Strona Główna > Publikacje > Franchising w edukacji
W numerze 1 z 2008 roku „Gazety Szkolnej" opublikowano wywiad z Ireną Dzierzgowską, osobą, która nie bez powodu była, i chyba nadal jest, uważana za głównego architekta ostatniej wielkiej reformy naszego systemu edukacji, tej z okresu rządu AWS - UW, w którym była wiceministrem edukacji. Z wielu wątków tej rozmowy - mnie najbardziej zaintrygował ten, który pojawił się jako konsekwencja proponowanych przez rozmówczynię zmian w zakresie systemu, ale i sposobów tego co od pokoleń nazywane jest nadzorem pedagogicznym, a co współcześnie nazywane jest oceną jakości pracy szkól. Padło w tej rozmowie, otwierające interesujący mnie wątek, stwierdzenie prowadzącej wywiad reaktor Ewy Jurkiewicz: „Byłby to pierwszy poważny krok w kierunku zwiększenia autonomii szkoły...." Sprowokowana tymi słowami Irena Dzierzgowska stwierdziła: „ Jest grupa dyrektorów, którzy aż się palą do innowacji i zmian, ale są też tacy, którzy bardzo tradycyjnie postrzegają szkołę. [...] Jak damy im autonomię nie będzie już tak łatwo i beztrosko. Dyrektorzy będą musieli organizować pracę szkół trochę na kształt prywatnych przedsiębiorstw. [...]" To diagnozujące dyrektorów szkół stwierdzenie aż prosi się o rozwinięcie i pogłębienie. Niestety, w dalszej części wywiadu pojawia się tylko odniesienie do autonomii dyrektora szkoły w prowadzeniu samodzielnej polityki kadrowej, co stało się pomostem do nowego wątku - budzącej najwięcej sprzeciwów - likwidacji Karty Nauczyciela. Ale ja pragnę pójść dalej tropem myślenia o szkole jako organizacji autonomicznej. No właśnie - autonomicznej, nie niezawisłej, jakimi mogą być szkoły prywatne, zwłaszcza te z nich, które nie ubiegają się o status szkoły o uprawnieniach szkoły publicznej. Bo autonomia to nie „niepodległość", to rodzaj samostanowienia, prawo do samodzielnego rozstrzygania spraw wewnętrznych określonej zbiorowości, która nadal jest zależna od „centrali". Do autonomii dążą zazwyczaj mniejszości, mające aspiracje do samostanowienia, które jednak pozbawione są tego prawa przez strukturę nadrzędną. Najczęściej jest nią państwo. I to ono jedynie może, ograniczając swe prerogatywy, przyznać taką autonomię. Szkoła publiczna we współczesnych systemach społecznych jest elementem większej całości. Jest nią system szkolny państwa, gdyż to ono, realizując jeden z najbardziej kluczowych obowiązków swej polityki społecznej, jakim jest zapewnienie wszystkim obywatelom konstytucyjnego prawa do bezpłatnej oświaty, nie tylko przekazuje niezbędne na zrealizowanie tego celu środki, ale z reguły, stara się także zachować wpływ na najbardziej istotne parametry tego systemu, takie jak struktura szkolnictwa [poziomy edukacji], podstawy programowe nauczania, standardy kwalifikacyjne nauczycieli czy system egzaminów zewnętrznych. I zgodnie z odwiecznym prawem - „płacę, więc wymagam" - nie ma nic dziwnego w tym, że władza ma skłonności centralistyczne. Natomiast o wiele trudniej zrozumieć inicjatywy części środowiska nauczycielskiego, zwłaszcza tej reprezentowanej przez związki zawodowe, aby nie tylko bronić jak niepodległości, centralistycznej w swej istocie, Karty Nauczyciela, ale jeszcze wywalczyć prawny zapis, czyniący z nauczyciela funkcjonariusza państwowego. I tak oto, po osiemnastu latach od transformacji systemu społeczno-politycznego, żyjemy w państwie demokratycznym, w znacznym już stopniu zdecentralizowanym, w którym jednak kolejne roczniki dzieci i młodzieży edukuję się w szkołach, w których pracują nauczyciele według praw napisanych w okresie stanu wojennego. Czy autonomia szkoły publicznej jest powszechnym dążeniem środowisk nauczycielskich? Czy jest uświadamianą potrzebą środowisk lokalnych? Czy może stać się swoistym panaceum na wszystkie słabości polskiej szkoły? Czy uprawnionym myśleniem jest przenoszenie doświadczeń szkół społecznych do systemu szkolnictwa publicznego? To pytania, na które, warto dzisiaj poszukiwać odpowiedzi. Próbą takiego poszukiwania jest dalsza część tego artykułu. Moje kilkudziesięcioletnie doświadczenie zawodowe, zdobywane w różnych elementach naszego systemu edukacyjnego, w tym dwunastoletni okres dyrektorowania w szkole, dostarczyło mi wystarczająco wiele obserwacji i okazji do refleksji. Jedną z nich jest pewność, że niewielki procent ludzi w ogóle, w tym oczywiście także uprawiających zawód nauczyciela, ma potrzebę twórczego, autorskiego, samodzielnego działania i... i ponoszenia pełnej odpowiedzialności za jego rezultaty .Utopijną jest przeto wizja systemu szkolnego, zbudowanego z autonomicznych „klocków" upodmiotowionych szkół, tętniących twórczym życiem autorsko realizowanego procesu edukacyjnego. Nie jest odkrywczym stwierdzenie, że znakomita większość pracujących w szkołach nauczycieli źle czuje się w przestrzeni wolności. Wolą, o dziwo, szkołę z procedurami ISO, bo one, choć bywają czasochłonne, uciążliwe i zbiurokratyzowane, dają im poczucie bezpieczeństwa, zdejmują z nich obowiązek podejmowania osobistych decyzji. Pozostawiając poza dyskusją tak oczywiste postulaty, jak ten o prawie dyrektorów szkół do prowadzenia samodzielnej polityki kadrowej czy możliwości gospodarowania budżetem szkoły we wszystkich jego paragrafach, pokuszę się o nieco inną wizję szkolnej autonomii. Zanim do tego przystąpię przypomnę jednak kilka prawd podstawowych. Po pierwsze: muszą istnieć ogólnokrajowe standardy edukacyjne, w tym programowe i egzaminacyjne, aby zapobiegać zróżnicowaniu jakości i treści kształcenia, co byłyby sprzeczne z wartościami społeczeństwa demokratycznego. [ Wszyscy mają równy dostęp do edukacji na takim samym poziomie.] Po drugie: Nie można szkoły , na równi z produkcją towarów i usług, poddać czystym prawom rynku. Tak, ewentualnie, mogą działać szkoły w dużych aglomeracjach miejskich, gdzie bez szkody dla dostępności do placówek, może „niewidzialna ręka rynku" eliminować szkoły źle pracujące, wzmacniać - dobre. Ale w małych miastach i miasteczkach, w Polsce gminnej? Tam dla szkoły niewydolnej, nieatrakcyjnej i skostniałej i tak nie ma alternatywy. Jakkolwiek by w niej nie było - i tak rodzice poślą tam swoje dzieci. Z tych choćby tylko powodów pozwolę sobie mieć nieco inne zdanie niż Irena Dzierzgowska. Nie do końca pracę szkoły można organizować jak prywatne przedsiębiorstwo. Chociaż... Moja wizja systemu szkolnego to obraz sieci szkolnej, w której działa pewna, oby wystarczająco duża, liczba szkół autorskich, w których skupieni wokół dyrektorów - menedżerów nauczyciele - refleksyjni praktycy podejmują odważnie innowacje pedagogiczne, prowadzą eksperymenty i wdrażają światowe nowości z dziedziny metod nauczania i wychowania. Część dorobku tych „drożdży" edukacyjnych okaże się zapewne nie warta kontynuacji, ale wiele z tego co tam zostanie wypracowane zasługiwałoby na upowszechnienia. I tutaj pojawia się kolejna myśl, wspomnienie z lat minionych. W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku szkolnictwu polskiemu, pod kierunkiem ówczesnego ministra oświaty, Jerzego Kuberskiego, na mocy administracyjnych zarządzeń, narzucono obowiązek wdrażania tak zwanego „systemu poznańskiego", zwanego także od nazwiska naukowego patrona tej koncepcji szkoły wychowującej, „eksperymentem Muszyńskiego". W efekcie tego, w tysiącach szkół, nieprzygotowani do tego i nie przekonani nauczyciele realizowali jedynie zewnętrzne, formalne elementy tego systemu, gubiąc jego istotę i w efekcie doprowadzając do jego parodii. Pomni tamtym doświadczeń powinniśmy poszukać innych sposobów, którymi dobre pomysły i rozwiązania szkół autorskich mogłyby być upowszechniane i wykorzystywane przez zespoły nauczycielskie tych placówek, które, z różnych względów nie podejmują się takich zadań samodzielnie. I tutaj przychodzi mi na myśl system od dawna z powodzeniem stosowany w dużych sieciach handlowych, hotelowych czy gastronomicznych. Mam na myśli system zwany franchizingiem. Polega on, najkrócej rzecz ujmując, na udostępnianiu znaku towarowego innym firmom. Jednak rzecz ma daleko rozleglejsze konsekwencje. Twórca, nie tylko konkretnego wyrobu, ale niejednokrotnie całego systemu towarów i usług, o określonej jakości i zdobytej renomie - wyrażając zgodę na występowanie pod jego marką, stawia bardzo konkretne i ostre wymogi powtarzalności jego wyrobu. I dzięki temu kurczak z frytkami jest opakowany, ma smak i jakość taką samą we wszystkich barach szybkiej obsługi McDonalds'a na całym świecie. Ta idea doskonale da się zastosować do upowszechniania dobrych doświadczeń wiodących szkół autorskich. Można ją także połączyć z autonomią i podmiotowością szkoły - przy jednoczesnym dążeniu do powszechnie dostępnej i powtarzalnej jakości świadczonej usługi edukacyjnej. Przykłady takiej sieci szkół pracujących tym samym systemem przecież już istnieją. Są to przedszkola i szkoły pracujące pod auspicjami Polskiego Stowarzyszenie Montessori. W realiach naszej edukacji mogłoby to funkcjonować w taki sposób, że szkoła, po kilku latach prowadzenia, z dobrymi skutkami, swego eksperymentu czy innowacji otrzymywałaby prawo do wystąpienia w roli lidera, upoważnionego do budowania sieci szkół pragnących pracować tym samym systemem. Szkoła ta byłaby jednak odpowiedzialna za nadzór nad jakością wdrażania swojego systemu w podopiecznych szkołach. Trzeba oczywiście stworzyć do tego odpowiednią obudowę prawną, systemy upowszechniania informacji o takich ofertach, a także państwowy fundusz, wspierający takowe inicjatywy, w tym - finansujący koszty owego „autorskiego" nadzoru. Mogłoby w ten sposób dojść do powiązania szkół i pracujących w nich zespołów nauczycielskich o aspiracjach twórczych, innowacyjnych, z tymi, które z różnych z resztą przyczyn, nie mają takich aspiracji albo możliwości, ale które mogłyby, z równą korzyścią dla uczniów, pracować na podobnym poziomie. System taki przeciwdziałał by także ogólnokrajowej „urawniłowce", narzucaniu przez władze centralne „jedynie słusznych" rozwiązań. Dawałby też szkołom wchodzącym do takiej „korporacji" poczucie przynależności do większej, ponadlokalnej społeczności, nie ujmując im nic z ich podmiotowości i autonomii. Konferencje metodyczne dla nauczycieli, zloty uczniów, pikniki z rodzicami ze szkół z różnych stron kraju, ale w gronie ludzi podobnie myślących i pracujących, ale też napotykających na podobne trudności - to dodatkowy walor takiego rozwiązania. Nie bójmy się makdonaldyzacji naszej oświaty. Nigdy nie dojdzie do tego, aby krajowy „rynek edukacyjny" zdominował tylko jeden „znak firmowy"! Zawsze będą rodziły się nowe koncepcje i mikrosystemy, które staną się szansą twórczego zaistnienia dla kolejnych pokoleń twórczych nauczycieli. Oni nie tylko podejmą trudy innowacji, ale także znajdą liczne rzesze swoich „wyznawców"! A niezależnie od tego zawsze będą działać szkoły z ofertą typu „U nas kuchnia domowa"! Byle tylko nie wróciły czasy, gdy jedynym wyborem konsumenta był wybór, czy kupić chleb w sklepie PSS czy MHD. Z resztą, w obu tych sklepach sprzedawano taki sam chleb, przywożony z jedynej „fabryki chleba". Włodzisław Kuzitowicz |