Gazeta Edukacyjna dla refleksyjnych pedagogów

Wtorek, 07 lutego 2012 r. 38 dzień roku

                                                                                                                                                Forum | Czat | Kontakt | Partnerzy | Mapa Strony








 
Strona Główna | Bibliografie | Recenzje | Konferencje | O Gazecie Edukacyjnej 
 
centrum konferencyjno widowiskowe Lutnia
 Badania i raporty
 Blogosfera
 Felieton
 Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne proponuje
 Gorący temat
 Impresje Małgorzaty
 Polecamy
 Publikacje
 Relacje praktyków
 Szkoła z pomysłem
 Wydarzenia
 Bibliografie
 Recenzje
 Konferencje
 O Gazecie Edukacyjnej
 Partnerzy
 Inspirujące
Strona Główna > Publikacje > Czy wszystkie szkoły muszą być skuteczne?


Przeczytałem dwuszpaltowy tekst Aleksandra Pezdy w cotygodniowym dodatku „Gazety Wyborczej" - „Duży Format" Nr.12/820, o intrygującym tytule „Niewychowanie obywatelskie" . Nie będę go tutaj streszczał, gdyż każdy może łatwo zapoznać się z nim w oryginale. Z licznych jego wątków, takich jak choćby ten wiodący: o sprzecznościach między treściami, przekazywanymi w ramach przedmiotu "Wiedza o społeczeństwie", zapisami prawa oświatowego i statutu szkoły a praktyką dnia codziennego, czyli samowolce w procedurach oceniania uczniów i patologią szkolnej demokracji, czy też o rzeczywistej możliwości wpływu rodziców uczniów na sprawy szkoły, mnie najbardziej poruszył ten, który jest w tle wszystkich opisanych zdarzeń. A jest nim specyficzny model „Szkoły sukcesu".

 

Bo jest to zjawisko wykraczające poza casus opisanej warszawskiej szkoły. Funkcjonuje wiele takich liceów ogólnokształcący, stałych „bywalców" rankingu „Perspektyw", które obok bardzo pięknie brzmiących haseł, zapisywanych w ich misji, tak naprawdę są „stajniami", trenującymi swych uczniów do gonitwy po olimpijskie laury i miejsca w najbardziej elitarnych szkołach wyższych! Można by powiedzieć, a co w tym złego, że uzdolniona młodzież ma tworzone optymalne warunki do rozwijania swych potencjałów intelektualnych. Tylko problem tkwi w tym, czy jest tak naprawdę. Czy sukcesy szkoły, dokumentowane ilością olimpijczyków i absolwentów na studiach są owocem wspaniałej pracy nauczycieli, czy też skutecznie przeprowadzonej selekcji przy rekrutacji, a później „uczeniu przez odpytywanie"?

 

Patrząc na to z punktu widzenia wskazań współczesnej dydaktyki, można by uznać, że nie ma w tym nic nagannego. Przecież szkoła nie powinna nauczać, a wskazywać sposoby dochodzenia do wiedzy, umożliwiać uczniom samodzielną wędrówką od niewiedzy ku wiedzy, a nade wszystko - rozbudzać ich zainteresowania, budzić ciekawość świata i ludzi, budować ich motywację do uczenia się przez całe życie! Tylko czy w wersji, takiej jak w tej szkole, nie mamy do czynienia z odwróceniem hierarchii celów? Czy w reżimie sprawdzianów, testów, eliminacji do kolejnych etapów olimpiad, pogoni za sukcesem, nie ginie właściwy cel zdobywania wiedzy?  Tylko czy tak wytrenowani absolwenci, dostawszy się na upragnione uczelnie, nie będą nadal uczyć się wyłącznie dla zaliczenia kolejnej sesji... Na „trzy Z" . Zakuć - Zdać - Zapomnieć !

 

Obok reportażu o tej, jak to napisano w nadtytule, „szkole bez klasy" Gazeta publikuje wywiad z Magdaleną Grodziecka, mediatorską  Polskiego Centrum Mediacji. Warte przemyślenia są jej wypowiedzi. Zwłaszcza te, gdy stawia, retoryczne, pytania: Czy najważniejsza w pracy szkoły jest skuteczność nauczania - ponad wszystko? Jeśli uczymy dziecko: „bądź przede wszystkim skuteczny", to uczymy go tym samym: „po trupach do celu" i „cel uświęca środki". Naprawdę tego chcemy? Takiego wyścigu szczurów?

 

Obserwując procesy zachodzące w okresie ostatniego dwudziestolecia  w naszym społeczeństwie, a więc i w edukacji, zauważyłem coraz wyraźniejszy „rozjazd" postaw młodzieży do szkoły, jako miejsca „wykuwania" swojej przyszłości, do zdobywania wykształcenia, jako najlepszej przepustki do zawodowych i życiowych karier. Szkoły ponadgimnazjalne coraz wyraźniej „specjalizują się" w przyjmowaniu trzech kategorii uczniów.

 

Obok liceów, takich jak opisane, przyjmujących kandydatów o najwyższej punktacji z egzaminu gimnazjalnego, już na wejściu gotowych do owego „wyścigu szczurów", czyli mniej pejoratywnie -  do zapewnienia sobie prawa do najlepszych studiów, w kraju, a najlepiej za granicą, są jeszcze te, które w walce o zapewnienie miejsca pracy dla zatrudnionych tam nauczycieli, przyjmują wszystkich - bez względu na ich potencjały i motywację. Byle tylko można było utworzyć z nich kolejny oddział. Bo jeden oddział - to dwa - trzy etaty! I są jeszcze szkoły zawodowe, walczące o każdego, kto nie „załapał" się do najsłabszego, nawet profilowanego, liceum. Do tych szkół uczniowie chodzą, bo rodzice kazali, bo przecież gdzieś zapisanym być trzeba. Bo potrzebne jest zaświadczenie, aby dostać alimenty, zasiłek rodzinny czy pomoc społeczną... Tam wiedza nie jest w cenie. Ci uczniowie nie widzą związku przyczynowo-skutkowego wykształcenia z osiąganym poziomem życia i pozycją społeczną. Mogą podać „na pęczki" przykłady, że nie to zapewnia bogactwa i wygody życia... Nie są to szkoły, w których wystarczy, że nauczyciel poda tematy i zorganizuje sprawdzian. Tam nauczyciele muszą użyć wszystkich swych zdolności i umiejętności, aby osiągnąć minimum stawianych celów. Tam wielkim, lecz  przez nikogo niedocenianym, sukcesem jest doprowadzenie do promocji ucznia, który po pierwszym semestrze chciał zrezygnować z dalszej nauki, sprawienie, że uczennica, dotychczas uzyskująca oceny dopuszczające, dostała dostateczne!

 

Ale najwięcej jest szkół, które nie muszą martwić się o kandydatów, lecz które nie startują w prestiżowych olimpiadach i konkursach. Są to szkoły, które „zanęcają" absolwentów gimnazjów przeróżnymi, pozaustawowymi,  „specjalizacjami" i „profilami": od policyjnych, „ochroniarskich", parawojskowych, przez sportowe, dziennikarskie, filmowe lub teatralne, aż do - uwaga - dyplomatyczno-konsularnego! W szkołach tych toczy się często bardzo intensywna praca wychowawcza, realizowana jest, mimo trudności finansowych,  funkcja opiekuńcza szkoły, działają niekonwencjonalnie samorządy uczniowskie i rady rodziców. Mimo tego, a może właśnie dlatego, szkoły te nigdy nie zostają bohaterami rankingów, nie pisze o nich prasa, nie pokazują ich w telewizjach. Bo nie mają sukcesów! I nikt w nich nie poniża nauczycieli! Ale uczniowie czują się tam bezpieczni, wielu z nich, początkowo mało zainteresowanych nauką, odnajduje swoje zainteresowania i pasje, po prostu rozwija się!

 

Wydaje się, że to właśnie może  być odpowiedzią systemu na pytania pani Grudzieckiej.  Jeżeli jest popyt na „szkoły wyścigowe" - niech takie istnieją. Pod warunkiem, że wszyscy tam wstępujący zaakceptują obowiązujące reguły gry. Przy takim założeniu nie dziwi ulubione powiedzonko dyrektora opisanej szkoły: „Nie podoba się? Papiery w sekretariacie." I, na całe szczęście, liczba takich szkół zawsze będzie ograniczona. Ograniczona do poziomu zapotrzebowania.

 

Inna sprawa, to bezradność dyrektora tego liceum, bezprecedensowy szantaż nauczycieli, a przede wszystkim uczynienie z ucznia i jego rodziców wroga „systemu" i ofiary naiwnej wiary w praworządność!

 

Włodzisław Kuzitowicz