Strona Główna > Publikacje > Czy szkoła powinna, i czy może, wychować do czasu wolnego
W czasie letnich wakacji napisałem artykuł o potrzebie reaktywowania pedagogiki podwórkowej [Między szkołą a rodziną czyli o potrzebie pedagogiki podwórkowej] Ale konieczność poważnego podjęcia tematu czasu wolnego uczniów wraca, jak bumerang, także teraz - w okresie ferii zimowych. Wraca zawsze wtedy, gdy przychodzi czas „spuszczania uczniów z łańcucha", jak był to uprzejmy sformułować najsławniejszy polonista jednego z łódzkich liceów, kolega Dariusz Chętkowski. Bo właśnie w sytuacji, w której gwałtownie wzrasta ilość czasu, który nie jest zagospodarowany przez obowiązki i konieczności, ujawniają się potrzeby, nawyki i wzory zachowań, podejmowanych samoistnie, bez zewnętrznych bodźców i protez organizacyjnych. Mówiąc prościej - gdy nic nie muszę, robię co chcę. Pod warunkiem, że chcę... I że wiem co... I że potrafię... I tu jest przysłowiowy pies pogrzebany! Czy dzieci, a zwłaszcza młodzież, są przygotowywani do roli samodzielnego dysponenta swojego wolnego czasu, czy rozbudzono w nich dostatecznie silnie potrzeby pożytecznego wypełniania go rozwijającymi treściami aktywnej rekreacji, czy w ogóle wyposażeni zostali w liczne umiejętności i techniki, przydatne do atrakcyjnego wypoczynku, rozrywki, uczestnictwa w kulturze? Kto powinien ich do tego przygotować? Czy w ogóle prowadzone jest gdzieś wychowanie do rekreacji? Już w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku Kazimierz Czajkowski, autor książki „Wychowanie do rekreacji" napisał: „Nie ulega wątpliwości, że rola domu rodzinnego w wychowaniu do rekreacji jest podstawowa i rodzina nie może być zastąpiona przez żadną placówkę oświatową..." Święte słowa, można by rzec, gdyby... gdyby to wychowanie odbywało się we wszystkich rodzinach. A tymczasem, z potocznych obserwacji, potwierdzanych także przez badania [Raport CBOS: Co Polacy robią w czasie wolnym. Komunikat z badań, Warszawa sierpień 2006] wiemy, że statystyczny Polak swój czas wolny spędza głównie w domu, przed telewizorem lub na biernym wypoczynku. Tylko co piąty deklaruje uprawianie hobby, ale ma na myśli także rozwiązywanie krzyżówek albo hodowlę zwierząt. Tylko „śladowo" deklarowane jest uczestnictwo w kulturze... Są oczywiście rodziny, które modelowo „wczasując" [ ulubione określenie Aleksandra Kamińskiego], stają się, niejako naturalnie, środowiskiem kształtującym zróżnicowane wzory zachowań wolnoczasowych, wyposażając swoje dzieci w możliwie bogaty arsenał umiejętności rekreacyjnych i szeroki wachlarz zainteresowań poznawczych i artystycznych. Ale, niestety, przytłaczająca większość rodziców, już to z braku czasu, już to pieniędzy, ale najczęściej dlatego, że sami są ubodzy w takie potrzeby, nie staje się dla swych córek i synów właściwymi wzorami zachowań na czas po pracy i nauce. Jeżeli nie podejmie tego zadania także i szkoła, na placu boju pozostanie popkultura, niewybredna oferta rynku massmediów i przemysłu rozrywkowego, ale także, a w niektórych środowiskach - przede wszystkim, patologiczna strefa subkultur młodzieżowych i kryminalnych. W najlepszym przypadku wygra bierny konsumpcjonizm „spędzania" czasu wolnego. Przypomnę może w tym miejscu, co to takiego jest to wychowanie do rekreacji. Już Maciej Demel ponad trzydzieści lat temu napisał, że jest to popularyzowanie wzorów, tworzenie różnorakich modeli organizowania czasu wolnego, kształtowanie nawyków, przyzwyczajeń i postaw w tej dziedzinie. Bo nie da się wychować człowieka samodzielnie gospodarującego swoim czasem wolnym w warunkach zewnętrznego przymusu czy sytuacyjnej konieczności. Nieskuteczne są w tym wychowaniu metody, takie jak w tej piosence z przed lat: „ Więc idzie wojsko na kultury zew. Kompania naprzód, kompania - śpiew!" Ale ważniejszą od wiedzy o tym czym jest wychowanie do czasu wolnego jest świadomość potrzeby jego podejmowania! A z tym jest u nas bardzo niedobrze. Pokutuje przekonanie, że ludzie przede wszystkim żyją pracą i obowiązkami rodzinno-domowymi, dzieci i młodzież - nauką, a gdy im trochę czasu po tym pozostanie, to co wtedy z nim robią, to w zasadzie jest ich prywatną sprawą. Nic bardziej błędnego! Olbrzymie przemiany w dziedzinie technologii produkcji, usług i komunikacji, jakie przyniósł wiek dwudziesty i jakich jesteśmy świadkami współcześnie, stworzyły zupełnie nową sytuację w sferze czasu, którym dysponuje człowiek. Coraz mniej tego czasu musimy przeznaczać na pracę, samoobsługę gospodarczą i przemieszczanie się, coraz więcej mamy go „uwolnionego"! Zmiany społeczne i kulturowe też niosą swoje konsekwencje. Wydłużające się urlopy i weekendy, wcześniejsze emerytury i późne rozpoczynanie aktywności zawodowej - to wszystko są czynniki sprawiające, że coś, co przed wiekami było przywilejem elity, dzisiaj staje się udziałem mas. Jesteśmy także świadkami narastającego zróżnicowania budżetów czasu wolnego. Z jednej strony są to tysiące pracoholików i uczestników wyścigu do sukcesu, którzy z reguły nie mają go wcale, a z drugiej - setki tysięcy, miliony ludzi, którzy dostali go w niechcianym nadmiarze - to bezrobotni i, w dużej części, niepełnosprawni! Per saldo - strefa czasu wolnego (od pracy, nauki, innych obowiązków), którym dysponuje znakomita większość ludzi teraz, ale także w przyszłości, powiększa się. Dostrzegał ten proces już w 1998 roku profesor Lech Witkowski, gdy pisał: „ Czas wolny - w istocie czas nie wypełniony rolami, a w skrajnym przypadku czas pusty, poszerzająca się sfera w bilansie czasu życia jednostki; wymaga nowych kompetencji kulturowej i nowej strategii edukacyjnej poza strukturą ról zawodowych, wymusza umiejętność zachowań mających subiektywne wartości i sens, gdy nie ma stróża - koordynatora zewnętrznego." [L. Witkowski, O słowniku nowej generacji dla nauczycieli.1998] I pora uwzględnić to w założeniach przygotowywanych reform edukacyjnych. Tym pilniej, im większe są zaniedbania w tej dziedzinie we współczesnych szkołach. A że są - nietrudno to wykazać. Wystarczy sięgnąć, tradycyjnie już, do podstaw programowych kształcenia ogólnego. W tym celu wpisałem do wyszukiwarki popularnego portalu, stanowiącego aktualizowaną na bieżąco bazę aktów prawa oświatowego, słowa „czas wolny". Zgadnijcie Szanowni Czytelnicy jaki był rezultat poszukiwania. Oto on: „Umożliwianie uczniom udziału w aktualnych wydarzeniach społecznych i kulturalnych oraz zapewnienie możliwości korzystania z różnych form spędzania wolnego czasu (turystyka, krajoznawstwo, rekreacja, imprezy sportowe i kulturalne). Rozwijanie zainteresowań i kreatywności ucznia." To fragment zadań szkoły z podstaw programowych kształcenia ogólnego dla... szkół specjalnych przysposabiających do pracy dla uczniów z upośledzeniem umysłowym w stopniu umiarkowanym lub znacznym oraz dla uczniów z niepełnosprawnościami sprzężonymi!!! I był jeszcze jeden fragment - w rozporządzeniu MENiS w sprawie w sprawie standardów wymagań będących podstawą przeprowadzania egzaminu potwierdzającego kwalifikacje zawodowe, dla zawodu „Opiekun w domu pomocy społecznej". Dowiadujemy się tam, że absolwent powinien umieć „organizować czas wolny podopiecznego, uwzględniając jego zainteresowania i potrzeby." I to było wszystko! Jak widać, najlepiej być uczniem szkoły specjalnej lub mieszkańcem „depeesu"! Wpisałem jeszcze sowo „rekreacja", lecz także z minimalnym skutkiem. Pozostało więc przejrzeć ten dokument „na piechotę". Z tej mojej lektury jawi się niewesoły obraz - i to nie tylko braku problematyki czasu wolnego w zadaniach szkoły, lecz także bardzo skąpego akcentowanie jej zadań w rozbudzaniu u uczniów zainteresowań - podstawowego wszak motoru zachowań wolnoczasowych. W załączniku dotyczącym szkół podstawowych i gimnazjów, w części w której wymieniono co to szkoła ma zapewnić uczniom w szczególności, nie znalazłem nawet śladów interesującego mnie tematu. W części odnoszącej się do I i II etapu edukacyjnego na słowo „zainteresowanie" natrafiłem przy ścieżkach edukacyjnych, ale tylko w zadaniach szkoły w „Edukacj e europejskiej" : „Budzenie zainteresowania sprawami dotyczącymi integracji europejskiej, działaniami Rządu w tym zakresie oraz skutkami integracji dla każdego mieszkańca Polski." Trudno uznać ten zapis za element wychowania do czasu wolnego! Dopiero fragment zawierający zapisy dla gimnazjum poprawił nieco ten smutny obraz. Przeczytałem tam, że „Edukacja w gimnazjum, wspomagając rozwój ucznia jako osoby i wprowadzając go w życie społeczne, ma na celu przede wszystkim...", i tu, uwaga, uwaga, na drugim miejscu zapisano; „...rozbudzać i rozwijać indywidualne zainteresowania ucznia..." Dalej, można powiedzieć - konsekwentnie, zapisano: w przedmiocie „Muzyka", że celem jest „Kształtowanie zainteresowań i zamiłowań muzycznych.", w przedmiocie „Plastyka" -„Kształtowanie zainteresowań i zamiłowań plastycznych", i tylko w „Informatyce" nie zakładano kształtowania zainteresowań informatyką, jako taką, a zalecono „Zainteresowanie uczniów rozwojem wiedzy informacyjnej oraz nowymi możliwościami dostępu do informacji i komunikowania się.". Moje sita wyłowiły także interesujący, lecz jedyny, zapis we fragmentach podstaw dla gimnazjalnych ścieżek edukacyjnych. Znalazł się on w „Edukacji czytelniczej i medialnej", gdzie jednym z celów jest rozbudzanie potrzeb czytelniczych, a zadaniem szkoły jest rozbudzanie i umiejętne (sic!) kierowanie zainteresowaniami literackimi uczniów ! I to tyle do szesnastego roku życia młodych Polaków, jeśli idzie o cele i zadania szkół w zakresie szeroko (bardzo) pojętego wychowania do czasu wolnego! Może lepiej będzie w podstawach programowych dla liceów i techników? Niestety! Już na progu czytam owo sławne, magiczne zaklęcie: „Nadrzędnym celem pracy edukacyjnej każdego nauczyciela jest dążenie do wszechstronnego rozwoju ucznia." Więc, przez „dorozumienie", można by ten wszechstronny rozwój zinterpretować także jako rozbudzanie zainteresowań i kształtowanie kompetencji do podmiotowego zagospodarowywania swojego wolnego czasu. Nic z tego... Czytam kilka linijek niżej i już wiem, że co prawda „uczniowie kształcą swoje umiejętności w celu wykorzystania zdobytej wiedzy we współczesnym świecie", ale „szczególnie istotnym zadaniem jest odpowiednie przygotowanie uczniów do podjęcia pracy." I dalej już nic. Nic o zainteresowaniach, nic o postawach uczestnika sfery czasu wolnego. Miał rację profesor Witkowski. Polska szkoła nadal kształci do ról zawodowych! A przecież, z prawdopodobieństwem większym od możliwych współcześnie wizji futurologicznych, [Jak dotąd nigdy takowe się nie sprawdzały...] można, i należy przyjąć, że dzisiejsi nastolatkowi będą żyli w cywilizacji zrobotyzowanej produkcji i usług, że procent czasu wolnego w budżecie czasu tygodniowego i rocznego będzie się powiększał, że w dłuższej perspektywie czasowej coraz mniej osób będzie musiało pracować dla zaspokojenia potrzeb ludzkości. Coraz liczniejsza będzie więc kategoria niepracujących, którym ze społeczno-humanitarnych przesłanek zapewniane będzie utrzymanie. Będą więc oni królami czasu wolnego! Tylko czy czasu „pustego", „zabijanego" z powodu braku pozytywnych modeli jego wypełnienia, czy też czasu przeznaczanego na to, by pełniej być, pełniej stawać się?... Musimy ich do tego, w takim stopniu, w jakim to dzisiaj jest możliwe, przygotować. W domu, w szkole, poprzez oferty placówek pozaszkolnych, w stowarzyszeniach, w parafiach i związkach wyznaniowych. Wychowanie do czasu wolnego, jak żadne inne, możliwe jest tylko poprzez budzenie apetytów (zainteresowań, zamiłowań, pasji) i wyrabianie smaków (wzorców, aspiracji, snobizmów). Można to robić najskuteczniej zachętą i osobistym przykładem, w tym zwłaszcza dawanym przez autorytety i „idoli". A nade wszystko poprzez stwarzanie licznych możliwości popróbowania różnorodnych form i sposobów rozwijającej rekreacji, w których uczestnicząc, przeżyło się chwile radości i satysfakcji... Nigdy pod przymusem, ze strachu, wbrew osobistym zainteresowaniom i potrzebom! Czy tak pojmowane wychowanie „ człowieka czasu wolnego" możliwe jest w szkole? Oczywiście! I są już dzisiaj takie szkoły, które nie oglądając się na podstawy programowe, stały się środowiskiem rozbudzania zainteresowań i „zarażania" uczniów różnorodnymi pasjami swoich nauczycieli. Są szkoły, w których nie „przerabia się materiału", a w których lekcje są kolejną przygodą odkrywania wiedzy o świecie, o ludziach, o kulturze...Które zaciekawiają uczniów i stwarzają im przestrzeń do samodzielnych wypraw w nieznane... I przeżywania radości z sukcesów własnych, małych odkryć nieznanych lądów... Są szkoły, w których zajęcia pozalekcyjne nie są organizowane jako pretekst do dodatkowego wynagrodzenia nauczycieli, a w których uczniowie mogą odnajdywać swoje drzemiące potencjały uzdolnień, zdobywać niezbędne umiejętności potrzebne do uprawiania różnych sportów i form czynnej rekreacji, pozwalające na wielorakie formy artystycznej ekspresji, na zdobywanie kompetencji pomocowych, przydatnych w aktywności wolontaryjnej czy w organizacjach pożytku publicznego...I są też szkoły, zwłaszcza poza wielkimi aglomeracjami miejskimi, które podejmują zadania ośrodków upowszechniania kultury, organizując systematyczny dostęp swych uczniów do oferty repertuarowej kin, teatrów, filharmonii i sal koncertowych, do muzeów, galerii, uczestniczenia w znaczących wydarzeniach artystycznych. Nie jest to jednak możliwe w szkołach, w których dominuje koszarowa, zewnętrzna dyscyplina, w których uczniów i nauczycieli oddzielają bariery wrogości, utrwalanej kryminalnymi wzorami pseudo-solidarności rodem ze świata grypsery. Nie jest to możliwe w szkołach, w których źle opłacani nauczyciele skrupulatnie wyliczają swój osiemnastogodzinny etat czasu pracy, w których na nic nie ma pieniędzy... Nie da się wychować wolnych ludzi do czasu wolnego w zniewalającej szkole, zatrudniającej sfrustrowany personel! Co zrobić, aby to zmienić? Odpowiedzi na takie pytanie publicysta ma prawo oczekiwać od twórców prawa oświatowego, a zwłaszcza od ekipy rządowej, która obejmując władzę w naszym kraju rozbudziła tyle nadziei... Włodzisław Kuzitowicz |