Strona Główna > Felieton > Czy można przymusowo polubić matematykę?
Byliśmy świadkami historycznego wydarzenia: po 29 latach okresu ochronnego dla wszystkich, których nie potrafiła uwieść swym dyskretnym urokiem królowa nauk, dzisiaj na egzaminie maturalnym wszyscy abiturienci musieli zmierzyć się z matematyką. Po raz ostatni taki obowiązek mieli maturzyści w 1981 roku. Ile to przez ostatnich kilka lat nagadali się (i napisali) zwolennicy i przeciwnicy tego elementu egzaminu, kończącego naukę w szkołach średnich... Podstawowym argumentem "za" była wszechobecność matematyki w życiu codziennym. I nie chodzi tu tylko o „pracę na kasie" w hipermarkecie (bo tam liczy maszyna), ani o obliczenie procentów lokat i kredytów, ale przede wszystkim o rozwój logicznego myślenia i strategicznego działania - umiejętności wymaganych dzisiaj także od aktorów, muzyków i pisarzy - głosili orędownicy obligatoryjności matematyki na maturze. Zwracano również uwagę na konieczność podwyższenia poziomu nauczania matematyki w kontekście rozwoju przemysłu wysokich technologii i zapotrzebowania gospodarki narodowej na wysokospecjalistyczną kadrę inżynierów. Przeciwnicy, zdając sobie sprawę z tego, że nie wypada przyznać się do swego matematycznego analfabetyzmu (bo wszak oni wyśmiali by analfabetyzm językowy u innych), podnosili zazwyczaj argumenty ze sfery pragmatycznej (bo mnie matematyka nigdy nie przyda się do niczego), a najczęściej powoływali się na zbyt późne poinformowanie uczniów o tym obowiązku (choć ogłosił to już w lutym 2006 roku minister Roman Giertych, gdy dzisiejsi maturzyści byli jeszcze uczniami gimnazjum) i na to, że w ogóle poziom nauczania matematyki w całym systemie szkolnym jest bardzo niski. Nie bacząc na głosy oponentów resort edukacji, już pod nowym kierownictwem minister Katarzyny Hall, powołało pięć krajowych zespołów ekspertów, których zadaniem było wymyślanie pytań egzaminacyjnych i ich testowanie. Każdy z tych zespołów specjalizował się w innej dziedzinie, każdy liczył około 40 osób: naukowców, nauczycieli, metodyków. Szacowano, że wszystko to kosztowało 4 miliony złotych z unijnej puli. Ale to wcale nie była największa ofiara złożona przez władzę na ołtarzu matematyki. W ostatnich miesiącach poprzedzających tegoroczna maturę mogliśmy oglądać w telewizji całą serię filmików, zachwalających piękno i przydatność matematyki w życiu. Ich celem, według twórców tej kampanii, była zmiana postaw społecznych wobec matematyki, przełamywanie stereotypów i negatywnych opinii na ten temat. Przekonywali o tym, między innymi, Marta Sziłajtis-Obiegło, najmłodsza polska żeglarka, która samotnie opłynęła świat, fotograf Wojciech Wieteska, architekt Krystyna Fiszer i dyrygent Łukasz Borowicz i lekkoatletka Monika Pyrek. Wszystko to kosztowało niebagatelną kwotę 20 mln zł. (85 proc. pochodziło ze środków z Unii Europejskiej.) A ja tak sobie myślę, że to naprawdę bardzo droga terapia znieczulająca ból przymusowego zdawania egzaminu maturalnego z matematyki. Jako zadeklarowany liberał, z natury jestem przeciwnikiem urzędowych ingerencji w decyzje życiowe wolnych ludzi, i to zarówno metodami twardymi, jak i miękkimi. Decyzją administracyjną można zadekretować wiele, ale nie wszystko. Zamiast zmuszać kolejne pokolenia Polaków do uczenia się matematyki (efekty tego mogą być przeciwne od zamierzonych, jak z przymusową nauką pływania, która może skutkować hydrofobią na całe życie), lepiej byłoby podjąć długofalową kampanię zreformowania sposobów nauczania tego przedmiotu? Może za te unijne miliony wykształcić nauczycieli matematyki w umiejętnościach zaciekawiania tą wiedzą? Matematyka nie musi być postrachem uczniów, nie muszą oni z jej powodu doprowadzać swych organizmów do nerwicy wegetatywnej! Apeluję do wszystkich, którzy mają w tej sprawie możliwości sprawcze: zamiast naskórkowej reklamy zmiksowanej z filmem grozy nieuniknionego wyroku, wypracujmy program „Matematyka da się lubić"! Włodzisław Kuzitowicz . |