Gazeta Edukacyjna dla refleksyjnych pedagogów

Piątek, 10 września 2010 r. 253 dzień roku

                                                                                                                                                Forum | Czat | Kontakt | Partnerzy | Mapa Strony








 
Strona Główna | Bibliografie | Recenzje | Konferencje | O Gazecie Edukacyjnej 
 
 Badania i raporty
 Blogosfera
 Felieton
 Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne proponuje
 Gorący temat
 Klinika edukacyjna
 Polecamy
 Publikacje
 Relacje praktyków
 Szkoła z pomysłem
 Wydarzenia
 Bibliografie
 Recenzje
 Konferencje
 O Gazecie Edukacyjnej
 Partnerzy
 Inspirujące
Strona Główna > Felieton > Maturzystka o maturze


Zaczął się maj, kwitną kasztany, niedawno na niebie widziałam parę bocianów. Obowiązkowe czerwone majtki już przygotowane

 

I stało się. Tradycyjne już odliczanie „Czerwonych Gitar" prawie dobiegło końca, bo to „już za chwilę". Matura. Przez małe „m", za to, w większości przypadków, przez duże „S" - jak strach. Już za parę godzin rozpocznie się ten osławiony egzamin. Przećwiczony parokrotnie w ławce szkolnej, nieomal owiany legendą, będący powodem dziwnej i niepokojącej chyba przedmaturalnej gorączki uczniów i - o dziwo - rodziców.

 

Idę porozmawiać z mamą nie o tym, czy się bała. Bo bała się. I nie o tym, co powinnam jeszcze powtórzyć. Bo sama wiem, co. Pytam, jak to kiedyś było. Inna forma egzaminu, znajomi nauczyciele i „pomocne" kanapki. Mniejsze napięcie, a z drugiej strony pewien dreszczyk emocji, bo dla niektórych miał to być ostatni szkolny egzamin. Nie oszukujmy się - wtedy nie wszyscy myśleli o studiach jako o przepustce do kariery.

 

Dziś matura to dopiero początek. „Schody" zaczną się po studiach, kiwają głowami starsi koledzy. „Matura to bzdura" - wytarty slogan nie przekonuje jednak tysięcy maturzystów rozpoczynających jutro swoje zmagania z przedmiotami, których zdawanie zadeklarowali parę miesięcy temu.

 

Zaczął się maj, kwitną kasztany, niedawno na niebie widziałam parę bocianów. Obowiązkowe czerwone majtki już przygotowane - maskotek wnosić na egzamin nie wolno, a głupie i zabobonne talizmany „na wszelki wypadek" wciąż działają. Tak samo bezużyteczne jak ściąga w wewnętrznej części męskich marynarek czy pod spódnicą. A jednak ....

 

Maturalne „ciepłe bułeczki" w Internecie to giełda tematów na język polski czy zestaw „pewniaków" na biologię. Niekończące się czcze dywagacje nie przyprawiają mnie o zawał serca i jakoś nie mobilizują do zajrzenia w książki. Podobnie jak „ostatnie powtórki"

i „sprawdź, czy zdasz" - chodliwe hasło jednej z popularnych gazet. Wyznacznikiem mojej wiedzy nie są ani oceny na otrzymanym niedawno świadectwie ukończenia szkoły, ani „procenty" z matury. Są ważne, bo chcę studiować, rozwijać się dalej. Ale czy warto zarywać noce i nadszarpnąć zdrowie byleby powtórzyć „jeszcze trochę"?

 

Moi rodzice nie zadręczali mnie ciągłymi pytaniami o to, czy „już" się uczę, ani „jakie mam plany". Może to dlatego, że sama zwykłam planować swój grafik zajęć i ewentualny rozkład „powtórek". Czego nie nauczyłam się przez trzy lata, tego z pewnością nie przyswoję w ciągu kilku dni. Mam plan, żeby zdać maturę na maksimum moich możliwości. Całkiem niezły, prawda?

 

Dziś coraz częściej matura to już wyścig o „przeciek" z komisji, czy próba dotarcia do tematów choć parę godzin wcześniej. Życzę osobom czekającym na ten niepewny „chleb" powodzenia, lecz z pewnością gratuluję tym, którzy traktują z przymrużeniem oka wszelkie tego typu prognozy. Umiesz liczyć? Licz na siebie. To chyba złoty środek, by nie zwariować. Ani jutro ani w ogóle. Stres przedmaturalny to z pewnością coś pozytywnego, o ile mieści się w granicach normy. A co jest normą? To już każdy musi ocenić sam.

 

„Nie matura, lecz chęć szczera..." - to motto pozostawiam tym, którzy do państwowego egzaminu dojrzałości nie przykładają większej wagi. „Zdasz, zdasz, pewnie, że zdasz! Wszyscy się boją, a i tak każdy zdaje" - to odwieczne pocieszenie zgodnego chóru cioć, wujków i wszystkich pozostałych krewnych różnej maści i kalibru.

 

Mówiąc zdecydowane „NIE" wszelkim formom zakuwania do rana na ostatni dzwonek, kończę ten felieton i tuszę, iż jutrzejszy polski nie będzie tak straszny, zaś - skompresowane w moim przypadku - osiem egzaminów w przeciągu dwóch tygodni nie spowoduje większych szkód na ciele, umyśle ani duszy.

 

Starym sprawdzonym sposobem, po maturze stres trzeba odreagować na przeróżnych imprezach, balangach i spotkaniach, a później w czerwcowym słońcu czekać na wyniki, które - nie łudźcie się! - będą w tym roku tak samo późno, jak zawsze.

 

Uczciwym i nieuczciwym, zestresowanym i spokojnym, tym dobrze i tym nieco gorzej przygotowanym maturzystom, życzę jutro „trafienia" w tematy, szczypty szczęścia

i tradycyjnego połamania piór!

 

Agnieszka Śpionek