Gazeta Edukacyjna dla refleksyjnych pedagogów

Wtorek, 07 lutego 2012 r. 38 dzień roku

                                                                                                                                                Forum | Czat | Kontakt | Partnerzy | Mapa Strony








 
Strona Główna | Bibliografie | Recenzje | Konferencje | O Gazecie Edukacyjnej 
 
centrum konferencyjno widowiskowe Lutnia
 Badania i raporty
 Blogosfera
 Felieton
 Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne proponuje
 Gorący temat
 Impresje Małgorzaty
 Polecamy
 Publikacje
 Relacje praktyków
 Szkoła z pomysłem
 Wydarzenia
 Bibliografie
 Recenzje
 Konferencje
 O Gazecie Edukacyjnej
 Partnerzy
 Inspirujące
Strona Główna > Felieton > Czy każde gęganie ratuje przed podstępnym atakiem wroga?


Każdej władzy trzeba patrzeć na ręce. Nawet tej, którą sami wybieraliśmy. Tej szczególnie - bo to ją właśnie obdarzyliśmy naszym zaufaniem. Jednak, jak w ruchu drogowym, każde zaufanie musi mieć swe granice. Ufając ślepo w zasady pierwszeństwa przejazdu można zginąć w zderzeniu z pojazdem, prowadzonym przez nieodpowiedzialnego kierowcę. Zaufanie do polityków też winno mieć swe ograniczenia. Choćby dlatego, że władza niekontrolowana może prowadzić do arogancji, a nawet do o wiele groźniejszych form jej patologii...

 

Od dawna prasa, a współcześnie szerzej - mass media - pełnią rolę systemów „wczesnego ostrzegania" przed wynaturzeniami władzy. Naczelny „Gazety Wyborczej" porównał kiedyś dziennikarzy do „gęsi kapitolińskich", które to pono swym gęganiem ocaliły Rzym przed atakiem Gallów. Bo też i nie brak w ostatnich latach licznych przykładów, gdy to właśnie dziennikarskie wścibstwo ujawniło małe, większe i „mega" afery!

 

Jednak czasem odnoszę wrażenie, że autorzy niektórych publikacji przejawiają nie tyle wrażliwość na nieprawidłowości w działaniach rządzących, ile awersję do wszystkiego, co powstało w gabinetach decydentów. Najnowszym przykładem takiego podejścia „a priori" do tematu jest publikacja Marcina Markowskiego z łódzkiego dodatku „Gazety Wyborczej", która nosi tytuł Które łódzkie szkoły mają być zlikwidowane?" Publikacja w pierwszym czytaniu sprawia wrażenie obiektywnej relacji. Zawiera projekt zmian i wypowiedzi niektórych osób, reprezentujących „ofiary" tego projektu. Jednak styl wplecionych w informację „uzupełnień"  nie pozostawia złudzeń co do postawy autora. Oto przykłady:

 

„Zapytaliśmy wydział edukacji, co z nauczycielami w szkołach rekomendowanych do likwidacji i budynkami, gdy będą już puste? Odpowiedź: - Dyrektora Jacka Człapińskiego nie ma w pracy, odpowie, gdy wróci."

 

Sześć lat temu łódzki samorząd chciał zlikwidować prawie 40 szkół i przedszkoli, ale skończyło się na kilku. Protestowali uczniowie, rodzice i nauczyciele, na zamknięcie części placówek nie zgodził się kurator. Ale zmieniły się przepisy i teraz zgoda kuratora nie jest już wymagana. Do zamknięcia szkoły samorządowi wystarczy uchwała rady miejskiej."

 

Sugerowany jest obraz „złej", bo unikającej odpowiedzi, władzy i organu, który bez skrupułów wykorzystuje słabość przepisów prawa. Ale najbardziej wyraziście manifestuje swe stanowisko autor cytowanej informacji w zamieszczonym tuż obok komentarzu:

 

Uczniów jest mniej niż kiedyś, więc szkół też może być mniej.[...] Mam wrażenie, że magistrat próbuje upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Tą drugą są „złe" licea, które wciąż przyciągają uczniów bardziej niż telewizyjne kamery wiceprezydenta Tomaszewskiego, ogałacając miasto z fachowców i poszukujących ich inwestorów. Dlatego miasto sprytnie korzysta z okazji. Licea, które co roku otwierają po trzy nowe klasy, stawia w jednym rzędzie z zawodówkami cieszącymi się nowymi uczniami incydentalnie lub wcale."

 

Jak bardzo trzeba być zaślepionym swoją idee fixe, (bo tym tematem redaktor Markowski zajmuje się od dawna), aby tak bardzo mijać się z realiami edukacyjnej, a i szerzej - społecznej - rzeczywistości! Za to efekt takiego dziennikarstwa osiąga się natychmiastowy. Oto wpisy na forum internetowym pod tą publikacja: „Ciekawe komu obiecali budynki i kto na tym zarobi..." Lub ten: Głosujecie na prawicę nie dziwcie się że oni niszczą miasto. Co facet z Częstochowy, lub Tomaszowa wie o Łodzi. Dla niego liczą się tylko łapówy i dyrektywy od Kaczyńskiego. Przecież wymaszczona z pieniędzy łodzian placówka w Izraelu już czeka. Nie po to za nasze pieniądze jeździł co tydzień by likwidator drugiego co do wielkości Polskiego miasta nie miał perspektyw. Macie szansę w referendum w styczniu. Pamiętajcie." Albo ten: „Proszę bardzo, nauczyciele z XXVIII do zwolnienia, jaka szkoda tej kołtunerii, a patriotyczne wychowanie z komunistycznym patronem w tle. Panowie urzędnicy czekam na Wasze konsekwentne działanie w tej sprawie."

 

Tym komunistycznym patronem jest Władysław Broniewski, likwidatorem drugiego miasta Polski- urzędujący prezydent miasta Łodzi, co prawda urodzony w Częstochowie, lecz od 1968 roku łodzianin z wyboru... 

 

Tylko gdzie w tym wszystkim istota problemu: racjonalizacja sieci szkół ponadgimnazjalnych? Gdzie troska o dobro społeczne, jakim są koszty eksploatacji budynków, a nie tylko o miejsca pracy nauczycieli? A przede wszystkim - gdzie rzetelność w obiektywnej analizie przesłanek proponowanych decyzji? Za to jest, także w kolejnym artykule, (Szkoły nie wierzą, że zostaną zamknięte") pójście na łatwiznę: populistyczne odwoływanie się do poglądów, z natury rzeczy nieobiektywnych, osób zatrudnionych w zagrożonych likwidacją szkołach.

 

Szkoda, że tym razem gęganie nie jest niczym więcej, jak tylko krzykiem gęsi, która chce aby była zauważona!

 

Włodzisław Kuzitowicz