Strona Główna > Publikacje > Między róbta co chceta a krótko przy pysku
Czy w ogniu kampanii wyborczej jest jeszcze miejsce na spokojną refleksje o wychowaniu? Gdy piszę te słowa nie znam jeszcze elementów programów głównych sił politycznych, rywalizujących ze sobą o głosy wyborców, w których to zadeklarują one swoje wizje i projekty w dziedzinie edukacji. Ale nie trudno zauważyć, że styl tej kampanii, już na jej progu, określiło Prawo i Sprawiedliwość. Ma to być kampania bipolarna: My kontra Oni! My - solidarni, prawi i sprawiedliwi, i oni - front obrony przestępców, nowobogackich oligarchów i postkomuny. Czy w tak zarysowanym froncie znajdzie się miejsce na problemy edukacji, na dyskurs przedwyborczy o preferowanym paradygmacie pedagogiki? I w tej dziedzinie będziemy prawdopodobnie świadkami sprowadzania dyskusji do poziomu konfrontacji: albo koncepcja szkoły w mundurkach, zdyscyplinowanej zewnętrznymi instrumentami nadzoru, uczącej religii na ocenę i do matury - albo katastroficzna wizja liberalizmu wychowawczego, czyli osławione „róbta co chceta"! Ta pierwsza - to gwarancja poczucia bezpieczeństwa, to wychowanie w duchu odwiecznych(?) wartości chrześcijańskich, to strategia autorytarnego formowania ucznia i wychowanka według jedynego, słusznego, ideału wychowania. Ta druga - to śmiertelne zagrożenie dla polskiej rodziny, to przyzwolenie na libertyńskie trendy zdegenerowanej cywilizacji Zachodu, to zagrażająca „porządkowi społecznemu" wizja społeczeństwa ludzi wolnych, autonomicznie, podmiotowo kształtujących swoje przekonania i drogi życiowe. Czy mamy się poddać tej alternatywie? Czy taki czarno - biały obraz jest prawdziwy? Czy w ogóle możliwa jest jedna, jednoznaczna odpowiedź na pytanie, która z tych wizji prawdziwie opisuje rzeczywistość i słusznie przewiduje konsekwencje proponowanych metod działania? Jestem głęboko przekonany, że rzeczywistość, w tym rzeczywistość edukacyjna, szerzej - społeczno-wychowawcza - jest inna. Także strategie, metody jakie można, jakie powinny być stosowane przez dorosłych wobec dzieci i młodzieży, z zamiarem wpływania na ich rozwój, nie da się sprowadzić do takiej alternatywy. Podstawowym błędem takiego założenia jest nie uwzględnienie faktu dynamiki procesów socjalizacji, wychowania .A także sytuacyjnych, społecznych kontekstów tych procesów i przede wszystkim niepowtarzalności genotypu człowieka, jago indywidualnego „Ja". Nie istnieje jeden jedyny, zawsze i wszędzie optymalny system wychowania! Nie ma uniwersalnych metod. Inna jest sytuacja, możliwości i potrzeby niemowlęcia, inaczej funkcjonuje sześcio-, siedmiolatek, a jeszcze inne potencjały, ale i oczekiwania, posiada uczeń szkoły ponadgimnazjalnej. Tak, jak ewoluuje soma i psyche wychowanka, tak powinny zmieniać się sposoby, metody oddziaływań wychowawczych: od matriarchalno-patriarchalnych - w dzieciństwie, do partnersko-tutorskich - w okresie dorastania. Przykładem uświadamiania sobie tej dynamiki może być klasyczna książka Aleksandra Kamińskiego „Samorząd młodzieży jako metoda wychowania". Zwłaszcza dobitnie ilustruje ten proces jej rozdział V, w którym autor opisał stopnie samorządności: od etapu propedeutyki samorządności, w którym dzieci z najniższych klas szkoły podstawowej wdrażane są dopiero przez wychowawcą klasy do współżycia w zespole, poprzez samorząd pierwszego i drugiego poziomu, aż do samorządu młodzieży dorosłej, kiedy to samorząd przestaje być już metodą wychowawczą a staje się formą regulującą partycypację młodzieży we współdecydowaniu, wraz z władzami danej instytucji [szkoły wyższej, domu studenta itp.] we wszystkich istotnych sprawach ich dotyczących. O doborze odpowiednich metod wychowania, zasadności ich stosowania, nie powinny decydować wyłącznie przekonania wychowawcy, lecz także, a może przede wszystkim - ocena sytuacji, okoliczności, czynników, determinujących możliwość zastosowania takich a nie innych środków i sposobów działania. Innymi słowy - o tym, czy należy postawić na dyscyplinę, dozór, urabiający wpływ wychowawcy, czy, wręcz przeciwnie: na partnerstwo z wychowankiem, rozbudzanie jego aspiracji i potrzeb samorozwoju - o zastosowanej tej, a nie innej metody winna decydować konkluzja diagnozy rozwiniętej, zwłaszcza jej elementy, zwane diagnozą genezy, znaczenia lub fazy. To nie jest tak, jak często wydaje się żarliwym wyznawcom jednej czy drugiej „szkoły" wychowania, że „nasza" metoda jest dobra [bo nasza], a „ich" absolutnie zła [bo to nie nasza]! Są takie sytuacje, takie okoliczności zewnętrzne, takie czynniki wewnętrzne (organiczne), że jedynie słusznym krokiem będzie działanie autorytarne, wprowadzenie rygorystycznej dyscypliny, nawet zastosowanie środków przymusu bezpośredniego! Odnosi sie to, na przykład, do sytuacji zagrażającej życiu lub bezpieczeństwu wychowanków, bo gdy nadchodzi biały szkwał, gdy wybuchł pożar - wtedy nie ma czasu na samorządne procedowanie sposobów działania! Działamy arbitralnie z obowiązku uniemożliwienia aktów agresji, w tym samookaleczania się, zapobiegając narkotyzowaniu się przez osoby głęboko, organicznie uzależnione, a także w sytuacji, w której stajemy wobec jednostek lub grup o głębokim stopniu demoralizacji, przejawiających agresywne zachowania o psychopatycznej, czy będącej wynikiem organicznych uszkodzeń, etiologii. Trudno by było także wyobrazić sobie metody pedagogiki nieautorytarnej, stosowane w instytucjach, kształtujących adeptów do ściśle zdefiniowanych ról społecznych, wymagających uformowania człowieka według określonego wzorca, takich jak rola żołnierza jednostek specjalnych albo rola zakonnika lub kapłana. Błędem zaś byłoby stosowanie reguł pedagogiki „urabiającej" w instytucjach, powołanych w celu kształcenia ludzi do działań twórczych, w szkołach dla wybitnie uzdolnionej młodzieży, placówkach czasu wolnego. Tutaj surowa dyscyplina, system nakazów i zakazów, drobiazgowe regulaminy i homogenizujące zbiorowość wychowanków, jednolite uniformy, są nie do pomyślenia. I jest jeszcze jedna przyczyna, z powodu której niemożliwe jest stosowanie jednej, uniwersalnej metody wychowania. Tą przyczyną jest fakt, że ludzie, a więc i uczniowie, wychowankowie, nie są tacy sami. Jak wiemy to z codziennej obserwacji, nawet bliźnięta jednojajowe różnią się tym, że jeden brat ma pieprzyk na lewym policzku, a dugi go nie ma, i że to nie jedyna między nimi różnica... O tym, że dzieci są różne dobrze wiedzą rodzice, zwłaszcza z rodzin wielodzietnych, wiedzą nauczyciele szkól, publicznych i niepublicznych,opiekunowie-wychowawcy domów dziecka... Jedno dziecko potrzebuje przewodnika, jest uległe, łatwo poddaje się wpływowi wychowawcy, inne zaś ma „rogatą dusze", nie toleruje sytuacji przymusowych, dąży do samodzielności, poddaje się regulaminom tylko wtedy, gdy je wcześniej zaakceptuje, a najlepiej - współtworzy. Z tych to powodów każda z metod wychowania, każdy jego kierunek i każda jego teoria może, w określonych warunkach, w tym, a nie w innym przypadku, być skuteczną, właściwą, godną upowszechnienia. Dlatego też niesłusznym, wręcz szkodliwym jest głoszenie jednej i zwalczanie przeciwnej koncepcji wychowania i nauczania. A dzieje się tak zawsze wtedy, gdy edukacja zostaje upolityczniona, zawładnięta przez rządzącą opcje polityczną. Historia cywilizacji dostarcza wiele dowodów, potwierdzających tę tezę. Najdobitniej wykazał to wiek XX-y, wiek totalitaryzmów: nazistowskiego i komunistycznego, ideowej utopii chińskiej rewolucji kulturalnej, państwa Pol Pota, teokratycznych państw islamskich! W drodze do urny wyborczej, mając do wyboru: fundamentalistyczną wizję szkoły jedynie słusznego modelu i liberalną wizje szkoły usamorządowionej i demokratycznej - opowiem się zawsze za tą drugą. A to dlatego, że ta pierwsza będzie wtłaczała wszystkie dzieci i młodzież w jedne, takie same dla wszystkich, tryby dyscypliny i porządku, w imię jedynie słusznego ideału wychowania - według znanej już z przeszłości zasady: „czyja władza, tego religia"! A kto nie z nami - ten przeciw nam! Według tej koncepcji - całe pole edukacji narodowej będzie jak jedno wielkie pegeerowskie pole kukurydzy! Nawet pszenica będzie tam chwastem! Oddanie głosu na zwolenników wolności i pluralizmu, (nie mylić z anarchią) - to szansa na stworzenie warunków do kształtowania w naszym kraju wielu różnych typów szkół i instytucji wychowawczych, działających w nieantagonistycznym, ale heterogenicznym systemie edukacji narodowej. Systemie, który stworzy jedynie ogólne ramy prawne dla zróżnicowanych, tak pod względem podmiotów prowadzących ( państwowe, samorządowe, społeczne, wyznaniowe itp), jak i systemów i metod nauczania i wychowania - szkół, placówek i innych jednostek organizacyjnych. Możliwe będzie więc zakładanie i prowadzenie szkół o dyscyplinie parawojskowej i szkół pracujących wedle wskazań antypedagogiki, szkół tylko dla dziewcząt lub dla chłopców - i szkół koedukacyjnych. Możliwe będą szkoły z obowiązkową religią - i szkoły „multikulti", areligijne, lecz wprowadzające swych uczniów w zagadnienia etyki niezależnej... Także w szkołach, zwanych publicznymi [ach ta anglosaska moda!], które w Polsce nazywane były ongi powszechnymi, a które wielu nazywa dziś „masowymi" będzie większa szansa na to, że zapanuje w nich atmosfera tolerancji i demokracji, że na to co się tam dzieje realny wpływ będzie miał samorząd lokalny a nie minister, rady szkół, a nie kurator oświaty! Taka edukacja będzie jak naturalny ekosystem doliny Rozpudy, jak podhalańska łąka, wielobarwna i porośnięta współistniejącymi razem, obok siebie ziołami, kwiatami, trawami... Bo świat nie jest bipolarny, Nie jest też w odcieniach szarości. Jest wielobarwny, we wszystkich kolorach tęczy. I edukacja musi być odzwierciedleniem tego stanu. Nawet przeciwieństwa, jak w symbolu Tao, gdzie ciemne Yin i jasne Yang tworzą jedną całość, wzajemnie się definiują, nie istnieją bez siebie. Tak rozumiany holistyczny program, a więc i system edukacyjny, możliwy jest nie tylko do pomyślenia, alei do zrealizowania w praktyce przy założeniu, „że nauczymy się rozumieć sprzeczności jako części większej całości, jako „pole". Takie komplementarne (bądź polarne) myślenie dąży zawsze do syntezy, do ogólnego spojrzenia na wszystkie możliwe do rozpoznania aspekty jednego zjawiska. Myślenie takie chroni nas przed traktowaniem jakiegokolwiek wniosku, aspektu, teorii, punktu widzenia jako jedynego prawdziwego i bezwzględnego." [A. Bruhlmeier, Edukacja humanistyczna,Kraków,Oficyna Wydawnicza „Impuls", wyd. I s.15] Włodzisław Kuzitowicz |