Strona Główna > Gorący temat > Grzeczne dzieci nie wyrastają na kreatywnych ludzi
Wywiad z dr hab. Ewą Zwolińską, prof. Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego - kierownikiem Zakładu Kreatywnej Edukacji Dziecka UKW w Bydgoszczy. Emilia Iwanciw: Do czego przydaje się kreatywność? prof. Ewa Zwolińska: Dziś już niemal do wszystkiego. Świat wokół zmienia się błyskawicznie. Człowiek, który nie potrafi się dopasować do tych zmian ani ich zrozumieć, ma nikłe szanse na bycie szczęśliwym. Będzie biadolił, zamiast podejmować wyzwania. To właśnie m.in. przez małą kreatywność wielu osobom w średnim wieku z takim trudem przychodzi nauka obsługi komputera, czy komórki. Człowiek za młodu mało kreatywny po latach może być trudny do zniesienia dla innych i dla samego siebie obserwując, jak barwnie można żyć, a on nie umie. To brzmi bardzo smutno. Tym smutniej że - jak dowodzą aktualne badania - dzieci nie są dziś kreatywne. - Jeśli nie weźmiemy spraw w swoje ręce, spora grupa dzieci może wyrosnąć na dorosłych, którzy będą borykać się z własną niemocą i bezradnością. Wszystkie badania, jakie do tej pory w Polsce były robione, pokazują, że problem istnieje, a nawet się potęguje. Na kogo wyrosną mało twórcze dzieci? - Mówiąc kolokwialnie: mogą być strasznymi nudziarzami. Nie będą miały pasji, pomysłu na siebie, na swoje życie zawodowe ani na czas wolny. Pozbawione spontaniczności - będą wciąż poruszać się po orbitach znanych i oswojonych rewirów, np. dom, praca, dom. W pracy nie zrobią kariery. Bo człowiek, który nie jest kreatywny, będzie umiał jedynie wykonywać polecenia i zadania dobrze sobie znane. Bez używania wyobraźni i podejmowania inicjatywy niewiele nowego wniesie do firmy. Będzie bezrefleksyjnie wypełniał rubryki w pismach urzędowych. I jak natrafi na jakiś nielogiczny zwrot na przykład, to być może nawet nie wpadnie na to, by go ulepszyć, poprawić. No i co z tego? Może on w tym swoim wąskim, poukładanym światku będzie szczęśliwy? - Wątpię. W rytuałach, po których się porusza, nie będzie miejsca na zmiany. A życie zaskakuje. W obliczu nagłej zmiany taki człowiek stanie zupełnie bezradny. Jak ktoś mu nie powie, co ma zrobić, on się kompletnie pogubi. Proszę mnie jednak dobrze zrozumieć. Nie chodzi o to, że nagle mamy pokolenie dzieci z "defektem", którym jest brak kreatywności. Większość dzieci w chwili narodzin od razu jest bardzo kreatywna, ale rodzice, a potem nauczyciele w szkole bezwiednie to w nich tłumią... W jaki sposób? - Zupełnie prosty. Kiedy na świat przychodzi dziecko, "statystyczna matka" dba o to, żeby było czyste, najedzone, ładnie ubrane, miało suchą pieluchę. Zajmuje się więc szeroko pojętą pielęgnacją oraz opieką. I prostu z dzieckiem przebywa. To chyba dobrze, bo znaczy, że dba o nie? - Dobrze, ale zdecydowanie za mało. Rodzicowi, którego dziecko jest najedzone i ma sucho, wydaje się, że zrobił wszystko, co do niego należało. Maluch leży w leżaczku, a mama krząta się po mieszkaniu: sprząta, zmywa podłogi, szykuje posiłki. Koleżanka wpadnie na kawę i pochwali: jaka ta twoja Zosia cichutka, normalnie anioł. W przerwie pomiędzy jednym a drugim karmieniem młoda mama poogląda coś w telewizji, wyskoczy z dzieckiem po zakupy do marketu, wstawi pranie, powiesi pranie, przyrządzi dla siebie i męża kolację. Wieczorem będzie już znużona i śpiąca. Ale zaśnie z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. - I będzie w błędzie. Bo do jej obowiązków w pierwszych latach życia dziecka (tak samo jak do obowiązków jej partnera) jest uczenie go świata i rozwijanie w nim kreatywności. No dobrze, ale w jaki sposób? - Każde dziecko rodzi się z naturalną pasją poznawania. Można powiedzieć, że jesteśmy wszyscy kreatywni z natury. Ale świat nas tresuje, wbija w schematy, wyuczone normy. I w ten sposób zatracamy zdolność do kreatywności. Sami wbijamy w taki szary mundurek nasze maluchy. Pieczołowicie się nimi opiekując? -... i nie mając nic więcej do zaproponowania ponadto. Cieszymy się, kiedy nasze dziecko jest cichutkie, spokojne i nie marudzi. A to nie zawsze jest dobrze. Czasem lepiej, kiedy ono otwiera wszystkie szafki, zrzuca ze stołu naczynia, zdejmuje bieżnik ze stolika i bierze go do buzi, macza palce w mleku i oblizuje, maże po ścianach znalezionym gdzieś długopisem, domaga się wciąż naszej uwagi pojękując i gaworząc, a potem zadając niewygodne, wręcz absurdalne pytania. Taki maluch jest przecież niegrzeczny. Rodzice mają to tolerować? - Proszę pani, taki maluch jest zupełnie normalny i może być pani pewna, że ma on w sobie duże pokłady kreatywności. W przyszłości może być superciekawym człowiekiem, jeśli dobrze nim pokierujemy. Problem w tym, że to my nazywamy go niegrzecznym, karzemy, temperujemy. Zamiast sami dostosować się do dziecka, oczekujemy, że ono dopasuje się do naszego poukładanego świata i sterylnego mieszkania. To niemożliwe i nie tędy droga. [...] A jak rozwijać dziecko, które już chodzi do szkoły? - Przede wszystkim nie liczmy na to, że szkoła rozwinie w nim kreatywność. Dziś szkoła niestety najczęściej spełnia odwrotną funkcję; kreatywność w dzieciach tłumi. Czy wie pani, że dzieci zbuntowane, które są uznawane przez nauczycieli za najbardziej niegrzeczne, osiągają najwyższe wyniki w testach kreatywności? Nie wiedziałam. Czyli mam się nie martwić, jak mój syn, pierwszoklasista, przyniesie uwagę? - Zależy za co ta uwaga, ale ja bym się raczej nie martwiła. O samodzielnym rozwijaniu kreatywności w dzieciach szkolnych powinni pamiętać przede wszystkim rodzice, których pociechy są typami niepokornymi, określanymi jako niegrzeczne. Dlaczego? - Bo takim dzieciom, które wykraczają poza schematy, szkoła nie ma wiele do zaproponowania. One będą z niej wracać najczęściej sfrustrowane, bo ich punkt widzenia nie zostanie doceniony, ich zdolność do improwizacji i kreatywność może zostać uznana za dziwactwo. Taki uczeń może wyjść ze szkoły ze złymi wspomnieniami, pokaleczony albo po prostu z pustą walizką. Wśród takich osób już dorosłych, często w przyszłości osiągających sukcesy pojawiają się głosy, że więcej by się nauczyli nie chodząc do szkoły. Mocne słowa. - Ale w niektórych przypadkach prawdziwe. Jeśli mamy takie dziecko, jego frustracje szkolne postarajmy się zrekompensować pielęgnowaną poza szkołą pasją. I nie słuchajmy bezrefleksyjnie tego, co mówią o dziecku nauczyciele. Wysłuchajmy malucha, zamiast przyjmować postawę, że nauczyciel ma zawsze rację. Niestety, nikły odsetek nauczycieli robi dodatkowo coś kreatywnego, aby pobudzić kreatywność swoich podopiecznych. Surowa pani jest dla nauczycieli. - Może tak to brzmi, dlatego dodam, że winni temu nie są sami pedagodzy, ale bardziej system, w jakim przyszło im pracować. Nauczyciele są zakopani po uszy w formalnościach, pisaniu konspektów, wypełnianiu kart pracy i innej papierkowej robocie. Muszą zrealizować zadany program od a do z, zmieścić się w narzuconych terminach, zadbać o odpowiednią ilość punktów na egzaminach. To zajmuje 95 procent czasu ich pensum. Pozostałe pięć procent nie wystarczy, aby rozbudzić w dzieciach kreatywność. Bo do tego trzeba pomysłów i spontaniczności na lekcjach. Trzeba np. wszystko poddawać pod dyskusję. Taką choćby interpretację wiersza. I choć dzieci uwielbiają nieskrępowane dyskusje - nie ma na to czasu. Podaje się więc gotowe rozwiązania i uczy schematów, które pomogą dobrze wypaść na testach. [...] Cały wywiad tutaj Źródło: www. bydgoszcz.gazeta.pl |