Strona Główna > Felieton > Felieton przedsylwestrowy
Wigilię i - jak dawno już tak nie było - trzy dni świąt już przeżyliśmy. Przed nami kolejna wolna „trzydniówka", ale przedtem przez wielu wyczekiwana „magiczna" noc - noc sylwestrowa! Przyzwyczailiśmy się mówić o niej, że to chwila, w której świat wita Nowy Rok. I z tego powodu miliony ludzi, w tym i my - Polacy, będą wznosić toasty musującymi napojami (bo tylko nielicznych stać będzie na prawdziwy szampan), wystrzeliwać race i - jak to niedawno robiliśmy już przy wigilijnym stole - składać sobie życzenia wszelkiej pomyślności... Rzecz w tym, że z tym początkiem roku nie do końca tak jest, jaki nam się zdaje. To jedynie część ludzkości umówiła się, że koniec starego a początek nowego roku jest w nocy z 31 grudnia na 1 stycznia. Jest tak wszędzie tam, gdzie przejęto tak zwany kalendarz juliański. Bo to dopiero od czasów Juliusza Cezara, a konkretnie od 46 roku n.e. ta data została przyjęta jako początek nowego roku. Ale są jeszcze wyznawcy prawosławia, dla których stanie się to o 14 dni później, są buddyści, muzułmanie, wyznawcy judaizmu i innych religii, którym ich wiara i tradycja wyznaczyły jeszcze inne daty. Jedno w tym święcie jest wspólne. Niezależnie od zasad stosowanego kalendarza, podstawowym cyklem ludzkiego życia jest rok - czas, w którym nasza Ziemia dokonuje pełnego obiegu wokół Słońca. Ten odwieczny cykl wyznacza nie tylko rytm życia przyrody, lecz jest podstawową miarą naszego, ludzkiego życia. Stąd pewnie bierze się specjalne znaczenie, jakie przypisujemy tej umownej dacie, która w sensie fizycznym niczym się nie wyróżnia od innych w odwiecznym strumieniu płynącego czasu. Niezależnie od powszechności zwyczaju świętowania nowego roku, zastanawia mnie niezwykła popularność zwyczaju podsumowywania roku minionego i składania sobie tego dnia futurologicznych życzeń. A to oznacza tylko jedno: że mamy taką potrzebę. Potrzebę podsumowywania wszystkiego co dotąd przeżyliśmy, lecz jeszcze bardziej - potrzebę „zaklinania przyszłości"! I życzymy sobie, aby ten nadchodzący rok był lepszy od starego, żeby nam przyniósł to, czego zazwyczaj nam dotąd brakowało: zdrowia, miłości, pieniędzy, sukcesów, dalekich podróży... Jest w tym archetypiczna wiara w słowo, słowo, które ma sprawczą moc. Począwszy od starotestamentowego Słowa, które było na początku, poprzez wszystkie szamańskie śpiewy i zaklęcia, na baśniowych „hokus pokus" i „abra kadabra" skończywszy. A przecież, gdy mija szampańskie odurzenie, tak naprawdę wiemy dobrze sami, że to - jaki będzie nadchodzący rok, zależy przede wszystkim od zbiegów różnorakich okoliczności, loteryjnego przypadku, że zdarzy się to, co akurat się zdarzy, i w pewnym stopniu także od nas - na ile potrafimy właściwie wykorzystać te okoliczności do realizacji swych planów i marzeń Piszę to, bo właśnie niedawno doświadczyłem na sobie, boleśnie, działania sprawczej roli przypadku. Jeszcze w przedświąteczny poniedziałek wieczorem byłem pewien, że następny dzień spędzę na spotkaniu wigilijnym w mojej starej „Budowlance". Aż tu nagle... Aż tu nagle zostałem pogryziony przez biegającego bez kagańca, samopas, wielkiego psa... Wizyta w pogotowiu, zastrzyki, opatrunki, zgłoszenie pogryzienia w Sanepidzie... A przecież tylu ludzi od kilku dni życzyło mi „Wesołych Świąt!" Stukając ten felieton palcem wskazującym pogryzionej ręki - życzę wszystkim Czytelnikom, aby w Nowym Roku mieli przede wszystkim dużo szczęścia! Niech Was omijają zbiegi złych okoliczności! Ale nie traćcie taż wiary w to, że jednak wiele od Was zależy! Włodzisław Kuzitowicz |