Strona Główna > Publikacje > Dlaczego powinniśmy nieść pomoc osobom niesprawnym
Przykazanie miłości prowadzi do pełnego uznania godności każdego człowieka, stworzonego na obraz Boga Święty Łukasz w rozdz. 10, 25-37 przytacza przypowieść Chrystusa o miłosiernym Samarytaninie. Są w tej przypowieści niezwykle charakterystyczne i dramatyczne zdarzenia. Najpierw mamy rozmowę uczonego w zakonie z Chrystusem, z której wynika, że przykazanie miłości bliźniego było ówcześnie żydom dobrze znane. Musieli je więc także dobrze znać zarówno wymieniony w przypowieści kapłan jak i lewita, obaj związani ze świątynią i zakonem. Dlaczego ani jeden, ani drugi nie udzielili pomocy poranionemu człowiekowi, nie znajdujemy w przypowieści wyjaśnienia. Możemy się tylko domyślać, że pojęcie bliźniego, a zwłaszcza nakaz jego miłości, było wśród żydów na swój sposób rozumiane i praktykowane. Co ciekawe, Samarytanin, uważany przez żydów za "nieczystego" okazał maksymalne miłosierdzie, bowiem nie tylko udzielił doraźnej pomocy, ale umieścił rannego w pobliskiej gospodzie, oddał go tam pod opiekę i tę opiekę z góry opłacił. Był w drodze, miał więc określony pilny cel podróży, którą dla wyższej konieczności opóźnił, a ponadto zobowiązał się do zainteresowania stanem chorego w drodze powrotnej i uregulowania ewentualnych dodatkowych należności za opiekę, do czego, po ludzku biorąc, nie był wcale zobowiązany. To przeogromne miłosierdzie Samarytanina, wprost współcześnie rozumiane, stało się wzorcowe, a on sam stał się w tradycji postacią uosabiającą bezinteresowną dobroć i współczucie. Jak się wydaje, postawa ideowa Samarytanina była bliska nauczaniu Chrystusa, o czym świadczy fakt notowany przez św. Jana w rozdz. 4, 39-42 o przyjęciu przez Samarytan nauki Chrystusa i ich nawróceniu, oraz to, że Nauczyciel pozostał wśród nich dwa dni, co zapewne było niemile widziane przez ziomków Chrystusa i przez nich negatywnie ocenione. Zasada miłości bliźniego, zwłaszcza tego pozostającego w potrzebie, była z trudem przyjmowana w różnych kulturach, ale stale i niezmiennie realizowana w kulturze chrześcijańskiej. Wszyscy znamy dzieła miłosierdzia praktykowane przez przeróżne zakony, ale także i osoby świeckie, głęboko oddane Kościołowi. Można powiedzieć, że zasada miłosierdzia stała się już tradycją Kościoła, a szerzej całej kultury chrześcijańskiej. Czymże bowiem jest tradycja? Bardzo zwięźle, ale zarazem bardzo ogólnie, można powiedzieć, że tradycja to przekazywane z pokolenia na pokolenie historycznie ukształtowane obyczaje, poglądy, wierzenia, zasady postępowania i sposoby myślenia. Inaczej mówiąc, tradycja to wszelka spuścizna, którą ustępujące generacje przekazują pokoleniom wchodzącym w życie. Nosicielem tradycji, niezależnie od tego, w jakiej występuje postaci, jest konkretne środowisko społeczne, najczęściej i w dużej mierze, rodzina, szkoła, organizacja społeczna. Tę spuściznę pokoleń przekazuje się głównie przez mowę i przykłady, a obecnie przez wszystkie dostępne środki przekazu. U zarania tego środka zawsze była tradycja ustna, a w rodzinnej często manualna, wyrażająca się przekazem gestów i pewnych umiejętności i zachowań. Tradycja, jako środek przekazu, przenosi z pokolenia na pokolenie określone treści oraz dba o to, by stosunek nowego pokolenia do tych przekazywanych treści był wartościująco pozytywny. Tradycja posiada wartość podmiotową jako przyjmowany przez nas zespół wartości w postaci normatywnej, tj. wyuczonych reakcji, sposobów zachowania się, a nawet myślenia oraz wydawania sądów. Warto podkreślić, że obecność tradycji ma wpływ na życie społeczne; choć dotyczy przeszłości, to jest obecna w teraźniejszości i kształtuje nasze spojrzenie na przyszłość poprzez skumulowanie w sobie wartości kulturowych. W tych rozważaniach chcemy zwrócić szczególną uwagę na rolę rodziny w problemie tradycji. Tradycja w rodzinie funkcjonuje jako ogół rodzinnych wartości, które z wielką siłą oddziałują i łączą wszystkich poprzez spełniane funkcje. Tradycja rodzinna jest sumą doświadczeń minionych pokoleń i przez wielorakość swojej funkcji sprawia, że członkowie rodziny czują się nierozerwalną wspólnotą. Grupa, jaką jest rodzina ma silne poczucie więzi uczuciowych i dlatego tradycja najtrwalej zachowuje się w kręgu rodzin, gdzie czynnik emocjonalny jest niezwykle silny, bowiem stosunek do tradycji nie jest nigdy obojętny. Widać to wyraźnie w zachowywanej obyczajowości rodzinnej opieki nad osobą starą, niedołężną, potrzebującą nieograniczonej opieki oraz nad osobą chorą, o którą troszczą się wszyscy członkowie rodziny, przekazując jej nie tylko pomoc pielęgniarską, lecz także uśmiech, dobre słowo, po prostu swoje rodzinne serce. Zachodzi oczywiście pytanie, czy takie podejście do osoby chorej lub niesprawnej jest w ogóle potrzebne i przez nią dobrze przyjmowane. Tu nasuwa mi się następująca refleksja. Na jesieni 1995 roku byłem 3 miesiące w Kopenhadze, w Danii w celach naukowych, ale nie omieszkałem zainteresować się sposobem udzielania opieki osobom niesprawnym. Zwróciłem się w tej sprawie do działu socjalnego urzędu miasta, który wyznaczył mi osobę koordynującą zwiedzanie różnych ośrodków opiekuńczych i pomocowych, począwszy od żłobka, a skończywszy na domach opieki dla dorosłych. Wszystko wyglądało wprost idealnie, np. maleństwem opiekowały się i rehabilitowały dwie pielęgniarki, w domach opieki każdy pensjonariusz miał swój odrębny pokój z własnym wyposażeniem mieszkania, mógł sam sporządzać swoje ulubione potrawy lub korzystać ze stołówki. Dostępny był nawet piękny basen kąpielowy na miejscu. Gdy zbliżał się stan terminalny, to w pokoju znalazły się kwiaty, grała przyciszona muzyka, chory był jednak absolutnie samotny, bez czułego dotknięcia ręki kogoś z najbliższych, bez czułego słowa lub serdecznego pocałunku. Oprócz troskliwej opieki człowiekowi potrzebne jest gorące, przyjacielskie serce. Łatwiej mu wówczas znosić chwile choroby, fizycznej niesprawności, a przede wszystkim stan przejścia z tego świata do wieczności. Jest rzeczą zauważalną, że osoby pełne poświęcenia dla drugiego człowieka, młodzież czerwonokrzyska gotowa do wszelkiej pomocy, studenci ofiarowujący swoje wakacje dla posługi na turnusach rehabilitacyjnych, osoby pełniące najcięższe prace w hospicjach, wszyscy oni wywodzą się najczęściej z domów przesiąkniętych tradycją religijną, rodzinną i narodową. To nie może być przypadek. Potrzeba niesienia pomocy potrzebującemu człowiekowi bierze się z rodzin, gdzie tradycyjnie kultywowany był zwyczaj pomocy sąsiedzkiej, wspólnych odwiedzin i spotkań towarzyskich. Tradycja ma tu zatem rolę integrującą środowisko oraz wychowawczą, bowiem uczy wartości życia wspólnotowego. Człowiek nie jest samotną wyspą, potrzebuje drugiego człowieka i ma moralne prawo oczekiwać pomocy, gdy sytuacja tego wymaga. Powinność niesienia pomocy osobom niesprawnym wynika także z prostej zasady solidarności i solidaryzmu społecznego. Jest to socjologiczny sposób uzasadniania potrzeby wzajemnego wsparcia i pomocy. Solidaryzm jako kierunek społeczny powstał w 2. połowie XIX wieku. Miał licznych teoretyków, zwłaszcza we Francji. Byli to m.in. Emile Durkheim, Leon Duguit, Leon Bourgeois, Charles Gide. Emile Durkheim (1858-1917), francuski socjolog i filozof, był twórcą tzw. francuskiej szkoły socjologicznej i jest jednym z klasyków socjologii współczesnej. Był profesorem w Bordeaux, kierownikiem pierwszej we Francji od 1887 r. katedry socjologii w tym mieście, a od 1906 r. w Sorbonie. Solidaryzm głosił naturalną wspólnotę interesów ludzi, niezależnie od miejsca zajmowanego przez nich w strukturze społeczeństwa. Człowiek żyjąc w społeczeństwie powinien zachowywać się zgodnie z obowiązującymi normami społecznymi, a ich nieprzestrzeganie narusza zasadę solidarności, która jest zasadą naczelną i ma rozstrzygające znaczenie dla zachowania ładu społecznego, który zapewnia trwanie i rozwój zbiorowości jako całości. Niestety zasada ta jest u nas bardzo często lekceważona i nie przestrzegana. Jako przykład niech posłuży bezceremonialne zajmowanie miejsc parkingowych, oznaczonych wyraźnie znakami naziemnymi i tablicami jako przeznaczonymi dla inwalidów, przez nieuprawnione do tego osoby. Najbardziej smutne jest to, że na to zjawisko nie reaguje u nas nawet policja, straż miejska (nawet przed urzędami). Znaczy to, ze odeszliśmy zupełnie od poczucia wyrażenia gestu miłości dla człowieka niesprawnego, a na pierwszym miejscu stawiamy naszą wygodę i egoizm. I nie pomagają tu nawet nawoływania Kościoła do okazania miłosierdzia i solidarności z człowiekiem słabszym. Idee solidaryzmu były rozwijane na gruncie społecznej nauki Kościoła i powinny być naszemu społeczeństwu dobrze znane. Społeczna doktryna Kościoła wyrosła z nurtu tzw. katolicyzmu społecznego, którego głównym przedstawicielem był Wilhelm Emanuel von Ketteler (1811-1877), jezuita, od 1850 arcybiskup Moguncji, 1848-49 poseł do Frankfurckiego Zgromadzenia Narodowego, a 1871-72 do parlamentu Rzeszy Niemieckiej. W okresie Kulturkampfu był przeciwnikiem zależności Kościoła od państwa. Jego poglądy stały się podstawą oficjalnej społecznej doktryny Kościoła, wyłożonej w encyklice Leona XIII Rerum novarum (1891). Dalsze najważniejsze dokumenty kościelne z tej dziedziny i rozwijające te myśli to encykliki Piusa XI - Quadragesimo anno (1931), Jana XXIII - Mater et Magistra (1961), Pawła VI - Populorum progressio (1967) oraz encykliki Jana Pawła II: Laborem exercens (1981), Solicitudo socialis (1987), Centesimus annus (1991), Veritatis splendor (1993), obrona wartości życia w Evangelium vitae (1995). Społeczna doktryna Kościoła oparta jest na katolickiej koncepcji człowieka, wychodzącej z tomistycznego rozróżnienia osoby i jednostki i zakładającej zasadniczą równość osobową ludzi i naturalną nierówność jednostek. Zdarzają się więc wśród nas osoby słabsze, chore, niesprawne, wymagające opieki i nie mogą być jej pozbawione, bowiem w wymiarze aksjologicznym każdy człowiek jest obiektywną wartością. Przykazanie miłości prowadzi do pełnego uznania godności każdego człowieka, stworzonego na obraz Boga. Z tej godności wywodzą się prawa człowieka i nasze obowiązki naturalne. Godność osoby ludzkiej domaga się jej poszanowania bez względu na stan fizyczny lub psychiczny danego człowieka... Katolicka koncepcja ekonomiki społecznej uzależnia rozwój ekonomiczny od postępu moralnego. Dlatego przy takim rozumieniu człowieka naturalny się staje wymóg pomocy człowiekowi słabszemu, choremu i niesprawnemu. W myśl zasady solidarności z bliźnim i zasady pomocniczości powstają i działają przeróżne stowarzyszenia samopomocowe, ukierunkowane na różnego rodzaju schorzenia i niesprawności. Zwłaszcza z tytułu zasady pomocniczości wynika, że ani państwo, ani inna społeczność, nie może zastąpić w inicjatywie i w odpowiedzialności osób i wspólnot pośrednich na tym poziomie, na którym mogą one działać, mając najlepsze rozeznanie potrzeb podopiecznych. Społeczeństwo moralnie pozytywnie wyrobione nie tylko popiera działalność takich stowarzyszeń, ale zachęca osoby zdrowe, silne, do włączenia się do akcji pomocy, a system prawny zapewnia osobom niesprawnym, inwalidom, odpowiednią pomoc lekarską, psychologiczną i finansową. Instytucje i organizacje społeczne, na różnych poziomach, jak również państwo, powinny uczestniczyć w ogólnym ruchu sprawiedliwości. Rok osoby niepełnosprawnej przeszedł u nas niemal niezauważony. Wniosek z tego taki, że trzeba jeszcze dużo pracować nad uświadamianiem naszego społeczeństwa w kierunku zwykłej ludzkiej życzliwości i miłości bliźniego. Bowiem, jak mówi Monteskiusz: Ludzie patrzą na siebie nawzajem ze zbyt bliskiego dystansu, by zobaczyć się takimi, jakimi są. Pamiętajmy jednak o tym, że gdy Jan Paweł II, Papież-Polak, spotkał się po raz pierwszy z chorymi i niepełnosprawnymi na ojczystej ziemi w Krakowie w roku 1979, powiedział do nich: ...na progu mego pontyfikatu mówię do was. W was jest moja siła, może to zabrzmiało zuchwale, w Chrystusie jest moja moc przez was ! Tadeusz Gerstenkorn |