Gazeta Edukacyjna dla refleksyjnych pedagogów

Wtorek, 07 lutego 2012 r. 38 dzień roku

                                                                                                                                                Forum | Czat | Kontakt | Partnerzy | Mapa Strony








 
Strona Główna | Bibliografie | Recenzje | Konferencje | O Gazecie Edukacyjnej 
 
centrum konferencyjno widowiskowe Lutnia
 Badania i raporty
 Blogosfera
 Felieton
 Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne proponuje
 Gorący temat
 Impresje Małgorzaty
 Polecamy
 Publikacje
 Relacje praktyków
 Szkoła z pomysłem
 Wydarzenia
 Bibliografie
 Recenzje
 Konferencje
 O Gazecie Edukacyjnej
 Partnerzy
 Inspirujące
Strona Główna > Publikacje > Fala w szkołach. Zwalczać czy cywilizować?


„Fala, czyli znęcanie się starszych roczników nad młodszymi,[...] na dobre zadomowiła się w szkołach.[...] Uczniowie znęcają się nad uczniami, a dyrektorzy szkół milczą .[...] Z roku na rok formy znęcania się uczniów nad uczniami są "udoskonalane". Opowiadają o tym bez ogródek uczniowie jednej ze szkół średnich w Szczecinie: Wymyśliliśmy, że delikwent musiał kłaść się i mierzyć salę swoją długością, w centymetrach i metrach. Najlepiej jest zmierzyć zapałką całą toaletę - mówią zadowoleni z siebie uczniowie, dodając, że jeśli pierwszak nie wykonał polecenia, dostawał "klapsa w ucho i musiał jeszcze raz, do skutku".

 

To zapis na jednym z portali internetowych, podany za PAP, z 13 października 2003 roku. Od tego dnia minie wkrótce 4 lata .Czy przez ten czas coś się zmieniło? Co właściwie wiemy o „fali"?

 

Pojawiła się w naszych szkołach przed niewielu laty. Ojcowie dzisiejszych uczniów gimnazjów i szkół ponadgimnazjalnych mogli się z tym zjawiskiem spotkać jedynie w wojsku. Istota fali polega tam na swoistym awansie społecznym w nieformalnej strukturze społeczności żołnierzy zasadniczej służby wojskowej. Jedynym kryterium takiego awansu jest czas spędzony w wojsku, czyli przynależność do tego samego rocznika - nie tyle urodzenia, co wcielenia. Najistotniejsze są w tym systemie różnice w statusie miedzy żołnierzami, którzy dopiero nimi zostali ( najczęściej zwanymi „kotami"), a tymi, którzy są w okresie bezpośrednio poprzedzającym wyjście do cywila (nazywani „rezerwą"). Ci pierwsi w zasadzie nie mają żadnych praw, muszą się podporządkować wszystkim, którzy są starsi służbą, choćby tylko o kilka miesięcy, niezależnie od ich formalnego stopnia wojskowego, a przede wszystkim są oni zobowiązani do posługiwania „rezerwie" Ci drodzy zaś wolni są, nieformalnie, od jakichkolwiek prac, a ponadto mają, również zwyczajowo, prawo do wykorzystywania „kotów" do różnych osobistych posług.

 

Przez wiele dziesięcioleci, przy cichym przyzwoleniu kadry zawodowej, system ten funkcjonował w wojsku bez większego oporu „kotów", bo każdy z nich wiedział, że przyjdzie czas, w którym i oni będą „rezerwą". I w tym tkwiła istota mechanizmu „falowania" społecznego: ci którzy są teraz na dole, jedynie w wyniku funkcji czasu, bez względu na jakiekolwiek zasługi, lub ich brak, znajdą się na szczycie tej struktury społecznej .I w tym zawiera się swoista atrakcyjność takiego modelu. Awans społeczny, przywileje, jakie on gwarantuje, nie wymagają żadnego wysiłku, osiągnięć czy zasług - wystarczy tylko czas!

 

Można się zastanawiać, co złego w „fali", jeżeli jest ona akceptowana przez tych, których dotyczy. Zło pojawia się jednak wtedy, gdy w jej regułach zostają przekroczone granice godności człowieka, gdy występuje zagrożenie dla zdrowia a nawet życia ofiar takiego systemu. I te właśnie, raczej incydentalne przypadki powodowały, że fala w wojsku znalazła się na cenzurowanym, że władze wojskowe podjęły działania, których celem było ograniczenie, a może nawet całkowite wyeliminowanie tego procederu.

 

Mass media dostarczały w minionych latach wiele opisów takich agresywnych zachowań mających miejsce nie tylko w wojsku, ale także w szkołach, w wykonaniu starszych uczniów wobec pierwszoklasistów. Ale to jest już inne zagadnienie - to są zachowania penalizowane, jako zabronione prawem naruszenie godności lub nietykalności osobistej człowieka. I takie, karalne, przejawy agresji między uczniami mają w szkołach miejsce niezależnie od tego, czy ofiarami są uczniowie klas pierwszych, czy starszych i wobec ich sprawców należy stosować przewidziane prawem procedury.

 

Wróćmy jednak do „fali" w szkole. Jej istotą i specyfiką ,w odróżnieniu od tej w wojsku, jest to, że jest raczej rodzajem obrzędu inicjacji, okresu próby, swoistego nowicjatu, a nie obejmującym cały okres pobytu w szkole, dynamicznym system społecznym. Świadczy o tym przede wszystkim fakt, że „kotami" w szkole „zajmują się" głównie uczniowie klas drugich, nie najstarsi uczniowie z klas najwyższych. I to, że „kocenie" odbywa się w szkołach tylko w pierwszych tygodniach nowego roku szkolnego. Potem problem wygasa. Samoistnie. Nawet (a może nawet właśnie dlatego), gdy nikt go nie zwalcza...

 

 

I to jest główny powód podjęcia tego tematu. Czy „fala" w szkołach jest zjawiskiem możliwym do zaakceptowania? Czy powinno się ją cywilizować, „oswajać"? Czy wręcz przeciwnie - zabraniać, zwalczać jej przejawy, karać uczniów, którzy ją kultywują i „kocą" pierwszaków!

 

Aby znaleźć możliwie optymalną odpowiedź zawsze trzeba dążyć do oglądu podjętego problemu z różnych punktów widzenia, poznać genezę i wielorakie uwarunkowania zjawiska, przeanalizować potencjalne konsekwencje możliwych do podjęcia decyzji. Spróbuję tak postąpić i w tym przypadku. Zacznę od przytoczenia fragmentów dyskusji, jaką przed kilkoma laty na temat „fali' prowadzili w Internecie nauczyciele. Zaczęła się ona od wpisu:

 

„Bardzo Was proszę, poradźcie mi, co zrobić. Jestem wychowawcą klasy drugiej ponadgimnazjalnej. Jeszcze się nie zaczął rok szkolny, a już wiadomo mi, że moja klasa wyżywała się na uczniach klas pierwszych. Działania bardziej zdecydowane zapowiedziała na wrzesień. Jestem przeciwniczką "fali" w szkole. Jakie konkretne działania powinnam podjąć, by się temu przeciwstawić, bo przecież nie mogę przyjąć, że tak musi być. Jak Wy sobie radzicie z tym problemem? Dziękuję za odpowiedź."

 

Typowym przykładem jednego z możliwych podejść do tego problemu jest rada jakiej udzielił szukającej wsparcia wychowawczyni doświadczony kolega:

 

„Przede wszystkim chyba nadać zjawisku wymiar indywidualny. To nie "fala", to nie klasa wyżywała się na uczniach klas pierwszych, to Karol Nowak bił Tomka Kowalskiego, albo wsadzał mu głowę do sedesu.[...] Nie załatwiałbym sprawy na forum klasy czy szkoły, tylko rozmowy indywidualne - przynajmniej do momentu, aż każdy z nich nie zrozumie, co zrobił źle, dlaczego tak nie wolno, aż każdy z nich nie odczuje skruchy. Dopiero jako podsumowanie całej sprawy mógłbym na apelu czy godzinie wychowawczej powiedzieć coś w tym stylu: był taki a taki problem w naszej szkole.[...] Wszystkim Wam, pozostałym, pragnę powiedzieć, że w naszej szkole będziemy zdecydowanie z tym walczyć. W naszej szkole możecie czuć się bezpieczni, bo sprawcy takich numerów nie pozostaną bezkarni!"

 

Zupełnie inne stanowisko w tej sprawie zaprezentowała matka jednego z uczniów klas pierwszych:

 

„Mój syn (I LO) wczoraj mierzył zapałką wycieraczkę i kierował samochodem, siedząc na sedesie, przypięty pasami bezpieczeństwa z papieru toaletowego do kaloryfera. Trzeba było głośno odpalić silnik, zmieniać biegi za pomocą miotły. Ominęła go atrakcja biegania po korytarzu w koszulce z napisem "SUPER KOT" i z pelerynką na grzbiecie .W opinii syna wszystko odbywa się na wesoło i wszyscy się włączają. Niektórzy nauczyciele miauczą do pierwszaków, pan dyrektor też.[...] LO syna to szkoła z 50 - letnią tradycją. Wydaje się, że nauczyciele przejęli inicjatywę i nadali całości znamiona ogólnoszkolnej zabawy. Kocenie trwać będzie do 10 września, kiedy to ma się odbyć oficjalny chrzest pierwszaków (jak na kolonii - z piciem mleka, z prezentacją klasowego hasła i pieśni o kotach, kociego stroju, itp). Takie otrzęsiny."

 

Jak widać, można przyjąć w tej sprawie dwie strategie: prohibicyjną i „oswajającą". Ta pierwsza, jak uczy nas historia, z reguły daje poczucie dobrze spełnionego obowiązku jedynie zabraniającym. W rzeczywistości nie likwiduje problemu a jedynie sprowadza go do „podziemia", dodając mu jeszcze dodatkowej atrakcyjności, na zasadzie „owocu zakazanego". Można sobie co prawda wyobrazić szkołę w której nieomal wszędzie są zainstalowane kamery podglądające uczniów nawet w WC, a tam gdzie kamery nie sięgają - nieustannie dyżurują nauczyciele! Być może uda się zapobiec „fali" w budynku szkoły, ale to przecież nie załatwi problemu. Jeżeli uczniowie będą taką potrzebę mieli, to „kocić" mogą równie dobrze poza szkoła - w pobliskim parku, sąsiedniej bramie...

 

A co ze strategią „oswajania fali"? Jej krytycy mają także swoje argumenty „na nie". Oto przykład, z tego samego forum dyskusyjnego, takich poglądów:

 

„Jestem z grupy „Wsparcie", zajmującej się problematyką przemocy rówieśniczej. Przeczytałem list od Joanny i wszystkie odpowiedzi.[...] Podobno wyśmianie tematu może pomóc naprowadzić odbiorcę na właściwe tory myślenia. Czy jednak nie zostanie to odebrane jako atak? Jeśli mielibyśmy postąpić w ten sposób, to zacząłbym od mojego ulubionego argumentu - „tradycji" . Jest to wymówka z którą spotykam się bardzo często. Innym, bardzo zabawnym, lubianym przeze mnie argumentem na usprawiedliwianie oficjalnej przemocy są wypowiedzi przeróżnych osób, iż zwyczaj kocenia gdzieniegdzie nazywany „oficjalnym", ma podobno rozładowywać agresję i zapobiegać przemocy. Cóż. Po co opracowywać programy profilaktyczne, skoro można po prostu pozwolić starszym uczniom trochę poznęcać się nad młodszymi (nieważne, czy fizycznie, czy emocjonalnie). Pewnie wtedy przemoc sama zniknie! Celowość takiego działania pozostaje bliżej nieokreślona i niewiele ma wspólnego z profilaktyką."

 

Powyższa wypowiedź domaga się komentarza. Można mieć inny pogląd na funkcję wyśmiania, ale nie człowieka, a tego co on robi, jako mechanizmu deprecjacji tych zachowań, można także nie zgodzić się z autorem tych rad w sprawie skuteczności metody rozładowywania napięć ( w tym agresji) poprzez sublimacyjne formy zastępcze. Przede wszystkim jednak warto zastanowić się nad poglądem o roli i sile tradycji. Moim zdaniem nie wolno jej lekceważyć. Obrzędy inicjacyjne są obecne w historii ludzkości od tysiącleci, we wszystkich kulturach. Różnią się jedynie formą. Wspólnym dla nich wszystkich było zawsze to, że w ich trakcie kandydaci do roli dojrzałego, pełnoprawnego członka określonej społeczności przechodzili ściśle określone próby, podczas których musieli wykazać się przypisanymi tym rolom cechami. Ich mutacją są współczesne zwyczaje, towarzyszące nadawania tytułów naukowych czy pierwszych stopni wojskowych. Nawet egzamin maturalny jeszcze kilkadziesiąt lat temu był próbą, której pomyślne zdanie warunkowało nie tylko uprawnienie do podjęcia studiów wyższych, ale przede wszystkim było przepustką do grona inteligencji.

 

Ale genetyczne związki z obrzędem inicjacji nietrudno znaleźć także w zabawowych formach towarzyszących przekraczaniu równika czy koła biegunowego, wyzwalaniu na czeladnika czy „pasowaniu na pierwszaka"! „Kocenie" należy także do tej tradycji. Różni się ono jednak od tamtych tym, że odbywa się w strukturach nieformalnych i w sposób nie zawsze akceptowany przez większość społeczeństwa. Stojąc przed alternatywą: zakazać, czy ucywilizować - warto odwołać się do wiekowych doświadczeń Kościoła. Chrześcijaństwo, rozprzestrzeniając się na terenach, na których wcześniej wyznawano różne, lokalne religie, bardzo często asymilowało tamtejsze zwyczaje i tradycje, włączając je do swojego obyczaju a nawet liturgii. Kto dziś uświadamia sobie , że zwyczaje bożonarodzeniowe , to po części obrzędy przesilenia zimowego u ludów germańskich, Skandynawów czy Słowian? I w tym właśnie przejawiła się wielka mądrość i pragmatyzm zwycięskiej religii...

 

Dlatego opowiadam się za pedagogicznym „oswojeniem fali". Jej zwalczanie będzie skutkowało jedynie, przeciwnymi do zakładanych, skutkami .Nie oznacza to jednak, że wystarczy aby dyrektor i nauczyciele zostali organizatorami czegoś na podobieństwo „Chrztu Neptuna". Problem jest o wiele bardziej skomplikowany. Jego korzenie tkwią przede wszystkim w procesach adaptacji nowych uczniów do szkolnego środowiska i ich integracji - między sobą, jako grupą tworzącą jeden oddział, ale też integracji ze społecznością całej szkoły. Przytoczę w tym miejscu jeszcze jeden fragment internetowej wymiany poglądów:

 

„W mojej szkole (LO) zrezygnowano w zeszłym roku z popularnej formy otrzęsin tzn. jedzenie paskudztw, smarowanie paskudztwamii itp. II gie klasy wymyśliły zabawę polegającą na tym, że poszczególne klasy pierwsze miały zaprezentować najciekawszą fryzurę, najzabawniejszy skecz, najciekawszy portret własny klasy itp. Był również konkurs zbierania karmy dla kotów (w schronisku dla zwierząt). Pomysł prosty, rzec można nic odkrywczego. Ale widziałam, że pierwszaki odetchnęły z ulgą, choć niektórym chyba brakowało porządnego okocenia, bo do końca liczyli, że będą musieli chociaż zjeść te puszki dla kotów. Ostatecznie impreza udała nadspodziewanie dobrze. Integracyjnie i bez przemocy."

 

I tym właśnie tropem należy pójść dalej. Pomocnym zabiegiem, który może ułatwić projektowanie sposobów działania, powinna stać się introspekcja. Bo każdy z nas wielokrotnie znalazł się przecież w sytuacji „nowego"! Co czuliśmy, gdy po raz pierwszy przekraczaliśmy progi przedszkola, nowej szkoły, nowego miejsca pracy? Jakie lęki nam wtedy towarzyszyły? Jakiego wsparcia oczekiwaliśmy, i od kogo? Ten etap umożliwi kolejny: empatyczne „wejście w skórę" pierwszoklasisty. Wtedy łatwiej będzie znaleźć właściwe sposoby pomocy nowoprzyjętym uczniom i zminimalizować ich lęki „nowicjatu".

 

Jak ważnym dla szybkiego i pozbawionego niepotrzebnych stresów wejścia w społeczność i w nowe role jest właściwe zorganizowanie fazy adaptacji „nowego" wiedziano już od dawna. Najczęściej przyjmowało to postać znaną i dzisiaj w pragmatyce zawodu nauczyciela jako funkcja opiekuna osoby odbywającej staż. Sposób ten staje się niewystarczający w sytuacji, gdy mamy do czynienia z wejściem do instytucji kilku nowych grup, jak to ma miejsce co roku w szkołach .Dlatego szkoła, która pragnie stać się szkołą przyjazną uczniowi, szczególnie temu nowemu, powinna wypracować takie formy pracy samorządu uczniowskiego, które zapewnią odpowiedni klimat "pierwszakom", szczególnie w okresie pierwszych dni i tygodni ich pobytu. Może to być, na przykład, patronat uczniów klas drugich nad uczniami „analogicznych" klas pierwszych: IIa opiekuje się pierwszymi krokami Ia. Może to przebiegać w ten sposób, że tuż po uroczystości rozpoczęcia roku szkolnego odbędzie się spotkanie informacyjne uczniów takich „bliźniaczych" klas ( „Nie bójcie się, dyro jest równy gość, ale nie znosi jak się mu ściemnia, polonistka nie toleruje u chłopaków kolczyków, a historykiem się nie przejmujcie, nawet jak wam powie, że jesteście mniej niż zero - i tak nie postawi wam na semestr jedynki.), następnie drugoklasiści oprowadzą młodszych kolegów po szkole, informując gdzie co jest. Bo pierwszaki wiedzą tylko gdzie jest sekretariat. Przy okazji dowiedzą się nie tylko gdzie jest pracownia komputerowa, gdzie gabinet pielęgniarki a gdzie pedagog szkolny, ale także gdzie szkolny bufet, usługi ksero, woźna z którą można załatwić przechowanie roweru, bo ze stojaków przed szkoła kradną... W kolejnych dniach można zorganizować mecze w „nogę", „kosza" czy „siatę", a także giełdę podręczników, na której po preferencyjnych cenach drugoklasiści sprzedadzą swoje książki młodszym kolegom. A wszystko po to, aby „nowy" przestał być nowy! By został Damianem, Moniką, Sebastianem. Z konkretną biografią, podobnym zainteresowaniem, kimś, kto też był w Jarocinie, i też zna „grubego Bola"...

 

Niezależnie od działań prowadzących do personalizacji, skracania okresu anonimowości nowych uczniów, szkoła winna skoncentrować się , szczególnie w pierwszych dniach nauki, na stwarzaniu warunków do szybkiej integracji uczniów klas pierwszych, tworzących początkowo jedynie formalną grupę młodych ludzi, połączonych wyłącznie więzami rzeczowymi: bo są wpisani na listę w tym samym dzienniku, odbywają te same zajęcia dydaktyczne, w tych samych salach lekcyjnych, które są prowadzone przez tych samych nauczycieli, o tych samych godzinach. Najlepszą i sprawdzoną metodą osiągnięcia tego celu jest obóz integracyjny, na który uczniowie klas pierwszych powinni wyjechać, na kilka dni, najlepiej niezbyt daleko i niekoniecznie do modnego kurortu, już w pierwszym tygodniu roku szkolnego. Optymalne warunki dla procesu stworzenia, jak to określał dziś nie całkiem słusznie zapomniany Antoni Makarenko - kolektywu, czy jak kto woli zespołu wychowawczego albo grupy na wpół formalnej, powstają na obozie, na którym są tylko uczniowie jednej klasy pierwszej ze swoim wychowawcą.

 

Skuteczne może być także zorganizowanie wspólnego wyjazdu klas pierwszych, jednak przy zachowaniu dużej autonomii działań każdej grupy klasowej. Nic tak nie sprzyja powstaniu „patriotyzmu grupy", jak sytuacje typu „nasi górą"! Z tego powodu należy na takim obozie tworzyć okoliczności sprzyjające łagodnym formom rywalizacji, i to w bardzo różnorodnych kategoriach, aby każda klasa, choć w jednej dziedzinie, miała szansę na zwycięstwo. (rozgrywki sportowe, turniej karaoke, konkursy„na wesoło" itp.) Ważne jest, aby każda klasa przeżyła na takim obozie coś niepowtarzalnego, żeby połączyły ich unikalne wspomnienia... A przede wszystkim podczas pobytu na takim obozie wszyscy powinni poznać swoje imiona, zainteresowania, powinni mieć „materiał" do zintensyfikowania procesów więzotwórczych i do strukturalizacji grupy, w tym - wyłonienia potencjalnego lidera. Zaletą obozu na którym są wszystkie klasy pierwsze jest możliwość fachowego poprowadzenia warsztatów integracyjnych przez przygotowanego do takich zadań szkolnego psychologa lub pedagoga! Główną wartością tak stymulowanej integracji jest powstanie mechanizmów solidarności grupowej. Po obozie, po szkolnych korytarzach i toaletach nie będą już chodziły osamotnione jednostki, łatwe do upolowania „koty", lecz osoby, mające silne oparcie w swoim „stadzie", w stadzie, które w razie zagrożenia potrafi zadziałać zgodnie z zasadą: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego"!

 

Jeśli obozu integracyjnego zorganizować się nie da, bo szkoła środków budżetowych na taki cel nie posiada, a rodziców także nie stać na dodatkowy, kilkusetzłotowy wydatek, możliwe jest osiągnięcie celów integracyjnych, aczkolwiek w dłuższym okresie czasu, także w warunkach planowych zajęć szkolnych. Wymaga to tylko zmiany priorytetów pracy szkoły: z dydaktycznego na wychowawczo-opiekuńczy. Trzeba pogodzić się z potrzebą „odpuszczenia sobie" kilku lekcji, nawet polskiego i matematyki, a w tym czasie przeprowadzić z uczniami kolejnych klas pierwszych, jak to odbyłoby się na obozie, warsztaty integracyjne. Pożądane są także wycieczki, choćby kilkugodzinne, do miejscowych „atrakcji", można także poprowadzić rozbudowane lekcje wychowawcze, na których, przykładowo, uczniowie zaprezentują swoje hobby, powspominają swój najciekawszy dzień w życiu, zwierzą się ze swoich oczekiwań wobec nowej szkoły...

 

I dopiero wtedy można przystąpić do zaprojektowania i zorganizowania przez samorząd uczniowski, w tajemnicy przed pierwszoklasistami, ogólnoszkolnej imprezy, typu „otrzęsiny". Będzie świetna zabawa, nikomu nie stanie się krzywda i tradycji stanie się zadość! A najcenniejszą zdobyczą takich sposobów zorganizowania pierwszych tygodni współżycia „nowych" i „starych" uczniów szkoły będzie przerwanie łańcucha: mnie „kocili" - za rok będę „kocił" ja!

 

Włodzisław Kuzitowicz