Strona Główna > Felieton > Dylematy figuranta
Czyli dyrektor szkoły w czasie strajku! Cieszę się, że nie jestem już dyrektorem szkoły. Ta radość towarzyszy mi już od dłuższego czasu. Jednak teraz bezpośrednim powodem jest zapowiedziany strajk nauczycieli. Bo dyrektor szkoły ma wtedy okrutny dylemat: czy identyfikować się ze swoim środowiskiem, z nauczycielami, walczącymi o swoje prawa, co najczęściej dyktuje mu jego wewnętrzne przekonanie, czy stać po drugiej stronie barykady, jako pracodawca, a więc reprezentant władzy, przeciw której wymierzony jest strajk? Nie ułatwia podjęcia tej decyzji także prawne usytuowanie roli dyrektora szkoły. W ustawie o systemie oświaty zapisano, że jest on kierownikiem zakładu pracy dla zatrudnionych w szkole nauczycieli, ale także - iż jest on przewodniczącym rady pedagogicznej. Jest to więc funkcja pełniona „w rozkroku": jedną nogą dyrektor jest członkiem społeczności szkolnej, nauczycielem, któremu powierzono obowiązki kierownicze, drugą - stoi on „w salonach władzy", jest „funkcjonariuszem", zatrudnionym przez organ prowadzący szkołę. I właśnie nadeszła godzina próby! Dyrektor szkoły zostaje postawiony w sytuacji „figuranta". Co prawda nie w znaczeniu, jaki temu słowu nadawała była służba bezpieczeństwa PRL! W świetle prawa , ustawy o związkach zawodowych i ustawy o rozwiązywaniu sporów zbiorowych, jest on jedynym podmiotem, z którym pracownicy mogą wejść w spór zbiorowy. Instrukcja, jaką zamieścił ZNP na swej stronie internetowej, gotowe wzory pism, nie pozostawiają złudzeń. Już pierwszy krok procedury, to przesłana do dyrektorów szkół uchwała zarządu właściwego oddziału ZNP. I w tym tkwi cała paranoja tej sytuacji. Ogólnopolska władza ZNP, podejmując uchwałę o strajku, nie może wystąpić na udeptaną ziemię z rządem. Strajk, poprzedzony procedurą sporu zbiorowego, mogą proklamować wyłącznie podstawowe ogniwa związku zawodowego, pozostające w nierozstrzygniętym sporze z dyrektorem szkoły. A co może dyrektor? Spełnienie jakiegokolwiek z postulatów strajkowych nie leży w jego ustawowych kompetencjach. Bo szkoła publiczna to nie prywatny zakład pracy, którego dyrektor - właściciel jest władny podejmować wiążące decyzje. Zdają sobie z tego sprawę organizatorzy całej akcji. Między przesłaniem uchwały, zawierającej postulaty pracownicze, a zapowiedzią strajku ostrzegawczego - strony muszą odegrać jeszcze „teatr" kolejnych aktów, przewidzianej przez prawo procedury: prowadzenie rokowań, podpisanie protokołu rozbieżności, fazę mediacji, z farsą znalezienia mediatora na którego zgodzą się dyrektor szkoły oraz Zarząd Oddziału ZNP. Instrukcja zawiera taką radę: Należy robić wszystko, aby nie dawać dyrekcji pretekstu do sięgania po mediatora z listy ministra właściwego ds. pracy, gdyż wyznaczenie takiego mediatora, jego przyjazd, obecność - bardzo mocno może przedłużyć mediację. Jako że takie mediacje, kimkolwiek by nie był mediator, nie mogą doprowadzić do ugody, instrukcja sugeruje, że należy przesłać dyrektorowi pismo następującej treści: Mając na uwadze fakt, iż przebieg postępowania mediacyjnego uzasadnia ocenę, że nie doprowadzi ono do rozwiązania sporu przed upływem terminu (...) o rozwiązywaniu sporów zbiorowych, Zarząd Oddziału ZNP informuje, iż w dniu 29 maja br. zostanie przeprowadzony 2 godziny strajk ostrzegawczy. Wszystko to musi się odbyć między 17 a 28 maja! Biorąc pod uwagę, że jeden oddział ZNP jest ustawowym organem związkowym, reprezentującym interesy swych członków - nauczycieli, pracujących w kilku lub kilkunastu, a nierzadko i kilkudziesięciu szkołach, może się zdarzyć, że nie we wszystkich szkołach cała ta procedura zostanie dochowana. I co wtedy? Wtedy będą przesłanki do uznania, że strajk w tej szkole, jeżeli się odbędzie, był nielegalny! Nieprzypadkowo przywołałem rok 1993. To był właśnie rok , w którym nauczyciele też strajkowali. Był maj, trwała matura. Tylko najstarsi stażem nauczyciele pamiętają jeszcze, że po wygaśnięciu strajku władza uznała go za nielegalny i zobowiązała nauczycieli do zwrotu niesłusznie pobranego wynagrodzenia za nieodbytą pracą. I przez trzy miesiące, w ratach, szkolne księgowe zabierały nauczycielom część, i tak niewielkiej, pensji... Jak będzie w tym roku? Jak to dobrze, że nie jestem już dyrektorem szkoły. Ale wiele moich koleżanek i wielu kolegów będzie musiało zjeść tę żabę! Sytuację dodatkowo komplikuje fakt, że inicjatorzy strajku, członkowie ZNP, na ogół nie stanowią większości w radzie pedagogicznej. Można przyjąć, że nauczyciele zrzeszeni w NSZZ „Solidarność", a także część z tych, którzy nie należą do żadnych związków, mogą mieć niechętny stosunek do strajku. Skoro tak, to członkowie NSZZ Solidarność, prawdopodobnie, nie będą chcieli uczestniczyć w tym „ nieprawdziwym" strajku! I co wtedy? Niezależnie od ostatecznych rezultatów tego protestu, jedynym pewnym jego skutkiem może być dezintegracja, skłócenie rad pedagogicznych. Ale też niewyobrażalną jest sytuacja , w której kilku nauczycieli, którzy chcą strajkować, uniemożliwia pozostałym, pragnącym pracować, prowadzenie lekcji. A dyrektor, jako kierownik zakładu pracy, jest zobowiązany zapewnić pracownikowi możliwość „świadczenia pracy"! I jeszcze jeden aspekt sprawy. Co z uczniami w czasie tych dwu pierwszych lekcji 29 maja? W przypadku dwugodzinnego strajku ostrzegawczego sytuacja taka nie będzie jeszcze tak bardzo groźna. Ale jeśliby, wzorem lekarzy, proklamowano strajk ciągły, bezterminowy? Nie są mi znane plany i zamiary organizatorów tego protestu. Czy byłby to strajk, polegający na przychodzeniu do pracy, ale nieprowadzeniu lekcji? Czy nauczyciele przebywaliby przez 45 minut w klasach, z uczniami, nie prowadząc jednak lekcji, czy może strajk polegałby na przesiadywaniu w w „oflagowanym" pokoju nauczycielskim? Co wtedy z dziećmi? Biedny w tym wszystkim jest znowu dyrektor. Bo ustawa mówi, że sprawuje on opiekę nad uczniami. Czy ma to robić osobiście? Czy może z „łamistrajkami"? Chyba jednak rząd nie zmilitaryzuje na czas strajku szkół, powołując nauczycieli na ćwiczenia wojskowe? Wyobraźmy sobie możliwy scenariusz zdarzeń. Załóżmy, że strajk, zorganizowany z inicjatywy ZNP, został proklamowany i trwa, jako strajk ciągły, bezterminowy. Załóżmy, że odbywa się w zgodzie z prawem. Że trwa kilka, może i kilkanaście dni. Że jednak nie przyniósł sukcesu. Wygasł, bo kolejni nauczyciele, kolejne szkoły, pod presją rodziców, zakończyły protest, bo zbliżał się koniec roku.... W tym czasie negocjacje prowadzone przez liderów NSZZ Solidarność okazały się nieskuteczne . Wierni swej wcześniejszej deklaracji - wezwali oni nauczycieli do prawdziwego strajku! Ale i w tej wersji procedura musi rozpocząć się od nowa. Tylko wtedy mogą nie chcieć strajkować członkowie i sympatycy ZNP ! I jak w tej bajce „Żuraw i czapla"! Jak „ci" - „strajk!", to „tamci" - „nie"! Jak „tamci" - „strajk" - to „ci" - „nie"! Mam takie nieodparte wrażenie, że rządzący doskonale zdają sobie sprawę z tej sytuacji. Że działają zgodnie ze starą, rzymską maksymą: „divide et impera" - „dziel i rządź"! Czy jest możliwa konsolidacja całego środowiska nauczycielskiego? Czy oba związki zawodowe mogą stanąć „ponad podziałami" w tej, wspólnej przecież dla całej społeczności oświatowej, sprawie? Czy w Polsce jest do pomyślenia fala kilkusettysięcznych manifestacji nauczycieli, uczniów i ich rodziców, maszerujących pod sztandarami obydwu związków, w walce o godziwe warunki pracy i płacy, jak to bywało, na przykład we Francji? A ja, „póki co" - cieszę się, że nie jestem już dyrektorem szkoły! Ale nie jest mi obojętne w jakich ramach prawnych działają dyrektorzy szkół i co dzieje się w szkołach. I dlatego, niezależnie od tego, czy strajk nauczycieli będzie już teraz, 29 maja, czy w innym terminie, napisałem ten artykuł! Włodzisław Kuzitowicz Artykuł ukazał się w Gazecie Szkolnej (nr 21) |