Strona Główna > Gorący temat > Co robić z agresywnym uczniem?
„Dziennik Łódzki" epatuje dzisiaj czytelników tytułem: „Łódź: coraz więcej rozbojów i wymuszeń w szkołach". W tak zareklamowanym artykule można przeczytać rozpalającą wyobraźnię czytelników relację z jednej ze szkół podstawowych: „Obrażał nauczycieli, bił rówieśników... Ani dyrektor szkoły, ani pedagog nie potrafili sobie z nim poradzić. Nie pomagały upomnienia. Nauczyciele po naradzie podjęli decyzję: złożyli do sądu wniosek o umieszczenie 12-letniego Kamila w placówce wychowawczej. Sąd przyznał im rację. Agresywny uczeń przestał terroryzować szkołę." Ale dla refleksyjnego pedagoga bardziej wstrząsającą jest wypowiedź dyrektora tej szkoły: „Przypadek Kamila badaliśmy przez cały semestr. Przed skierowaniem wniosku do sądu zebraliśmy szczegółową dokumentację. Do Kamila nie docierały żadne argumenty, nikogo nie słuchał. Po tym, jak trafił do ośrodka wychowawczego, inne dzieci zrozumiały, że za niewłaściwe zachowanie można ponieść karę." Okazuje się, że „wirus Giertycha" nie został skutecznie unicestwiony. Koncepcja usuwania „zgniłych jabłek", w miejsce oddziaływań wychowawczych, skutecznej profilaktyki i żmudnej terapii, nadal ma się dobrze. Okazuje się, że praktyka nadal ma się nijak do deklarowanej intencji. Wszak na internetowej stronie szkoły w której rozgrywały się te wydarzenia można przeczytać, że realizowane są tam bogate programy wychowawcze, funkcjonuje opieka psychologiczno-pedagogiczna. Ale jak przyszło co do czego, to „wśród serdecznych przyjaciół psy zająca zjadły". Pan dyrektor bez zażenowania informuje, że „przypadek" badali przez cały semestr, że zebrali szczegółową dokumentację. I przekazali ją do sądu. Dowiedzieliśmy się także, że z wielu możliwych metod terapii zastosowano perswazję. Ale on „nikogo nie słuchał"! I że „za karę" trafił do ośrodka wychowawczego. Aż prosi się, aby zapytać, po co ta hipokryzja w nazewnictwie? Jaki ośrodek wychowawczy? Najwyższa pora „odpowiednie rzeczy dać słowo" i ośrodki te nazwać, zgodnie z ich oczekiwaną funkcją społeczną, ośrodkami karnymi! Warte odnotowania są także dane z policyjnych kartotek, o których w tym artykule informują jego autorzy: „Na koniec roku szkolnego policja pokusiła się o zbadanie zjawiska przemocy w szkołach. Wyniki mrożą krew w żyłach. Według policyjnych statystyk, w podstawówkach i gimnazjach w Łódzkiem w 2009 r. doszło aż do 87 przypadków uszczerbku na zdrowiu, 43 razy uczniowie brali udział w bójkach. Najwięcej uczniów brało jednak udział w kradzieżach i rozbojach. Liczba rozbojów w porównaniu z 2008r. wzrosła ze 159 do 179." Że problem jest - wiadomo od lat. Czy narasta? To zależy od perspektywy czasowej w której prowadzi się jego analizę. Odsyłam do bogatej statystki na stronie www.policja.pl Okazuje się, że od roku 1990 podobny do odnotowanego w roku 2008 wskaźnik udziału przestępczości nieletnich w przestępczości w ogóle odnotowano w roku 2000 (6,2%), że najniższy procentowy udział nieletnich był w roku 2004 ( 4,3%), najwyższy w roku 1993 (8,4%). Tak sobie myślę, że najwyższy czas, aby poważnie zastanowić się nad tym problemem, aby nie tylko policjanci i dziennikarze stawiali hipotezy o etiologii przestępczości nieletnich, ale by zabrali się za to ci, którzy są do tego metodologicznie i merytorycznie przygotowani: uczeni psychologowie, socjologowie, kryminolodzy, a także psycholodzy i pedagodzy, zarówno ci, którzy specjalizują się w diagnozie, jak i ci, którzy potrafią zaprojektować skuteczne działania profilaktyczne i terapeutyczne. Oczywiście z udziałem „oficerów liniowych" tej wojny z patologiami wśród dzieci i młodzieży - pedagogów i psychologów szkolnych, a przede wszystkim nauczycieli - w ogóle, a nauczycieli-wychowawców klas - w szczególności. Włodzisław Kuzitowicz |