Strona Główna > Publikacje > Dalej od kuratora a bliżej do wójta
Gdy w 1993 roku zostałem dyrektorem zespołu szkół zawodowych miałem jednego szefa. Był nim kurator oświaty. On nie tylko mnie powołał, nadzorował pracę moją i podległych mi nauczycieli, ale dawał także pieniądze: na płace i na wszystkie pozostałe koszty działalności szkoły. Sytuacja była klarowna, wiadomo było, że kto płaci ten wymaga. Ale w tym czasie przedszkola, a niedługo potem szkoły podstawowe państwo przekazało do prowadzenia samorządom gminnym. W połowie lat dziewięćdziesiątych, tytułem eksperymentu, przekazano prowadzenie szkół ponadpodstawowych samorządom wielkich miast, działających na prawach powiatów. 0d 1 stycznia 1999 roku, z mocy ustawy, państwo przekazało nieomal wszystkie szkoły ponadpodstawowe do prowadzenia samorządom powiatowym. I tak zaczęła się era dwuwładzy. Dyrektorzy szkół, już wszystkich, mieli nad sobą dwa „organy": ten, który dawał na wszystko pieniądze i od którego zależał rzeczywisty los szkoły i zatrudnionych w niej osób - zwany „organem prowadzącym" i ten drugi - nazwany „organem nadzoru", czyli urząd kuratora oświaty. Jako że swą misję dyrektorowania zakończyłem w 2005 roku - dobrze wiem jak to jest być „sługą dwóch panów"! Od 1999 roku trwa nieustanne eksperymentowanie w zapisach prawa oświatowego, określających kompetencje obu tych organów. Najlepiej oddaje to historia zapisów dotyczących oceny pracy dyrektora szkoły. Raz dokonywał jej kurator w porozumieniu z organem prowadzącym, raz wójt lub starosta, uwzględniając cząstkową ocenę kuratoryjną. A potem znowu odwrotnie... Ta dwuwładza była też widoczna przy zatwierdzaniu arkuszy organizacyjnych szkoły. Wiadomo było, że na liczbę oddziałów, podział na grupy, zajęcia dodatkowe - zgodę mógł wydać wyłącznie urzędnik w starostwie czy gminie, bo to ten organ ponosił finansowe konsekwencje takiej decyzji.. Przedstawianie drugiego egzemplarza arkusza organizacyjnego wizytatorom w kuratorium miało charakter w zasadzie symboliczny. Bo nie wyobrażam sobie by mogli oni dokonać zmian w projekcie z innych, niż złamanie prawa oświatowego, powodów. A o świadome jego nieprzestrzeganie trudno posądzać kompetentnego dyrektora szkoły. Ale problem istnienia dwu ośrodków władzy zwierzchniej nad szkołami jest o wiele głębszy i bardziej zasadniczy, niż tylko konieczność balansowania przez dyrektora szkoły między jednym a drugim „organem". Stało się to szczególnie widoczne w ostatnich miesiącach, gdy proponowane przez Rząd PO - PSL reformy natrafiły na niezwykle silny opór obu nauczycielskich związków zawodowych, wspieranych w tym przez partie opozycyjne, a ostatnio także przez Prezydenta R.P. Bo spór nie dotyczy już tylko tradycyjnych tematów płacowych czy uprawnień emerytalnych. Właśnie niedawno główną kością niezgody stały się proponowane przez Rząd zapisy zmian w ustawie o systemie oświaty, dotyczące dalszego procesu uspołeczniania edukacji poprzez ograniczenie kompetencji kuratorów i przekazanie ich władzom samorządowym. Oto w skrócie, te propozycje: > Gminy i powiaty będą mogły przekazywać szkoły i placówki publiczne na mocy porozumienia zawieranego pomiędzy jednostką samorządu terytorialnego a osobą prawną lub fizyczną, z pominięciem procesu uchwałodawczego lokalnego samorządu i opinii kuratora oświaty; > Organy prowadzące będą mogły odstąpić od konieczności uzyskania pozytywnej opinii kuratora, w przypadku: - ustalania przez nie sieci szkół, likwidacji prowadzonej przez nie szkoły, likwidacji profili kształcenia ogólnozawodowego lub zawodu oraz przeniesienia kształcenia w określonym zawodzie do innej szkoły lub placówki, - łączenia szkół i placówek w zespół oraz rozwiązywania zespołów, - zakładania przez gminy i powiaty publicznych placówek doskonalenia zawodowego nauczycieli, zakładów kształcenia nauczycieli oraz zakładania szkoły publicznej przez osobę prawną lub fizyczną inną niż samorząd lokalny, - odwołania nauczyciela ze stanowiska kierowniczego w czasie roku szkolnego bez wypowiedzenia. > Kurator oświaty nie będzie opiniował: - arkuszy organizacyjnych - planów pracy placówek doskonalenia nauczycieli - profili kształcenia ogólnozawodowego oraz zawodów > Z kuratorem oświaty nie trzeba będzie uzgadniać: - powierzenia osobie niebędącej nauczycielem stanowiska dyrektora -powierzenia stanowiska dyrektora szkoły lub placówki na okres krótszy niż 5 lat > Zmianie mają ulec przepisy dotyczące konkursu na stanowisko dyrektora szkoły. Samorządy będą miały większy wpływ na obsadę komisji konkursowej. Nie wnikając w detale, przypomnę co przyświecało twórcom tej koncepcji. Oto fragmenty z uzasadnienia proponowanych zmian, dołączonego do projektu: „Niniejszy projekt ustawy o zmianie ustawy o systemie oświaty oraz o zmianie niektórych innych ustaw stanowi realizację postanowień Programu Prac Legislacyjnych Rady Ministrów. [...] Zgodnie ze Strategicznym Planem Rządzenia oraz Programem Prac Rządu, priorytetem w obszarze edukacji jest zwiększenie dostępności do edukacji wysokiej jakości - jest to także zgodne z rekomendacjami Raportu o Kapitale Intelektualnym Polski. Realizację tego celu pozwolą osiągnąć następujące działania: [...] IV) poprawa jakości edukacji poprzez odbiurokratyzowanie sprawowanego nadzoru pedagogicznego i jasny rozdział zadań pomiędzy organy prowadzące szkoły oraz organy sprawujące nadzór pedagogiczny, będący elementem racjonalnej decentralizacji części kompetencji państwa w obszarze oświaty i wychowania;" Projekt spotkał się z niezwykle gwałtowną, negatywną reakcja strony związkowej, zwłaszcza Związku Nauczycielstwa Polskiego. „Chcemy pokazać swój sprzeciw wobec zmian, których celem jest decentralizacja szkolnictwa, szkodliwa dla uczniów, nauczycieli i pracowników niepedagogicznych" - mówi prezes ZNP, Sławomir Broniarz. Podczas pikiety przed gmachem ministerstwa, 1 września padały także takie stwierdzenia: „W moim powiecie większość samorządów traktuje nauczycieli jak zło konieczne. Już dziś chętnie oddali by szkoły w prywatne ręce, a co będzie gdy zmienią się przepisy? Gdy to oni w pełni decydować będą o przyszłości szkół na własnym terenie? Przecież w lokalnych władzach nie brakuje nieudaczników, ludzi przypadkowych. To oni mają wpływać na intelektualny rozwój młodego pokolenia?" - twierdził Adam Młynarski, prezes powiatowego oddziału ZNP w Radomsku." Jest to więc nie tylko konflikt interesów, ale także zderzenie dwu przeciwstawnych modeli państwa: z jednej strony, rządowej - to wizja państwa samoograniczającego swe prerogatywy na rzecz zwiększającej się aktywności społeczeństwa obywatelskiego, a z drugiej, związkowej (i nie tylko...) - to obrona państwa scentralizowanego, w którym „przypadkowe społeczeństwo" jest mądrze zarządzane przez „oświecone" elity władzy. Bo i oświatowa „Solidarność" jakby gdzieś zagubiła tradycje swego historycznego I Zjazdu w hali „Olivii" i wypracowanego tam programu „Samorządnej Rzeczypospolitej" [ Zapisano tam, między innymi, postulaty tworzenia samodzielnego samorządu terytorialnego, uwolnienie oświaty, kultury, nauki, środków masowego przekazu od polityki.] Ze internetowej strony Sekcji Krajowej Oświaty i Wychowania NSZZ „Solidarność" można dowiedzieć się, że „ NSZZ „Solidarność", podobnie jak i inne oświatowe związki zawodowe, zdecydowanie sprzeciwia się planowanym przez Rząd niekorzystnym zmianom w nowelizacji Ustawy o systemie oświaty.". Co ciekawe, autorzy tej informacji nie widzieli dysonansu w zamieszczeniu notatki, że obecna na tym samym spotkaniu ( 2 września) strona samorządowa popiera pomysły Rządu. Cytują nawet dyrektora biura Związku Miast Polskich Andrzeja Porawskiego, który stwierdził, że „samorządy popierają rządowe plany decentralizacji oświaty i innych zmian organizacyjnych. Jego zdaniem, samorządy są zadowolone z propozycji." O co w tym sporze chodzi? Czego boją się związkowcy? Czy boją się w imieniu wszystkich nauczycieli? A może widzą w tym zagrożenie interesów uczniów i ich rodziców? Czy może jednak boją się o swoją przyszłość i utratę pozycji „rozgrywającego"? Obawiam się, niestety, że „ukryty program" tej związkowej pedagogiki nie jest prospołeczny a partykularny. Bo na jakiej podstawie przeciwnicy poszerzenia kompetencji lokalnych władz zakładają, że gdy o szkole decydować będą głównie wójt i rada gminy, to oznacza to krzywdę uczniów ich rodziców i bezrobocie nauczycieli? Czy lepiej dla społeczności lokalnej jest , gdy o jej potrzebach, w tym edukacyjnych, decyduje minister w Warszawie i kurator w mieście wojewódzkim, a nie ten, który został wybrany na swój urząd przez mieszkańców naszej gminy i gdy patrzą mu na ręce radni, których znamy, bo są naszymi sąsiadami, bo mają swoje dzieci w tych samych szkołach, w których uczą się nasze dzieci? ZNP straszy Polaków, że w lokalnych władzach nie brakuje nieudaczników! No cóż, zgodnie z rachunkiem prawdopodobieństwa, nieudacznicy mogą funkcjonować we wszystkich środowiskach i instytucjach. Zapewne trafiają się także w gronach funkcjonariuszy związków zawodowych. Ale na takie, wszak nie nagminne, sytuacje od dawna w demokratycznych państwach prawa wymyślono zasadę dwuinstancyjności, która pozwala obywatelom odwoływać się od złej lub krzywdzącej ich decyzji urzędnika „pierwszego kontaktu" do urzędu wyższego szczebla. A skoro i w przypadku zarządzania szkołami może funkcjonować takie zabezpieczenie przed błędnymi decyzjami lokalnych „kacyków" (gdyby się tacy gdzieś pojawili), to nieodparcie nasuwa mi się podejrzenie, że tak naprawdę związkowcy nie dlatego bronią dotychczasowego status quo! Rodzi się przypuszczenie, że prawdziwym motywem tego oporu jest obawa przed utratą ich roli „jedynych sprawiedliwych" w kolejnych kampaniach legislacyjnych tego i wszystkich następnych rządów. Bo jakże to jest piękne i atrakcyjne stanąć na czele ruchu oporu, kochać i cierpieć za miliony... A decentralizacja sprowadzi związek zawodowy do tej skali, w jakiej sytuuje go ustawa o związkach zawodowych. Zgodnie z jej zapisami podstawowym zadaniem związku jest reprezentowanie i obrona praw, interesów zawodowych i socjalnych pracowników a podstawową formułą organizacyjną działalności związku jest zakładowa organizacja związkowa. Zgodnie z art. 26 ustawy o związkach zawodowych do zakresu działania zakładowej organizacji związkowej należy w szczególności: 1) zajmowanie stanowiska w indywidualnych sprawach pracowniczych w zakresie unormowanym w przepisach prawa pracy, 2) zajmowanie stanowiska wobec pracodawcy i organu samorządu załogi w sprawach dotyczących zbiorowych interesów i praw pracowników, 3) sprawowanie kontroli nad przestrzeganiem w zakładzie pracy przepisów prawa pracy, a w szczególności przepisów oraz zasad bezpieczeństwa i higieny pracy, 4) kierowanie działalnością społecznej inspekcji pracy i współdziałanie z Państwową Inspekcją Pracy, 5) zajmowanie się warunkami życia emerytów i rencistów. Jakież to przyziemne. I jakie pracochłonne i trudne. Prowadzić negocjacje z tysiącami pracodawców, uwzględniać bardzo zróżnicowane, lokalne warunki i okoliczności, a przede wszystkim swym codziennym działaniem „u podstaw" przekonywać nauczycieli, woźne i pozostałych pracowników szkół i innych placówek oświatowo-wychowawczych o zasadności decyzji o zapisaniu się do tego właśnie związku. zawodowego. Zacząłem ten artykuł od przywołania moich osobistych doświadczeń z okresu pełnienia roli dyrektora szkoły. Zakończę hipotetyczną projekcją. Czy, gdybym nadal pełnił te obowiązki, byłbym „za" czy „przeciw" zwiększeniu kompetencji wójtów i starostów, kosztem ograniczenia tychże kuratorom oświaty? Odpowiedź nie sprawia mi trudności. Pomijam nawet fakt, że generalnie jestem zadeklarowanym zwolennikiem idei społeczeństwa obywatelskiego, które pojmuję jako tworzenie lokalnych więzi społecznych, nieformalnych, ale i instytucjonalnych, w ramach których ludzie zamieszkujący to samo terytorium czują się współodpowiedzialni nie tylko za swe jednostkowe potrzeby i interesy, lecz także angażują się we wspólne działania na rzecz dobra całej wspólnoty lub jej najbardziej potrzebujących członków. Byłbym także „za" i z tego powodu, ze gdy trafi się minister (jak się to już zdarzyło), lub kurator (co też już przerabiałem), który zasiadł na swym fotelu nie dlatego, że jest kompetentnym fachowcem, a dlatego, że chciała tego jego partia, to miałbym praktycznie żadne możliwości wpływu na jego błędne decyzje a na pewno zerowe na jego (jej) odwołanie. A wójta, jego urzędników - niejeden doświadczony dyrektor szkoły już sobie „wychował"! A poza tym zawsze lepiej mieć szefa „ze swojej wsi", niż „ze świata". I świadomość, że wójtem, jak poetą - się bywa., a żyć w tej społeczności się będzie i „po" - bardzo pomaga w podejmowaniu wyważonych decyzji... A poza tym, szanowni aktywiści związkowi, gminy w Polsce, to nie Wilkowyje, a wójt nie musi być od razu jak tamten, Kozioł, prymitywnym bęcwałem, omotanym przez cwanego Czerepacha... Włodzisław Kuzitowicz [Tekst ten został opublikowany w „Gazecie Szkolnej" nr 23-24/2008 pod tytułem „Sługa dwóch panów, czyli trzeba coś z tym zrobić"] |