Gazeta Edukacyjna dla refleksyjnych pedagogów

Piątek, 10 września 2010 r. 253 dzień roku

                                                                                                                                                Forum | Czat | Kontakt | Partnerzy | Mapa Strony








 
Strona Główna | Bibliografie | Recenzje | Konferencje | O Gazecie Edukacyjnej 
 
 Badania i raporty
 Blogosfera
 Felieton
 Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne proponuje
 Gorący temat
 Klinika edukacyjna
 Polecamy
 Publikacje
 Relacje praktyków
 Szkoła z pomysłem
 Wydarzenia
 Bibliografie
 Recenzje
 Konferencje
 O Gazecie Edukacyjnej
 Partnerzy
 Inspirujące
Strona Główna > Felieton > Jaką szkołę opisuje BelferBlog


Blogujący belfer, czyli Dariusz Chętkowski, myślę że nie tylko dla mnie - już emeryta nauczycielskiego, to taki sejsmograf szkolnej rzeczywistości. Jeśli podejmuje on w swym „BelferBlogu" jakiś temat, to bardzo często jest to sygnałem istotnego problemu polskiej edukacji. Nie inaczej jest w jego ostatnich „blotkach". Oto przykłady kilku takich zapisów:

 

Uczeń nie parobek [06.01.10]

„Rozmawiałem dziś z uczniami o sytuacji, jaka ma miejsce w wielu domach. Ktoś musi wyrzucić śmieci, ale przecież nie nastolatek, gdyż on uczy się do próbnej matury albo innego ważnego sprawdzianu. Kilka osób przyznało się, że tak właśnie jest u nich w domu. Skoro się uczą, to są zwolnieni z innych obowiązków. [...] Zapewne także swoim rodzicom dzieci mówią, że nie wyrzucą śmieci ani nie zrobią niczego innego, bo przecież nie są parobkami. Widocznie parobkiem może być mama, tata, wychowawca, inny nauczyciel, ale nie nastolatek."

 

Uczeń szczęśliwy [08.01.10]

A unieszczęśliwić potrafi wszystko, np. sprawdzian, zadanie pracy domowej, konieczność przeczytania lektury czy wezwanie do odpowiedzi albo urządzenie kartkówki. Widzę, jak chodzą źli, smutni i zagniewani, ponieważ mają za kilka dni sprawdzian.[...]Nauka inaczej wchodzi do głów, gdy uczniowie czują się szczęśliwi.[...]Tak się dłużej nie da pracować. Nauczyciel flaki sobie wypruwa, a wyniki mizerne.[...] Tak naprawdę szczęście powinna dawać sama nauka. Szkoda, ale tak nie jest albo też jest tylko w nielicznych przypadkach."

 

 

Uczyć się dla średniej [14.01.10]

 „Wszyscy zwariowaliśmy na punkcie średniej. Przez to właśnie młodzi ludzie nie wiedzą, co chcą studiować.[...] A wszystko przez to, że każdym przedmiotem są zainteresowani w tym samym stopniu, tzn. średnio. Średnio im zależy na czymkolwiek.[...] Tymczasem nadmierna troska o średnią zabija indywidualizm i niszczy osobowość. Szkoła dbająca o podwyższanie średniej, a nie o indywidualny rozwój wychowanków, wypuszcza nijakich absolwentów, doskonałych średniaków i tyle."

 

Sukces, ale jakim kosztem? [15.01.10]

„Stawanie się coraz lepszymi, [...] frustruje tych uczniów, którzy są, jak objawia pedagogika, < poza systemem dystrybucji wysokich ocen i świadectw z biało-czerwonym paskiem >. Niestety, część młodych ludzi nie potrafi sprostać coraz wyższym wymaganiom i nie bardzo też wie, jak sobie z tak ewidentną porażką poradzić. [...] Uczniowie, którzy nie radzą sobie z wymaganiami, a nie chcą bądź nie mogą po prostu odejść, popadają w depresję, miewają skłonności samobójcze, ostentacyjnie łamią regulamin, czyli stają się wyrodkami i czarnymi owcami.[...] Dopóki dziecko osiąga świetne wyniki, jest dobrze, ale gdy pojawi się ryzyko porażki, wtedy dochodzi do oskarżeń, pretensji, donosów, a nawet do wzajemnego wyniszczania się."

 

Przypomnę, że autorem tych tekstów jest nauczyciel języka polskiego w jednym z łódzkich liceów ogólnokształcących. Sytuacje i zdarzenia jakie opisuje tworzą obraz, można przyjąć że typowy dla wielu polskich szkół, zwłaszcza ponadgimnazjalnych, który każe zastanowić się nad zachodzącymi, bardzo niepokojącymi, procesami zastępowania pierwotnych motywów zdobywania wiedzy ich utylitarnymi czy nawet patologicznymi zamiennikami. Nie mówię, że jest to zjawisko wszechogarniające. Zapewne w szkołach są także uczniowie, którzy uczą się aby zaspokajać swą ciekawość ludzi i świata, aby zdobyć wiedzę, która pozwoli im realizować świadomie obraną ścieżkę kariery zawodowej. Jednak coraz więcej tam młodych ludzi, o których nie powinno się mówić, że tam „się uczą", ale że „chodzą do szkoły". Chodzą - bo jest obowiązek nauki, bo wymagają tego rodzice i od osiąganych tam ocen uzależniają różnorakie gratyfikacje, bo... bo chodził dziadek, chodził ojciec, to chodzę i ja! Tam, gdzie uczniem zostaje się „dla rodziców", rodzi się postawa „arystokraty", który z tego tylko powodu, że „łaskawie" jest uczniem - nie będzie się zniżał do jakichkolwiek „pozaintetektualnych" obowiązków. Wszystko to prowadzi do zastępowania rzeczywistej motywacji do nauki „nibycelami" takimi jak „średnia ocen", „ranking szkół" , to powoduje, że uczniowie są nieszczęśliwi, gdy muszą być na lekcjach!

 

Coś mi się zdaje, że jest to najważniejsze zagrożenie dla cywilizacji przyszłości. Rośnie pokolenie ludzi, dla których „trud istnienia" jest przede wszystkim „trudem uczenia się". A przecież wszystkie raporty i lansowane międzynarodowe programy głoszą, że nadchodzi era „cywilizacji wiedzy", że przyszłość - to „uczenie się przez całe życie". Ale jak tu „uczyć się aby być", gdy człowiek od najmłodszych lat trenował mechanizmy pozorowania uczenia się? Gdy, zgodnie z teorią Pawłowa, na widok szkoły, nauczyciela, podręcznika jedynym odruchem warunkowym „człowieka przyszłości"  będzie niechęć i ucieczka?

 

Mamy w naszej ojczyźnie wielu uczonych ludzi, także pedagogów. Jest też, wyłanianych co cztery lata, wielu takich, którzy tworzą prawo i rządzą - także oświatą. Marzy mi się, aby jedni i drudzy oderwali się od swych dotychczasowych „górnolotnych" zajęć i zainteresowań i wejrzeli w głąb realnego, szkolnego świata. Może znajdą jakieś sposoby zaradzenia nieszczęściu, zanim będzie za późno? Zanim umrze ostatni człowiek, który uczył się, bo chciał wiedzieć, bo chciał posiąść „prawdziwą wiedzę"!

 

A „póki co" - możemy jeszcze przeczytać, co o zdobywaniu „prawdziwej wiedzy" myśli student II roku pedagogiki specjalnej w łódzkiej WSP.

 

 

Włodzisław Kuzitowicz