Strona Główna > Publikacje > Czy rząd Tuska naprawdę chce zmian w karaniu za posiadanie działki?
Co naprawdę zawiera projekt Ministerstwa Sprawiedliwości? Gdy minister sprawiedliwości Andrzej Czuma ogłosił na konferencji prasowej, że w resorcie powstał projekt zmiany w ustawie o przeciwdziałaniu narkomanii, reklamowanej jako odstąpienie od karania za posiadanie niewielkiej ilości narkotyku, natychmiast pojawiły się komentarze. Jak należało się spodziewać - jedni wyrażali swe poparcie dla projektu, inni - wręcz przeciwnie - ostrzegali przed zgubnymi skutkami takiej liberalizacji polityki karnej. W atmosferze wakacyjnego odprężenia mało kto pokusił się o bliższy wgląd w istotę sprawy. A warto, bo nie po raz pierwszy mamy tu do czynienia z kolejną próbą rządowej kampanii medialnej, majaczej wyraźnie „pijarowy" charakter. Oto w prasie pojawiają się tytuły: „Karać tylko dilerów". Przed oczy czytelników podsuwa się zdania: „Ministerstwo Sprawiedliwości proponuje, by posiadanie nieznacznej ilości narkotyku na własny użytek nie było karane. Chce za to wyższych kar za handel narkotykami i skuteczniejszego leczenia uzależnionych." Tworzy się obraz rządu, który troszczy się o dobre prawo. Ale w innym miejscu uważny czytelnik dowie się, i to z ust samego Premiera, że nie będą karani tylko ci posiadacze niewielkiej ilości narkotyku, którzy pójdą na współpracę z policją i prokuraturą i przekażą im informacje, pozwalające na zatrzymanie dilera lub producenta. Zwrócił już na to uwagę Piotr Beniuszys w swym komentarzu „Depenalizacja uwarunkowana kolaboracja". Niezwykłe w tej sprawie jest stanowisko jednego z czołowych przedstawicieli opozycyjnej partii, niedawnego ministra sprawiedliwości z rekomendacji PiS, eurodeputowanego Zbigniewa Ziobro. Jest on przeciw, a nawet za. Jest przeciwny załagodzeniu ustawy, gdyż, jego zdaniem, jest to rozwiązanie niebezpieczne, ponieważ odstąpienie od karania osób posiadających niewielką ilość narkotyków może skutkować utrudnieniem w postępowaniach przeciwko dilerom. I, jakby nie słyszał wypowiedzi premiera Tuska w tej sprawie, wyraża pogląd, że lepszym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie zasady niekarania za posiadanie niewielkiej ilości narkotyków pod warunkiem, że osoba zatrzymana pod takim zarzutem ujawniłaby okoliczności nabycia tych środków, m.in. od kogo je kupiła. Czy to przypadek, że w tej kwestii występuje zaskakująca zgodność stanowisk przedstawicieli tych dwu, zdawałoby się tak przeciwnych, środowisk politycznych? Krótka historia ostatnich nowelizacji ustawy. Aby to zrozumieć warto cofnąć się w czasie i prześledzić najnowszą historię karania lub nie karania osób uzależnionych, złapanych na posiadaniu niewielkiej ilości narkotyku. Wszystko zaczęło się 17 listopada 2000 roku, gdy prezydent Aleksander Kwaśniewski podpisał nowelizację ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii. Według zawartych tam, nowych regulacji, posiadanie nawet najmniejszej ilości narkotyku stało się karalne. Towarzyszyła tym zapisom ustawowym wiara, że będzie to skuteczne narzędzie do ścigania drobnych handlarzy narkotyków. Jednocześnie wyrażano przekonanie, że sądy potrafią odróżnić narkomanów od dealerów i ci pierwszy będą wysyłany na leczenie, drudzy - do więzienia. Warto dzisiaj przypomnieć kto i jak wtedy, 21 września, głosował w Sejmie. Restrykcyjna ustawa przeszła przytłaczającą większością 367 głosów, przy 18 - przeciwnych i 2 - wstrzymujących się. Dawała ona organom ścigania prawo do zatrzymywania, a później sądom skazywania, także na karę pozbawieniem wolności, osób uzależnione przy których znaleziono, nawet śladowe, ilości narkotyku. Głosowali za takim rozwiązaniem prawnym zarówno posłowie ówczesnej koalicji rządowej AWS - UW (odpowiednio: 159 + 38 posłów) jak i ówczesnej opozycji z klubów SLD, PSL. (119 i 22 posłów). Co także warte przypomnienia, tych 18 posłów, którzy byli przeciw, to po 9 osób z SLD (w tym poseł Cimoszewicz) i UW (w tym posłowie: Geremek i Osiatyński). Kolejnym etapem starań środowisk zaangażowanych w terapeutyczne, a nie policyjne metody rozwiązywania problemu narkomanii była dyskusja, jaka towarzyszyła kolejnej nowelizacji ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii, którą podjęto w parlamencie roku 2005. Tym razem nie było już takiej jednomyślności, a siły zwolenników i przeciwników zmian okazały się bardziej wyrównane. W głosowaniu w dniu 8 lipca za przyjęciem wniosku mniejszości, który przewidywał odstąpienie od karania za posiadanie niewielkiej porcji narkotyku, opowiedziało się 169 posłów, przeciw było 174 obecnych na sali posłów. Tylko trzy osoby wstrzymały się, ale aż 114 nie uczestniczyło w tym głosowaniu. Interesująca jest klubowa „geografia" przeciwników tej poprawki. Byli nimi zarówno posłowie PO (43 osoby) jaki PiS (38 osób), ale także wszyscy obecni w Sejmie posłowie z klubu PSL ( 26 osób) oraz LPR (20 osób). Przeciw byli także nieomal wszyscy posłowie „Samoobrony" - 19 osób. Kto więc pragnął depenalizacji posiadania małej ilości narkotyku? Generalnie - lewica: SLD - 117 osób i SDPL - 24 osoby oraz koła parlamentarne Unii Pracy (7 osób) i Stronnictwa Gospodarczego (6 osób). Czy w świetle tamtych zdarzeń powinna dziwić dzisiejsza zgodność poglądów premiera Donalda Tuska i byłego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobro? Wszak tak naprawdę obydwaj panowie opowiadają się za zachowaniem dotychczasowej polityki karania narkomanów - no, chyba, ze pójdą oni na współpracę z policją! Jak radzą sobie z narkomanią na świecie? Niezależnie od analizowania partyjnych barw zwolenników i przeciwników liberalizacji polityki wobec osób uzależnionych w Polsce, warto podjąć ten temat w o wiele szerszej perspektywie społecznej. Nie tylko w naszym kraju od wielu lat ścierają się dwie, odmienne koncepcje rozwiązywania problemu uzależnień od środków psychoaktywnych. Szczególnie kraje wysoko rozwinięte przyjmują bardzo różne rozwiązania prawne, począwszy od polityki „zero tolerancji" - jak w Stanach Zjednoczonych, po opcję, którą można nazwać „maksimum tolerancji", znaną przede wszystkim z uregulowań prawnych w Holandii. Jak dotąd zdecydowana wojna z narkotykami prowadzona w USA, skupiająca się głównie na zamykaniu ludzi w więzieniach za posiadani nawet najmniejszej ilości niedozwolonych substancji na użytek prywatny, nie doprowadziła do zmniejszenia liczby osób uzależnionych od narkotyków. Amerykanie wydają miliony dolarów na usprawnianie systemu więziennictwa, zaniedbują działaniach związane z redukcją szkód czy leczeniem uzależnień. Ale i w Holandii w ostatnim czasie odstępuje się (częściowo) od dotychczasowych rozwiązań. W Amsterdamie planuje się zamknięcie prawie jednej piątej coffee shopów w których można bez problemu kupić marihuanę czy niewielkie ilości innych tzw. miękkich narkotyków. Z 228 sklepów znajdujących się w stolicy Holandii, 43 muszą być zamknięte do końca 2011 roku. Ten sam los spotkał Rotterdam gdzie obecnie znajdują się 62 sklepy z marihuaną. Władze tłumaczą te decyzje wzrastającą ilością spożycia miękkich narkotyków przez młodzież. Klientami nie zlikwidowanych sklepów będą mogły być jedynie osoby pełnoletnie. Jednak wielu Holendrów martwi się, że likwidacja coffee shopów może zwiększyć pojawianie się dilerów w szkołach. Interesujące w tej sprawie są poglądy Ethana Nadelmanna, jednego z najbardziej znanych i szanowanych w świecie krytyków i komentatorów polityki Stanów Zjednoczonych i innych krajów w zakresie narkotyków. W jednej ze swych wypowiedzi, skierowanej do polskich liderów poszukujących lepszych rozwiązań politycznych w zakresie narkotyków (dostępnej na stronie < http://www.harm-red.bci.pl/nadelmann.htm > ) stara się on odpowiedzieć na kluczowe pytanie: „Dlaczego wojna z narkomanami, jaką prowadzi rząd USA, dalej wzmaga się?" Przytoczę tu jedynie dwa małe fragmenty tej publikacji: „Część odpowiedzi znajduje się w zjawisku, które można by najlepiej opisać jako „kompleks prohibicji narkotyków" [...] składający się z setek tysięcy funkcjonariuszy wymiaru sprawiedliwości, prywatnych korporacji więziennictwa, organizacji antynarkotykowych, firm farmaceutycznych produkujących testy narkotykowe i wielu innych podmiotów, które odnoszą korzyści ekonomiczne, polityczne, emocjonalne i inne na skutek stałego wzrostu tej budowli. Prohibicja narkotykowa to obecnie wielki biznes w Stanach Zjednoczonych. [...] Kończy on swą wypowiedź radą dla Polaków: „Politycy wciąż obawiają się oskarżeń o „miękkie podejście do przestępczości" lub „miękkie podejście do narkotyków". Ale pod powierzchnią, reformistyczne nastawienie pączkuje coraz intensywniej. Powszechne przekonanie o celowości prohibicji o charakterze karnym kurczy się w miarę tego, jak Amerykanie staja się coraz bardziej zmęczeni strategią wojny z narkotykami i jej retoryką i poszukują bardziej rozsądnych alternatyw. To nie jest czas dla innych społeczeństw, aby przyjmować z otwartymi ramionami to co tak fatalnie zawiodło w Stanach Zjednoczonych. Polsko - patrz gdzie indziej." Czy polskich polityków stać na dobre prawo o narkomanii? I tu doszliśmy chyba do sedna problemu. Także i polscy politycy działają pod wpływem lęku przed posądzeniem ich o kapitulanctwo wobec zła, jakim jest w powszechnym odczuciu narkomania. Tyle tylko, że społeczeństwo zagrożone jest wieloma innymi plagami, które jakoś nie znajdują w politykach tak zdecydowanych bojowników. Warto zestawić liczby ofiar wśród nałogowych palaczy tytoniu i tych, którzy preferują wyroby z konopi indyjskich. Jednak nikt nie proponuje aresztu za posiadanie paczki Marlboro. Od czasu nieudanego eksperymentu z pełną prohibicją alkoholową w USA, nikt nie zamierza ratować życia ludzi pijących alkohol nałogowo zakazem jego produkcji i dystrybucji. Wielokrotnie więcej ludzi, niż z powodu przyjmowania „twardych" narkotyków, ginie w wypadkach komunikacyjnych. A jakby tak zakazać samochodów i wrócić do jazdy konnej i pieszych wędrówek? Mając do wyboru dwie przeciwstawne wizje społeczeństwa: tę, w której państwo przypisuje sobie rolę ojca i matki, którzy najlepiej wiedzą co dla ich dzieci jest najlepsze, i tę , w której obywatele są wolni, ale i odpowiedzialni sami za siebie - opowiadam się za tą drugą opcja. I dlatego bardzo bym chciał dożyć takich czasów, w których władze mojego państwa będą skutecznie bronić mnie przed zagrożeniem zewnętrznym. Ale nie przede mną samym! Tak jak to już funkcjonuje w przypadku prawa do bezdomności, do odmowy świadczeń pomocy społecznej czy zabiegów medycznych. Utrzymywanie prawa, na mocy którego przestępcą staje się chory człowiek (bo uzależnienie jest chorobą), przekonanie o skuteczności terapii pod groźbą osadzenia w więzieniu, a zwłaszcza dzielenie nieszczęśników „przyłapanych" z narkotykiem na własne potrzeby na tych niegodnych darowania kary i mających do tego prawo - ale w nagrodę za „pójście na współpracę", każą mi wątpić w to, że także i problem narkomanii zacznie być w naszym kraju rozwiązywany racjonalnie i realistycznie, z uwzględnieniem tak dobra ogółu jaki dobra jednostek. Włodzisław Kuzitowicz Tekst powyższy został opublikowany w dziale „Komentarze" w Nr. 8. „Liberte" [http://www.liberte.pl/nowy-numer/aktualne-komentarze.html/ ] |