Strona Główna > Publikacje > Konserwatyzm barierą rozwoju
W ostatnich miesiącach obserwuję narastające zjawisko negatywnych postaw różnych przedstawicieli społeczeństwa wobec nauczycieli. Można to zauważyć, nie tylko czytając prasę i oglądając telewizję, które to prześcigają się w podawaniu bulwersujących informacji o nauczycielach. Wskaźnikiem tej złej pogody dla nauczycieli jest także nikłe poparcie dla ich walki o zachowanie prawa do wcześniejszej emerytury, co ujawnił sondaż, publikowany w „Gazecie Wyborczej" [ numer z 7 - 8 listopada]. Aż 53% pytanych opowiedziało się przeciw prawu nauczycieli do emerytur pomostowych, tylko 29% było za zachowaniem tego uprawnienia. Nie lepiej było w czasie, gdy trwała medialna debata o pensum godzin pracy nauczycieli z uczniami. Fora internetowe zalane były wtedy bardzo krytycznymi opiniami o czasie pracy nauczycieli. Podobne postawy „przeciętnych" Polaków może zaobserwować każdy, bez posługiwania się sformalizowanymi narzędziami badania opinii publicznej. Każdy z nas ma swoich sąsiadów, spotkał się z poglądami kierowców taksówek, fryzjera czy kosmetyczki... Za co ludzie tak często nie lubią nauczyciel? Zaryzykuję próbę poszukania odpowiedzi na to pytanie. Zaryzykuję - bo mam świadomość, że niektórym koleżankom i kolegom „z branży" mogę się tym co zamierzam napisać, narazić. Zacznę nie od opisywania jednostkowych przypadków nauczycieli, którzy, jako te czarne owce, dostarczają argumentów tym wszystkim, którzy nas tak nie lubią. To byłoby i za prymitywne, i zbyt łatwe do obalenia. Wszak nie ma zawodu, nawet o najwyższym statusie zaufania społecznego, w którego szeregach nie znajdą się „zakały".Zacznę od analizy praprzyczyn tej tak złej konotacji społecznej roli nauczyciela. A tkwią one przede wszystkim w samej szkole, jako instytucji postrzeganej nie tylko jako miejsce zdobywania wiedzy i dojrzewania do ról społecznych, lecz także odbieranej jako instytucja opresyjna, autokratyczna i stygmatyzujaca swych uczniów. Dowodzą tego liczne badania, zwłaszcza te, których przedmiotem był jej, szkoły, tak zwany ukryty program. Polecam wszystkim nauczycielom lekturę książki Wiktora Żłobickiego „Ukryty program w edukacji. Między niewiedzą a manipulacją" [Kraków 2002] . W jej V rozdziale, o wiele mówiącym tytule „W przedpokoju do świata dorosłych - nauczyciele i uczniowie a przemoc strukturalna i symboliczna w edukacji", obok wielu innych, wartych poznania treści, można przeczytać, nie nową przecież, informację, że na pytanie „Czego uczniowie uczą się w szkole?" - jest i taka odpowiedź, że ich wiedza jest znacznie szersza, a najczęściej inna od tej, którą zaplanowali nauczyciele. Tę wiedzę już wiele lat przed Żłobickim zidentyfikowali Anglicy. Można o tym przeczytać w „Socjologii edukacji" Rolanda Maighana, profesora uniwersytetu w Nottingham, który przytacza wyniki badań Postmana i Weingartnera z 1971 roku, które to ujawniły postawy, kształtowane u uczniów w konsekwencji ukrytego programu szkoły. Oto niektóre z nich: > Bierna akceptacja jest bardziej pożądana niż aktywny krytycyzm; > Odkrywanie wiedzy jest poza zdolnościami uczniów i nie powinno ich obchodzić; > Zawsze istnieje Jedna Właściwa Odpowiedź na pytanie; > Konkurencja jest ważniejsza od współpracy. Przy okazji: poniżej tytułu 6 rozdziału książki Meighana „Ukryty program - spojrzenie ogólne" znajduje się takie oto motto: „Wykształcenie jest tym, co pozostaje, kiedy zapomnimy wszystko, czego nas uczono" [George Halifax] Ale wróćmy do książki Żłobickiego Zamieszczona jest tam bardzo pouczająca tabela, zawierająca dwie kolumny sprzecznych ze sobą ról, jakie pełni nauczyciel w jawnym i ukrytym programie szkoły. Ta oficjalna wersja , to role: przyjaciela, wodza, guru, doradcy, autorytetu, mistrza i.tp... Lecz w ukrytym programie może być postrzegany jako: autokrata, szantażysta, nadzorca, strażnik, prokurator, sędzia, policjant i t.p... Jakby tego było mało, autor dokłada jeszcze tezę, że trudności w podołaniu tak specyficznym obciążeniom, jak trudności wychowawcze, sprawiane przez uczniów, nieprzewidywalność ich zachowań, odpowiedzialność wynikająca ze sprawowanej opieki, prowadzą do zespołu wypalenia zawodowego. Jego efektem jest wyczerpanie emocjonalne, niski poziom zaangażowania w pracę, poczucie bezradności i osamotnienia. Reakcją na to jest nierzadko upokarzanie innych, okazywanie wrogości, dominacja, nietolerancja itd. Wnioskiem, jaki może nasuwać się z takiego obrazu edukacyjnej rzeczywistości, jest hipoteza, że nauczyciele są także ofiarami systemu edukacji. Pisze o tym, w rozdziale pod takim właśnie tytułem, przywołany już wcześniej Roland Meighan.. W podsumowaniu tej części swej książki stwierdza, że nawet młody, rozpoczynający dopiero swoją prace w szkole nauczyciel, nie ma wyboru. Musi dopasować się do zastanego systemu. I znowu przytoczę sentencję, jaką opatrzony jest omawiany rozdział: „Trudno wymagać od człowieka, by coś rozumiał, podczas gdy płaci mu się, aby nie rozumiał".[Upton Sinclair] Czy nauczyciele, tacy, jakich poznają uczniowie w okresie swego pobytu w szkołach, jakich obraz niosą potem przez całe swe życie, z jakim wchodzą do szkół w roli rodziców - bywalców wywiadówek, to ludzie godni szacunku, uznania trudu ich ciężkiej pracy, wdzięczności za rolę, jaką odegrali w życiu ich i ich dzieci, czy też są to osoby nielubiane, często znienawidzone, w najlepszym przypadku godne politowania? Czy są szanse na to, aby ten czarny obraz zawodu nauczyciela w coraz wyższym stopniu był zastępowany pozytywną wersją tej roli? Nie jest to takie proste! Wszak nie od dzisiaj popularne są opinie, odsądzające szkołę od przysłowiowej „czci i wiary". Profesor Zbigniew Kwieciński, w napisanej przed prawie trzydziestoma laty książce „Konieczność - Niepokój - Nadzieja" zawarł w jej IV części, zatytułowanej „Pomiędzy wszczęciem a rezygnacją" wykaz następujących stwierdzeń radykalnych krytyków szkoły, jako instytucji. Oto niektóre z nich: > Szkoła niszczy możliwości samoedukacyjne ludzi, gdyż wyposaża ich w wiarę, że są wykształceni, bo mają dyplom.(...) > Szkoła ma monopol na przylepianie etykietek (... ), które stają się częścią ludzkich tragedii (...) > Nauczyciel to figura polityczna; prekursor oficerów, szefów, policjantów, wszystkich, którzy uczą posłuszeństwa i siedzenia cicho. > Zawód nauczycielski gromadzi konserwatywne osobowości i ludzi, którzy pochodząc z ludu, najszybciej o tym zapominają. > Szkoła jest miejscem przymusu i swoistej terapii. Jest skrzyżowaniem i jednością więzienia, kościoła i domu wariatów. > Szkoła jest miejscem, w którym gromadzą się dziwni ludzie: kobiety-dzieci, mężczyźni-dzieci, a nikt tego zdaje się nie zauważać. Jakkolwiek zabolałyby nas te sądy - warto pomyśleć, czy nie niosą one w sobie jakiegoś ziarna prawdy. I spróbować chociaż pomyśleć, czy coś z tym można zrobić. Dzisiaj zatrzymam się nad tezą, że zawód nauczycielski gromadzi konserwatywne osobowości. Pomijając trudności ze zdefiniowaniem, co to właściwie oznacza „konserwatywna osobowość", na użytek tego artykułu przyjmę, że są to osoby o poglądach, zasadach i wartościach „z minionej epoki".I że są „odporni" na wszelkie zmiany... Myślę,że konserwatyzm, czyli przywiązanie do tego co było, co pewne - bo sprawdzone, wynika z istoty społeczno - kulturowej funkcji szkoły. Jest ona od zarania swych dziejów instytucją międzypokoleniowej transmisji dziedzictwa kulturowego. Specyfiką dziedzictwa kulturowego jest zdolność do trwania pewnych idei, przedmiotów, zachowań, ich zobiektywizowanie, przekaz międzygeneracyjny i oddziaływanie na zachowania innych. Na co dzień ta transmisja przybiera kształt podstaw programowych, konkretnych programów nauczania i napisanych do nich podręczników. Jeszcze bardziej konkretnie to przywiązanie nauczycieli przybiera postać pożółkłych kartek konspektów, naddartych, wyblakłych folii, czy nawet opracowanych przed kilkoma laty w Power Point (z okazji ubiegania się o kolejny stopień awansu zawodowego) prezentacji multimedialnych. I to w jakimś stopniu, jeśli nie usprawiedliwia, to przynajmniej pozwala zrozumieć korzenie nauczycielskiego konserwatyzmu. Ale jak wytłumaczyć generalnie niską gotowość nauczycieli do podejmowania działań innowacyjnych, do eksperymentowania edukacyjnego? Czy tylko stereotypowym stwierdzeniem, że władza nieprzychylnie patrzy na takich „bożych pomyleńców"? Dlaczego tylu (tyle) przedstawicieli (przedstawicielek) „ciała pedagogicznego" tak bardzo tępi u uczniów wszystkie „inności", także w ich stroju, uczesaniu, noszonej biżuterii? Czy tylko, jak to często słyszałem od pewnej Pani Profesor od polskiego, że to z przyczyn dbałości o bezpieczeństwo i poczucie estetyki? Dlaczego tak bardzo nauczyciele są przywiązani do etatystycznej formuły swego zawodu, gwarantowanej Kartą Nauczyciela? Czy tylko z zamiłowania do przestrzegania prawa, czyli obrony praw raz nabytych? Nie są to tylko pytania retoryczne. Jednak nie o to chodzi, abym na nie tu i teraz odpowiadał. Ważniejsze, i to nie tylko dla samych nauczycieli, ale przede wszystkim dla uczniów, ich rodziców, a tak naprawdę dla całego społeczeństwa, aby poszukali na te pytania sami nauczyciele. Bo coś w tym jest, co kryje się w starym przysłowiu, że nietrudno być lwem wśród zajęcy. Z jakiegoś doświadczenia wzięła się wypowiedź mojej znajomej, która powiedziała, że ona zawsze pozna, kto w towarzystwie jest nauczycielką: dużo mówi i nie dopuszcza innych do głosu... No, chyba, że okaże się, że to jest dentystka! A tak już zupełnie poważnie, to przypomniała mi się myśl, którą usłyszałem przed laty od mojego wykładowcy pedagogiki ogólnej. Cytował on, dziś już nie pamiętam kogo, takie zdanie: Głównym paradoksem szkoły jest to, że ludzie nauczeni i wychowani wczoraj, usiłują dzisiaj przygotować dzieci i młodzież do życia na jutro. W dzisiejszym, dynamicznie zmieniającym się świecie, ten paradoks jest jeszcze bardziej groźny! W warunkach „trzeciej fali" konserwatyzm nie jest tylko zalatującym naftalina dziwactwem. Może być barierą rozwoju! Włodzisław Kuzitowicz [ Jest to 99 publikacja portalu ] Artykuł był drukowany w Nr 28/2008 „Gazety Szkolnej" |