii edukacyjnej. Także operatywni dyrektorzy, pozyskujący środki z wynajmowania wolnej po zajęciach lekcyjnych szkolnej bazy dydaktycznej czy sportowej, nie zawsze mogą w pełni dysponować nimi na potrzeby tejże szkoły.

 

Także warto na nowo przemyśleć rzeczywiste uprawnienia dyrektorów szkól w zakresie polityki kadrowej. Jest to co prawda wyraźnie zapisane w artykule 39. Ustawy o systemie oświaty, że dyrektor jest kierownikiem zakładu pracy dla zatrudnionych w szkole lub placówce nauczycieli i pracowników nie będących nauczycielami, a w szczególności decyduje w sprawach zatrudniania i zwalniania nauczycieli oraz innych pracowników szkoły, ale praktyka dostarcza dowodów, że w wielu przypadkach nie zawsze tak się dzieje. Tylko jak to zapisać w prawie, aby nie był to martwy zapis, że dyrektor nie musi ulegać „propozycjom nie do odrzucenia", jakie często otrzymuje od swojego przełożonego, aby zatrudnić konkretnie tę a nie inna osobę? Bo o większej swobodzie w kształtowaniu zespołu kompetentnych, sprawdzonych nauczycieli (co musi oznaczać możliwość zwolnień osób nieprzydatnych), nie można mówić tak sługo, jak długo nie zapadną wiążące decyzje o zawodzie nauczyciela w ogóle!

 

Skoro o szerokiej autonomii dyrektorów szkół publicznych w zakresie budżetu, a w praktyce - także w niektórych sprawach kadrowych, nie można w istniejących warunkach snuć realnych projektów, pozostaje zająć się sferą procesu edukacji. Ale i w tym obszarze za jeszcze większą autonomią szkoły, niż ta, którą daje jej obecnie obowiązujące prawo oświatowe, nie przemawia zbyt wiele argumentów. Bo czy byłoby z pożytkiem dla uczniów, ale i dobra społecznego, aby znieść obowiązek realizowania przez wszystkie szkoły centralnie określanych podstaw programowych, albo zasad oceniania, klasyfikowania i promowania? Także nietrudne do przewidzenia szkody mogłaby przynieść likwidacja obowiązku respektowania przez szkoły ustalanych przez ministra edukacji ramowych planów nauczania! I to są w zasadzie jedyne sprawy, w których decyzja nie należy do szkoły. Pozostałe rozwiązania, takie jak program nauczania, podręczniki, rodzaj i zakres godzinowy zajęć poszerzających treści programowe i zajęcia dodatkowe, a przede wszystkim program wychowawczy i profilaktyki, stosowany system kar i nagród, przyjmowanie i skreślanie uczniów - od dawna podlegają decyzjom sprawczym jednego z organów szkoły: rady pedagogicznej, dyrektora szkoły, a jeżeli została utworzona - rady szkoły.

 

Także wprowadzony przed niespełna rokiem nowy system nadzoru pedagogicznego dał w tej dziedzinie dyrektorom szkół dużą samodzielność. Rozporządzenie o nadzorze nie precyzuje szczegółowo czynności nadzorczych dyrektora. Wymaga od niego tylko napisania planu nadzoru pedagogicznego, co w praktyce sprowadza się do niezbyt obszernego dokumentu, zawierającego cele, przedmiot ewaluacji wewnętrznej oraz jej harmonogram, tematykę i terminy przeprowadzania kontroli przestrzegania przepisów prawa, regulującego pracę dydaktyczną, wychowawczą i opiekuńczą oraz statutu szkoły, a także tematykę szkoleń i narad dla nauczycieli. Jak z tą wolnością w zakresie szczegółowej „technologii" nadzoru wewnętrznego poradzą sobie dyrektorzy - pokaże czas.

 

Jak przedstawiłem to powyżej - polskie szkoły już cieszą się znacznym zakresem autonomii w zakresie ich zadań edukacyjnych. Co mają więc na myśli reformatorzy, głoszący idee dalszej autonomizacji polskich szkół? Trzeba by ich o to zapytać, zmusić do wyjścia poza ładnie brzmiące hasła i mętne ogólniki. Natomiast w moim głębokim przekonaniu istnieje nadal wielka potrzeba kompleksowych rozwiązań, w których autonomia będzie pochodną rzeczywistego uspołecznienia naszych szkół. A to z kolei jest pochodną stopnia samoświadomości i aktywności obywatelskiej środowisk lokalnych, których integralnym składnikiem są rodzice uczniów. Pisał o tym w miesięczniku "Dyrektor Szkoły" Nr.10/2008 znany ekspert, między innymi także z dziedziny zarządzania edukacją, profesor Jan Fazlagić w artykule „Centralizacja polskiej oświaty - szansa czy zagrożenie?":Alternatywą dla centralizacji jest decentralizacja. Jest ona przekazaniem władzy lokalnym decydentom i elitom. Jednak jeśli na poziomie lokalnym brakuje kapitału społecznego oraz kompetentnych elit, decentralizacja może stać się koszmarem lokalnych społeczności.[...] Praktyka dowodzi, że małe zaangażowanie rodziców w sprawy szkoły wynika z mentalności, a konkretnie mało upowszechnionego <ducha obywatelskiego>. Szkoła, podobnie jak państwo, jest postrzegana przez większość rodziców jako instytucja odpowiedzialna za troszczenie się o obywateli. Skoro z badań CBOS wynika, że 65% Polaków uważa, że państwo ma się troszczyć o ich rodziny (źródło: TNS OBOP), trudno oczekiwać, że inaczej będzie postrzegana rola szkoły."

 

Dlatego prawdziwa autonomia szkoły publicznej, działającej co prawda w ramach ogólnokrajowych standardów zapewniających równe szanse edukacyjne wszystkim obywatelom, niezależnie od miejsca ich edukowania, polegać powinna na oddaniu jej pod zarząd nie urzędników samorządowych, a organu społecznego, czegoś na kształt „rady nadzorczej", takiego school-council , jak to z angielska nazwała dr Bożena Kubiczek - nauczycielka Szkoły Podstawowej nr 32 w Dąbrowie, autorka interesującej rozprawki p. t. Autonomia szkoły - wymóg reformy czy czasów?" , opublikowanej na portalu „Scholaris".

 

Natomiast odpowiedź na pytania, czy autonomia szkoły to rzeczywista potrzeba, przejawiana powszechnie przez społeczności szkolne i kierujących nimi dyrektorów jest trudna do udzielenia. Z mojej wiedzy potocznej wiem, że nie jest prawdą, iż wszyscy tak do niej tęsknią. Wielu dyrektorów czuje się wręcz bezpiecznie za parawanem ograniczeń prawnych, którymi mogą uzasadniać (usprawiedliwiać) swoje decyzje, lub ich brak. Szkoda, że nie ma ogólnopolskich, reprezentatywnych badań, które pokazałyby rzeczywisty stan potrzeb i gotowości środowisk nauczycieli i dyrektorów szkół w do uzyskania jeszcze większej autonomii przez szkoły, które są miejscem ich pracy zawodowej, ale także (przynajmniej dla niektórych) miejscem ich samorealizacji.

 

Włodzisław Kuzitowicz

 

Artykuł ukazał się w „Gazecie Szkolnej" Nr.35/2010