Strona Główna > Recenzje > H. von Schoenebeck, Antypedagogika, 1994
Sięgnęłam po książkę Hubertusa von Schoenebecka ze względu na jej tytuł: "Antypedagogika. Wspierać zamiast wychowywać" [1994]. Gdy zajrzałam do środka, upewniłam się, że postąpiłam słusznie. Jakże jest ona inna od skostniałych, zakurzonych sloganów, którymi karmiono nas przez całe pokolenia. Te nadęte, nie znoszące sprzeciwu komunały odpychały. Książka jest świeżym powiewem, prowadzi ku woni swobody myśli i poglądów. Zagłębiłam się w lekturze. Zachwyca swą prostotą tym bardziej, że jest jakby odbiciem moich wyobrażeń. Widzę tu trochę siebie. Powoli wraca mi pewność, że wielokrotnie i ja mam rację, że nie zgubię się w olbrzymich przestworzach macierzyństwa. Od niepamiętnych czasów słyszy się, że "dzieci i ryby głosu nie mają". a dweizą dystyngowanych matek było zawsze, że dzieci powinno się zawsze widzieć a nie słyszeć". Nie ma się co dziwić, wszak od pokoleń wychowywano dzieci w pokorze dla rodziców i dla świata. Długie lata rodzice wybierali dzieciom szkołę, zawód bez względu na ich uzdolnienia i zainteresowania. Obdarzali mężami, żonami. Młody człowiek nie miał w tych sferach nic do powiedzenia. Nie był przygotowany do walki z losem, do współ- życia z innymi ludźmi. Było to przyczyną wielu tragedii rozgrywających się w domach. Wygląda to jak walka pomiędzy dwoma stronami, z których dzieci z góry skazane są na przegraną. Gdzież jest więc miłość wzajemna? Niszczy ją strach przed gniewem rodziców, pogoń za autorytetem w królestwie domowym. Ostatnie lata przyniosły nowe prądy zwane antypedagogiką. Nazwa jest wiele mówiąca, gdyż oznacza zupełne odstępstwio od dotychczasowych zasad wychowania. Są to wrota do nieznanej krainy. To kraina,w której obowiązują nowe zasady międzyludzkie, opierające się na tolerancji wg Carla R. Rogersa, który sprowadza to do trzech podstawowych zasad: 1. Autentyczność (kongruencja) - "staram się być tym, kim jestem". 2. Akceptacja - "pozwalam ci być takim, jakim jesteś i jakim chcesz być". 3. Empatia (współodczuwanie) - "otwieram się na twoje uczucia i odczuwam wraz z tobą". Zasady te dotyczą przede wszystkim osób dorosłych. To ich zadaniem jest kształtowanie osobowości dziecka, a potem młodego człowieka. Trzeba bowiem przyjąć, że nowo narodzony człowiek jest jak "tabula rasa", którą trzeba zapisać. Kierując się tolerancją, na pewno pozostaniemy w przyjaźni z dziećmi. Zakłada ona, że każdy człowiek od chwili narodzin ma prawo do samostanowienia i trzeba go traktować poważnie. Chcąc pozostawać w przyjaźni z dziećmi musimy pokonać mnóstwo barier. Spójrzmy w lustro i bez zahamowań zdajmy sobie sprawę kim jesteśmy. Uświadommy sobie własne lęki, przypomnijmy sobie dzieciństwo. Zdajmy sobie sprawę z własnych wad. Nie bójmy się tego. Będzie wtedy łatwiej odnaleźć się w relacji: my - nasze dziecko. Nie będziemy na nie patrzeć poprzez własne kompleksy. Akceptując siebie, akceptujemy własne dzieci, które zasługują na szacunek, na zaufanie i miłość. Dziecko zaakceptowane staje się równe nam. Stajemy się partnerami współodczuwającymi. Dziecko jest z natury autentyczne. Nie ma w nim fałszu. Jak czuła membrana odbiera wszelką nienaturalność, zakłamanie od dorosłych. Zamyka się w sobie, przestaje ufać. Wychowanie opiera się na ciągłych roszczeniach i nakładaniu obowiązków. Jest to torowanie drogi "na siłę", która bezwzględnie dzieci mają iść. Wszystko to opierane jest na zasadzie "dla twojego dobra". Owszem, my z pozycji swoich doświadczeń i wspomnień uzurpujemy sobie prawo do zakazów i nakazów. Czy jednak musimy? Tu w grę wchodzi sprawa zaufania do dziecka, jego umiejętności. Wielokrotnie dziecko stawia nas w takiej sytuacji, gdzie przeforsowuje swoją sprawę, a nam pozostaje jedynie zrejterować. Innym razem dziecko zmuszone jest iść na ustępstwa. W ten sposób na przestrzeni czasu bilans się wyrównuje. Schoenebeck podczas swej pracy z dziećmi wielokrotnie spotykał się z oporami ze strony dorosłych. Wielu z nich uznawało go za nieodpowiedzialnego, wręcz bezmyślnego. Nie bardziej złudnego jak powierzchowne przyglądanie się pracy tego człowieka z dziećmi. Jak wielka musi być odpowiedzialność i troska, by pozwolić dziecku decydować o sobie. Hubertus von Schoenebeck wskazuje na szkody wyrządzone przez dawne szkoły wychowania. Oparte na wymaganiach stawały się typowymi kulami u nóg młodych ludzi. Dzieci jak i młodzież traciły energię na wykonywanie najróżniejszych obowiązków i roszczeń nie mając już czasu ani siły na doskonalenie charakteru, poznawanie świata. To tak preferowane wychowanie rodziło ludzi skrępowanych obyczajowością, zimnych, nieufnych, nieraz pozbawionych skrupułów lub z ich nadmiarem. Dzieci od urodzenia są suwerenami stanowiącymi same o sobie. Aby dotrzeć do ich wnętrza należy stać się dla nich kumplem, rodzeństwem. Musimy zdusić w sobie przestrogi: "to nie wypada", "to się źle skończy". Dzieci na swój sposób mają rację. Wpajanie im różnych mądrych rad nie daje dobrych rezultatów, gdyż nie dajemy im czasu na samodziele myślenie. Wpajamy na przykład "złe towarzystwo". "nie pal", "nie kradnij". Dla dziecka są to puste słowa, które teraz jednak muszą się same przekonać, co to jest. Od nich jedynie zależy, jak się do tego ustosunkują. My możemy jedynie dokładnie i obrazowo przedstawić im nasz stosunek do tych spraw i naszą opinię. Dziecko żyjące w przyjaźni z rodzicami postawi na swoim, lecz licząc się z opinią matki lub ojca rezygnuje ze swego "ja", z chęci postawienia na swoim. Rodzice wielokotnie uciekają się do przemocy. Być może da im to chwilowe zwycięstwo. Wywołuje jednak odruch buntu, który kiedyś da znać o sobie. Wywołuje agresję i niechęć do wymagającego. Między rodzica a dziecko wkrada się uczucie przymusu i zniewolenia. Obie strony stają się dla siebie niewiarygodne, obce. Zdawać by się mogło, że Schoenebeck nawołuje do kompletnej wolności i puszczenia dzieci luzem. Nic podobnego. Uważa za szkodliwe poświęcanie się dzieciom bez reszty. Rodzic traci wtedy energię, która jest tak potrzebna do współżycia z dziećmi. Może wtedy rodzi się niechęć do "dzieci - pijawek". Autor nawołuje wręcz do odpoczynku. Gdy nie reagujemy na ponaglanie dzieci, nie szkodzi - one i tak po pewnym czasie zrozumieją. Schoenebeck wychodzi z założenia, że matka i ojciec muszą być silni, zdrowi i zadowoleni, aby móc szczerze i chętnie zająć się dziećmi. Nazywa to "prawem do odpoczynku, do samoobrony". Staramy się uciec do miejsc, gdzie nikt nie zmusza nas do nieustannego czuwania, gdzie nie dosięgną nas krzyki dzieci. Gdy dzieci się kłócą, autor nie reaguje. Zaobserwował on bowiem, że podczas tych utarczek dzieci nie robią sobie krzywdy i w końcu dochodzą do porozumienia. W wypadkach, gdy żądają jego interwencji, on nie opowiadał się za żadną ze stron. Stwierdził, że jest to najzdrowsze podejście do sprawy. Nie powstają bowiem różnice między dziećmi. Podobnie ma się sprawa ze sprzątaniem. Dorosły, który ma wręcz wrodzoną potrzebę porządku wokół siebie, nie jest w stanie pogodzić się z bałaganiarstwem swojej pociechy. Dziecko po prostu rzuca zabawki czy przedmioty w miejscu wykorzystania. Ono nie ma potrzeby odkładania rzeczy na miejsce, gdyż nie jest zainteresowane tym, czy je potem znajdzie. Dla dzieci istnieje jedynie "teraźniejszość". Nie umieją przewidywać. W związku z tym "uczenie" ich porządku jest bezcelowe. Zgadzam się z tym, gdyż wielokrotnie widziałam jak moja córka z nonszalancją przekraczała porzucone klocki na dywanie, a moje perswazje puszczała mimo uszu. Rodzice wyzwalający się z kajdan wychowania, pokonują przeszkody krocząc nową drogą. Tymczasem szkoła tkwiąca w skostniałych ramach działa przeciwko tym rodzinom (rodzicom i dzieciom). Już bowiem przekazywanie wiedzy i stawianie za to ocen jest przymusem. Schoenebeck nwołuje, żeby rodzice walczyli o prawa dzieci. Obszerne programy, wielokrotnie nieinteresujące nie potrafią zaciekawić, odpychają ucznia, który uczy się i tak tego co go najbardziej interesuje. Karanie stopniami, wyśmiewanie przez nauczycieli nic nie daje.Niszczy tylko godność młodego człowieka. Uczeń nie ma bowiem prawa wyboru, wielokrotnie swobody myśli. Najgroźniejsze jest robienie z dziecka wizytówki rodziców. Jest to niemal zbrodnia, która zabija osobowość dziecka, staje się ono bezdusznym robotem "piątek" i talentów. W dwóch sprawach nie zgadzam się z autorem "Anytpedagogiki. Być i wspierać zamiast wychowywać". Chodzi mianowicie o pozwolenie na odebranie sobie życia. Czyż można pozwolić aby syn czy córka dobrowolnie przekreślali swoją możliwość przeżycia wielu lat, w ciągu których mogą ich czekać różne rzeczy jak szczęście i miłość. Sam autor przecież wspomniał, że dziecko żyje "teraźniejszością". Przyszłość jest dla niego mglistym pojęciem. Jakże więc jest w stanie decydować o swoim życiu? Naszym zadaniem jest roztoczyć nad nim taką opiekę, dodać mu tak otuchy, aby wsparte o nas nie bało się stawić czoła rzeczywistości. Schoenebeck dopuszcza możliwość dobrowolnego seksu między dzieckiem a dorosłym. Uważam to za rzecz niedopuszczalną. Autor znów sam sobie przeczy. Dorosły bowiem na bazie swoich doświadczeń i doznań z natury w tej relacji staje w pozycji "góra". W związku z tym nadużywa swej władzy i wykorzystuje dziecko. Czyni tym samym spustoszenie w psychice dziecka. Nie jest ono w stanie później właściwie podchodzić do spraw seksu, gdyż od dawna ma narzucone pewne doznania. Stawia go na marginesie innych rówieśników. Okradzione jest z tych tajemnic właściwych w wieku rozwoju. Musimy dziecku pozwolić na spontaniczne poznawanie seksu. Możemy jedynie naprowadzać na właściwe tory. Nawet w czasie choroby dziecka ważne jest wzajemne zaufanie. Dziecko ufa nam i bierze lek. My mu ufamy i wierzymy, że dziecko lek zażyje. Co w wypadkach, gdy leczenie jest bolesne? Musimy liczyć się z opinią dziecka, ale nie chcemy przecież, aby cierpiało. Może to później zaważyć na całym jego życiu. Dziecko upośledzone należy traktować normalnie. Schoenebeck uważa wychowanie dzieci specjalnej troski w zakładach za okrucieństwo. Jest to zgodne z moimi przekonaniami. Dzieci chore powinny uczęszczać do szkół wspólnie ze zdrowymi (które niejednokrotnie są okrutne). Do nas jednak, dorosłych należy tak ukształtować dziecko, by było tolerancyjne wobec niepełnosprawnych kolegów. Szkoła powinna wytwarzać więzi między uczniami. W "Wychowaniu bez porażek" Thomas Gordon nawołuje do autentyzmu. Uważa, że udawanie postępowego rodzica jest pedagogicznym oszustwem. Dopiero szczery, sprawiedliwy ojciec czy matka są w stanie dokonać wielu dobrych rzeczy w rodzinie. W najlepszej pozycji są dziadkowie, których nie przygniata odpowiedzialność za wnuków. W tej pozycji łatwo im wejść w komitywę z wnukami. Mogą sobie pozwolić na luksus ustępstw. Stać ich na wyrozumiałość. Nie są zmęczeni pracą i mają sporo doświadczenia nabytego w pożyciu z własnymi dziećmi. W wychowaniu dziecko traci energię w egzekwowaniu swych praw. Już od narodzenia dziecko komunikuje o swych potrzebach i odczuciach. Matki uczą się rozpoznawać te znaki i mają przewagę nad dzieckiem, nie wykorzystują tego. W miarę rozwoju granice określają tylko uczucia bliskiej osoby. Jednocześnie nie jset wskazane chronienie dziecka przed nieprzyjemnościami, ale przed wychowaniem. Uve Stiller pisze o kulturze Indian Ameryki Południowej. Zawarł to w "Prawie bycia innym". Wychowanie indiańskich dzieci było wolne od roszczeń. Uważali. że biali ze swymi dziećmi postępują okrutnie. Na zmianę rozpieszczają, to karzą, robiąc z nich bezwolne zabawki. Autor zaprasza do luźnego, bezstresowego współżycia z dziećmi. Hubertus von Schoenebeck nawołuje, aby wszyscy rodzice przyłączyli się do ruchu przyjaźni z dziećmi. Chce abyśmy nie zwracali uwagi na krytykę innych. Nikt bowiem nie ma prawa do tego. Nam samym da to niewymierną korzyść. Staniemy się spontaniczni, naturalni, radośni. Radzi rodzicom aby obserwowali zachowanie dzieci na placach zabaw, w domach, szkołach. Prosi o współpracę z innymi rodzicami, zamieniać się z nimi dziećmi. Chce aby kierowali się odwagą w działaniu. Proponuje organizowanie grup spotkaniowych, w których wspólnie omawiałoby się spostrzeżenia, uwagi. Autor nalega także, aby rodzice często chodzili do szkół na zebrania, aby omawiać problemy z nauczycielami. Aby antypedagogika wchodziła w życie należy szerzyć uświadamianie społeczeństwa. Trzeba to robić poprzez: ulotki, punkty informacyjne, grupy informacyjne, festyny i imprezy publiczne, oświadczenia dla prasy, kontakty z radnymi. Od 30 października 1978 roku działa w Muenster Stowarzyszenie Współdziałania i Przyjaźni z Dziećmi. Praca stowarzyszenia skupia się na uświadamianiu, doradztwie oraz działaniu politycznym. 30 maja 1980 roku proklamowano Niemiecki Manifest Dziecięcy. Celem tego manifestu jest zwrócenie uwagi na znaczenie równouprawnienia dzieci. Marzeniem H. von Schoenebecka jest aby każdy dom stał się dla dziecka azylem a zarazem miejscem swobodnego rozwoju. Wierzy w moc i rację ruchu przyjaźni z dziećmi. Rodzice zjednoczeni sercem i siłą z własnymi dziećmi stanowią olbrzymią siłę zdolną przeciwstawić się przeciwnościom losu. Podniosłam wzrok. Z otwartego okna bucha ciepły powiew wiosny. Na parapet spada liść z przyklejonym kokonem motyla. Nagle rozlega się odgłos drobnych kroków. To moja córka. Podbiega do okna - spogląda prosto w świecące słońce. Biorę ją na kolana. Wspólnie obserwujemy liść na parapecie. Wtem kokon pęka. Z wnętrza powoli wydobywa się młodziutki motyl. Z trudem prostuje odnóża. Powoli rozpościerają się pomarszczone skrzydełka. Na naszych oczach dokonuje się cud narodzin. Jeszcze chwila i piękny, kolorowy owad odlatuje w stronę światła. Obydwie z córką patrzymy na siebie. Rośnie w nas uniesienie aż do dławienia w gardle. Ach, ileż mamy wspólnych tajemnic. Jesteśmy z sobą związane "nierozerwalnie". Danuta Brodowska-Klinger |