Strona Główna > Felieton > Dyskryminacja Romów w polskich szkołach
„Dzieci romskie powinny się uczyć wspólnie z polskimi w normalnych klasach." To „odkrywcze" zdanie wygłosiła minister edukacji narodowej Katarzyna Hall w radiu TOK FM. Hall odniosła się do artykułu zatytułowanego „Szkoła odebrała mi godne życie" w piątkowym [1 sierpnia] "Dzienniku", który opisał przypadek 19-letniej Romki z Wałbrzycha, Celiny Styrkacz. Opowiada ona gazecie, że znalazła się w szkole specjalnej w wieku 9 lat, a cała jej edukacja skończyła się na gimnazjum, natomiast w normalnej szkole była prześladowana przez rówieśników z powodu swojej narodowości. Reakcji ze strony nauczycieli, jak opowiadała uczennica, nie było. "Dziennik" wspomina też o szkole specjalnej w Nowym Sączu, do której chodziło 30 romskich dzieci, z których jedynie troje miało rzeczywiste opóźnienie w rozwoju. Po przeczytaniu tej wiadomości na „Onecie" nie mogłem oprzeć się fali wspomnień z własnego dzieciństwa. A były to lata pięćdziesiąte ubiegłego wieku. Chodziłem do szkoły podstawowej na dalekim przedmieściu Łodzi, na którym rozbiły swe obozowiska dwa tabory cygańskie. Nikt wtedy nie znał słowa „Romowie". Jeden z nich rozstawił swe wozy tuż za płotem mojego domu. Przez wiele, wiele lat byliśmy sąsiadami. Obserwowałem ich codzienne życie, wieczorne ogniska, śpiewy i tańce. Ale przede wszystkim miałem w klasie dwu kolegów - Cyganów: Marka i Franka. Z tym ostatnim siedziałem nawet w jednej ławce. Ale w naszej szkole było i w innych klasach wiele uczennic i uczniów Cyganów. Nikomu z nauczycieli nie przyszło do głowy, aby traktować ich inaczej niż dzieci polskie. Za to wszystkie szkolne akademie miały dodatkowe atrakcje - stałym punktem ich programu były występy wokalno-taneczne naszych cygańskich koleżanek. Oczywiście w ich narodowym repertuarze. A Franka zapamiętałem jako niezwykle utalentowanego artystycznie chłopaka, którego rysunki ołówkiem, zwłaszcza portrety, w niczym nie ustępowały swą wiernością tym, którymi dzisiaj wielu współczesnych rysowników uwodzi turystów na „monciaku" w Sopocie. Po ukończeniu szkoły podstawowej mój kolega nie poszedł do liceum plastycznego. Zajął się, zgodnie z rodową tradycją, pobielaniem kotłów. Ale on i inne romskie dzieci nie były w tamtych latach, latach gdy jeszcze życie w wędrownych taborach było dla stylu życia tej nacji normą, w jakikolwiek sposób piętnowane... A współcześnie - pytana przez dziennikarkę, dziś osiemnastoletnia Romka, czy skarżyła się na prześladowanie jej przez polskie dzieci nauczycielom - odpowiada: „Mówiłam im. Ale wie pani, w normalnej szkole zawsze rację miał Polak." Co takiego stało się z nami przez te pół wieku, że w kraju mieniącym się demokratycznym, w społeczeństwie, które uważa się za pełnoprawną część wspólnoty wolnych narodów Europy, możliwe są takie, jak opisane w „Dzienniku" absurdy? Jak to możliwe, że system szkolny, z całym jego „oprzyrządowaniem" prawnym, dopuścił do tak jawnego łamania nie tylko praw mniejszości narodowej, ale przede wszystkim praw dziecka, praw człowieka? Włodzisław Kuzitowicz |