Gazeta Edukacyjna dla refleksyjnych pedagogów

Wtorek, 07 lutego 2012 r. 38 dzień roku

                                                                                                                                                Forum | Czat | Kontakt | Partnerzy | Mapa Strony








 
Strona Główna | Bibliografie | Recenzje | Konferencje | O Gazecie Edukacyjnej 
 
centrum konferencyjno widowiskowe Lutnia
 Badania i raporty
 Blogosfera
 Felieton
 Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne proponuje
 Gorący temat
 Impresje Małgorzaty
 Polecamy
 Publikacje
 Relacje praktyków
 Szkoła z pomysłem
 Wydarzenia
 Bibliografie
 Recenzje
 Konferencje
 O Gazecie Edukacyjnej
 Partnerzy
 Inspirujące
Strona Główna > Publikacje > Między szkołą a rodziną czyli o pedagogice podwórkowej


Wakacje na półmetku. Jak przeczytałem na Onecie - wszyscy są na urlopie, Polską rządzi Kościelniak. A kto rządzi na podwórkach, osiedlowych placykach i skwerkach? Kto decyduje o tym, co ze sobą robią dzieci, które nie wyjechały na wakacje, które swój wolny czas mają do wyłącznej, własnej dyspozycji? Szkoły stoją puste i zamknięte, rodzice są w pracy, a na atrakcje w wesołych miasteczkach, kinach czy akwaparkach trzeba mieć pieniądze! Nielicznym z nich rodzice opłacili możliwość uczestniczenia w tak zwanych „półkoloniach".A pozostali? Oni trenują samodzielność, biorą swoje sprawy w swoje ręce. Jak czytamy niemal każdego dnia - w rękach tych bardzo często jest butelka z alkoholem, albo dostarczający adrenaliny, wygrzebany z ziemi stary pocisk. Uciekając przed nudą - toną podczas kąpieli w niestrzeżonych wodach, urządzają zawody we wspinaniu się na słupy wysokiego napięcia, albo „idą na całość", decydują sią na „gigant"- wakacyjną ucieczkę z domu! A tam, jako że za coś żyć trzeba, stawiają pierwsze kroki w „przedsiębiorczości" - żebractwie, kradzieżach, prostytuowaniu się...

 

Bo okres wakacji szkolnych jest tą porą roku, kiedy najwyraźniej uwidaczniają się przestrzenie „ziemi niczyjej", obszary życia dzieci i młodzieży nie podlegające pedagogicznym oddziaływaniom ani rodziny ani szkoły. Ale te wychowawcze „czarne dziury", choć w mniejszym wymiarze, istnieją przez cały rok. Czy są one stałym elementem naszego systemu społecznego? Czy są elementem nieuchronnym? Czy pozarodzinny i pozaszkolny świat naszych dzieci musi być „pozapedagogiczną pustynią"?

 

Stawiając te pytania - nie obiecuję, że na nie tu i teraz odpowiem. Pragnę jedynie zapoczątkować myślenie, a potem może także i działania, które pozwolą na nowo, to znaczy w aktualnych warunkach społeczno-ekonomicznych, politycznych i kulturowych, podjąć wcale nie nowy problem wychowania w środowisku lokalnym.

 

Zacznę, idąc tropem myślenia Marii Dudzikowej - od przedstawienia dwu dominujących mitów o wychowaniu. Nawiązuję tu do książki jej autorstwa, zatytułowanej „Mit o szkole jako miejscu „wszechstronnego rozwoju" ucznia".[ Kraków 2004] Autorka dokonała w niej dzieła demistyfikacji reformatorskich utopii ekipy ministra Mirosława Handke, szczególnie w odniesieniu do nadrzędnego celu tej reformy, zawartego w zdaniu: "Dążenie do wszechstronnego rozwoju ucznia stanowi główny punkt odniesienia dla całej działalności edukacyjnej nauczycieli".[ Zeszyt nr. 13 „Biblioteczka Reformy", Warszawa, maj 1999 ]

 

Ja jednak zamierzam pójść jeszcze dalej. Twierdzę, że utopią jest nie tylko wiara w stworzenie w szkole warunków do wszechstronnego rozwoju uczniów, ale że w ogóle szkoła, w swej obecnej postaci, w znaczącym stopniu skutecznie kształtuje postawy i systemy wartości swych uczniów. I nic tu nie zmieni ubranie uczniów w mundurki, nie poradzą nic na to szkolni koordynatorzy, trójki Giertycha, a tym bardziej sieć projektowanych ośrodków wsparcia wychowawczego!

 

Precyzyjniej rzecz ujmując, szkolny systemy wartości, takich jak: posłuszeństwo światu dorosłych, dyscyplina narzucana przez regulaminy, pilne uczestniczenie w lekcjach, odrabianie prac domowych i uzyskiwanie wysokich ocen szkolnych, to wartości, które „kupują" tylko nieliczni jej uczniowie. To są ci z nich, których w świecie ludzi dorosłych nazywamy konformistami. Godzą się oni na szkolne reguły gry, często „kolaborują" z funkcjonariuszami tego systemu [ czytaj - współpracują, nierzadko w formule „nibysamorządowej", z nauczycielami], uzyskując w zamian status „prymusa", świadectwo „z paskiem", pochwały i nagrody. Ale okupują to stopniową alienacją od pozostałych uczniów, przechodzącą czasem w groźniejsze formy ostracyzmu społecznego. Bo społeczność uczniowska bywa niejednokrotnie sterowana nie przez formalnych funkcyjnych tej instytucji. Zachowania bardzo wielu uczniów nie wynikają z komunikatów, płynących od nauczycieli, wychowawcy klasy, szkolnego pedagoga. Niewiele może wskórać „gospodarz klasy", przewodniczący samorządu szkolnego, jeżeli objęli te funkcje w wyniku jednoznacznych sugestii nauczycieli . Bezsilnym bywa i sam dyrektor szkoły! Bo „rządy dusz" sprawują w takiej szkole prawdziwi liderzy szkolnej opinii społecznej - niekoniecznie ci najsilniejsi!

 

Są to uczniowie, dla których pobyt w szkole jest przykrym obowiązkiem, czasem znakomitym „łowiskiem", którzy żyją w swoim świecie wartości i interesów. W mniej czy bardziej jawnej formie odrzucają oni szkolny regulamin, dyktując pozostałym uczniom własne reguły gry. Są to zasady wyznawane nie tylko w środowiskach przestępczych, a które coraz częściej określają też zachowania w realnym świecie pozaszkolnym, także w biznesie i polityce: zasady prymatu siły i pieniądza, ślepej lojalności wobec przywódców i bezwzględnej eliminacji przeciwników. Nie stanowią oni znaczącej liczebnie kategorii, lecz skutecznie wpływają na „milczącą większość", dzięki swym mocnym powiązaniom z pozaszkolnymi grupami nieformalnymi.

 

O jednych i drugich, tak przecież biegunowo przeciwstawnych sobie skrzydłach zbiorowości uczniów, można jednak powiedzieć, ze są dostosowani społecznie. Tyle tylko, że ci pierwsi dostosowują się do reguł społeczeństwa „oficjalnego" - bo ich „technologia" radzenia sobie w szkole to znakomita wprawka do późniejszych karier w dorosłym, garniturowo-krawatowym życiu. Ci drudzy także dostosowują się do funkcjonowania w świecie, do którego aspirują, a którego powaby tak skutecznie lansują niezliczone filmy i seriale kryminalne.

 

Niedostosowanymi społecznie są w tym modelu tylko „ludzie środka" - najliczniejsza kategoria uczniów, żyjących według jednej, naczelnej maksymy - „nie wychylać się"! Tak przeżyć szkołę, aby nie podpaść ani nauczycielom, ani szkolnym mafiozo. Im jest wszystko jedno, chcą mieć tylko „święty spokój"! Nie zamierzają stawać do „wyścigu szczurów", nie marzą także o karierze „ojca chrzestnego". A wysiłki wychowawcze nauczycieli traktują z pobłażaniem, jako nieszkodliwe hobby grupy nieznających życia idealistów!

 

To kogo, i właściwie jak, szkoła wychowuje? I do czego?

 

Dlatego takie nadzieje budzi, zwłaszcza w kręgach konserwatywnej prawicy, wychowanie rodzinne. To rodzina była zawsze naturalnym środowiskiem socjalizacji, wpajania zasad i norm moralnych, realizowała najskuteczniej funkcję kontroli społecznej. Była to rodzina patriarchalna - oparta na silnej władzy ojca i apriorycznym autorytecie rodziców. [Czcij ojca swego i matkę swoją.] Ten wzorzec we współczesnym świecie - to kolejny mit „utraconego raju" Nie chce tu powiedzieć, że nie ma dzisiaj dobrych, znakomicie wychowujących swoje dzieci, rodzin. Chce tylko powiedzieć, że znaczna liczba rodzin swoje zadanie opiekuńczo-wychowawcze pełni w daleko niezadowalającym stopniu, że rosnący ich procent - to rodziny dysfunkcjonalne czy wręcz patologiczne! Tego co napisałem, że jest prawdą, nie muszę w tym miejscu dowodzić. Prasa, radio, telewizja codziennie dostarczają opisy konkretnych faktów ilustrujących te tezę.

 

Ale to nie rodziny „z marginesu" stanowią największe zagrożenie dla wychowania młodego pokolenia. Najgroźniejsze, bo małodostrzegalne, przez swoją wszechobecność nie wywołujące zainteresowania mediów, jest zjawisko depersonalizacji więzi w bardzo wielu, pozornie „normalnych", rodzinach! Rodzice z dziećmi mieszkają w jednym domu, ale żyją oddzielnie. Spotykają się i komunikują wyłącznie na płaszczyźnie rzeczowej. Nie rozmawiają ze sobą. W miejsce dialogu - padają polecenia, zgłaszane są żądania, czasami wymieniane są, nieistotne, ale bezpieczne, informacje... Jak w tej reklamówce telewizyjnej, pokazującej „rozmowę"ojca z synem: „- Co w szkole? - Dobrze..." Rodziny w swej większości przestały być przestrzenią kształtowania zachowań, postaw, systemów wartości, bo zanika w nich klimat akceptacji,zaufania, miłości... Bo przede wszystkim nie ma na to czasu... Ale też coraz mniej jest rodzin, w których rodzice w ogóle uświadamiają sobie potrzebę „bycia razem", co jest fundamentalnym warunkiem wychowania rodzinnego!

 

 

Skoro nie szkoła, nie rodzina - to kto właściwie wychowuje współczesnych młodych ludzi?

 

Mass media, w tym internet? Podwórko? Ulica?

 

Rola mediów wychowaniu to temat na „zupełnie inne opowiadanie". Zastanówmy się teraz nad możliwościami organizowania oddziaływań wychowawczych poza domem i szkoła - w środowisku lokalnym.

 

Marzyli o „społeczeństwie wychowującym" pedagodzy PRL. Tak pisał o tym jeden z bardziej znaczących w tym okresie autorytetów - profesor Edmund Trempała: „Dla osiągnięcia lepszych rezultatów wychowawczych należy zająć się miejscem zamieszkania jako niewielką społecznością terytorialną skupioną w osiedlu, które nadaje sie do organizacji czynności opiekuńczo-wychowawczych i oświatowo-kulturalnych zgodnie z kierunkiem wychowania socjalistycznego..."

 

Tak zorganizowane społeczności lokalne składałaby sie na społeczeństwo wychowujące. Ten sam autor tak to definiował: „Można więc powiedzieć, że wychowujące społeczeństwo w naszym ustroju społecznym powinno przybierać w coraz szerszym stopniu postać systemu, w którym kształcenie i wychowanie nie będzie ograniczone tylko do placówek oświatowo-wychowawczych, ale gdzie wszystkie zbiorowe i indywidualne siły społeczne będą realizowały celowo określone zadania kształcenia i wychowania." [Trempała E., Wychowanie osiedlowe w społeczeństwie zurbanizowanym, w:Wychowanie i środowisko, red.red. Passini B.,Pilch T.,Warszawa 1979, s.226 ]

 

Powyższy cytat w wystarczający sposób zniechęca do podejmowania w dzisiejszych warunkach wysiłku tworzenia takiego systemu. I problem nie w tym, że nie budujemy już socjalizmu. Problem w tym, że był to model zrodzony z autorytarnej omnipotencji, ideologicznie indoktrynującego systemu totalitarnej władzy. Aż strach pomyśleć, gdyby ten system dostał się w ręce współczesnych nam „caudillo"!

 

Jeśli nie w ten sposób, to jakie są dzisiaj możliwości pedagogizacji tych „wychowawczych ugorów"?

 

Jako pierwsi w nowych warunkach społeczno-ustrojowych rozpoczęli swe działania na polu wychowania środowiskowego tak zwani streetworkerzy.

 

„Dla wielu osób nazwa ta brzmi obco, dlatego też warto przyjrzeć się temu zawodowi, którego specyfika jest jeszcze w Polsce mało znana. Streetwork w dosłownym tłumaczeniu to praca na ulicy, praca uliczna. Jest to specyficzny sposób, metoda mająca na celu dotarcie do konkretnej grupy odbiorców poprzez bezpośrednie spotkanie w miejscach najczęściej przez nich odwiedzanych. Streetwork jest formą pracy socjalnej polegającą na pracy z podopiecznymi w ich środowisku. W Polsce metodą streetworkingu zajmuje się niewiele organizacji, ale już dostrzeżono ogromne korzyści wynikające ze specyfiki tej metody. W naszym kraju streetworkerzy pracują w środowiskach narkomanów, prostytutek, osób bezdomnych, a także na ulicach z dziećmi. Metoda ta jest innowacyjna, ponieważ w porównaniu z innymi charakteryzuje się ideą bezpośredniego docierania do grup docelowych, streetworkerzy nawiązują kontakt z podopiecznymi w ich własnym środowisku. Pracują zatem często na ulicach, dworcach kolejowych, w parkach, na terenach ogródków działkowych, wszędzie tam gdzie mogą przebywać osoby potrzebujące pomocy."[Niebieska Linia, nr1/2003; Siostry od upadłych aniołów, Staszewska A.]

 

Jest to więc oferta dla „stanów ostrych". To raczej ratownictwo w sytuacjach skrajnego zagrożenia, to bardziej pozainstytucjonalna praca resocjalizacyjna niż wychowanie, rozumiane jako wspieranie rozwoju, lub , co najwyżej, profilaktyka uprzedzająca. Czy możliwa jest dzisiaj tak pojęta działalność wychowawcza, prowadzona z ogółem dzieci i młodzieży wszędzie tam, gdzie oni przebywają, kiedy nie są już w szkole i wyszli z domu?

 

Kilkadziesiąt lat temu, w pierwszym, ideowo-romantycznym okresie budowy w Polsce „ustroju sprawiedliwości społecznej", bazując na ,autentycznym wtedy zaangażowaniu licznych członków Towarzystwa Przyjaciół Dzieci, wypracowano w naszym kraju praktyczne wzory takich działań, które zaczęto nazywać pedagogiką podwórkową. Kroniką tych osiągnięć jest wydana w 1963 roku przez Zarząd Główny TPD książka pod redakcją Ireny Chmieleńskiej „Pedagogika podwórkowa". Oto kilka, godnych przypomnienia, cyutatów z tej książki:

 

„Rok 1958 i rok 1960. Są to lata nie byle jakie dla kształtowania sie u nas codziennych stosunków międzyludzkich, lata też nie byle jakie dla spontanicznej działalności społecznej, [...] obserwujemy również początki ruchu społecznego na rzecz dziecka, ku dziecku. [...] Na tym właśnie tle rozwijać się zaczyna zjawisko, które pozwoliłam sobie nazwać pedagogiką podwórkowa. [...] Najwyższą formą pedagogiki podwórkowej jest samorząd dziecięcy. Nosi on[...] czasami (miano) drużyny podwórkowej, zespołu, klubu, samorządu a nawet najmłodszej rady społecznej. [...] Dominującą cechą pedagogiki podwórkowej, jako zjawiska społecznego, jest jej spontaniczność. Pedagogika ta powstała samorzutnie, ze „społecznej żyłki" i „wychowawczego instynktu" pań Wyrębskich i Omonkowskich, panów Strzałkowskich i Wachów.[...] Źródła społecznego, środowiskowego ruchu pedagogicznego dorosłych tkwią zarówno w naszym ogólnym dojrzewaniu obywatelskim, [...] jak i w indywidualnej gotowości działacza [...] do podjęcia pracy z dziećmi lub młodzieżą."

 

Czy możliwe jest dzisiaj stworzenie podobnego klimatu, wywołanie podobnych prospołecznych, postaw, tak bardzo przecież mieszczących sie we współczesnym modelu społeczeństwa obywatelskiego? Czy pokolenie wnuków Wyrębskich i Wachów jest mniej wrażliwe na potrzeby dzieci? Nie tylko swoich! Czy już tylko pustym sloganem jest hasło „Wszystkie dzieci są nasze"?

 

Będę ostrożny w próbach prognozy. Wydaję się, że współcześnie najbardziej prawdopodobnym kierunkiem przemian społecznych będzie stopniowe poszerzanie i umacnianie się sieci struktur pozarządowych - stowarzyszeń i fundacji, a także różnorodnych form wolontariatu młodych. Będą oni, na zasada projektów, realizowanych dzięki środkom krajowym i z Unii Europejskiej, prowadzić coraz szerszą działalność środowiskowo-wychowawczą, głównie w sferze czasu wolnego. Swoja ofertą wypełnią w ten sposób lukę, która powstała w wyniku ograniczonych z natury swej specyfiki oddziaływań szkoły a coraz słabiej angażującą się w wychowanie rodzinę.

 

Oddzielnym nurtem refleksji jest zagadnienie samowychowania dzieci i młodzieży, Właśnie świat obchodzi setną rocznicę pierwszego obozu dla skautów, zorganizowanego przez generała Baden-Powella. Tylko kilka lat później młody student ze Lwowa, Andrzej Małkowski zainicjował polską wersję skautingu - harcerstwo. Przez dzisięciolecia była to ważna alternatywa dojrzewania dla wielu pokoleń młodych Polaków! Niezależnie od systemów politycznych, w czasach pokoju, ale i wojny... Mamy także w Polsce długą tradycję i bogate doświadczenia w budowaniu przez młodzież swej formacji duchowej w ramach Ruchu „Światło - Życie", w tak zwanym systemie oazowym.

 

Co takiego stało się w wyniku naszej transformacji systemowej, jakie zmiany zaszły w tym postmodernistycznym świecie, że tak niewielu młodych ludzi pragnie podmiotowo kształtować siebie w harcerstwie czy „na oazie"?

 

A jednocześnie tak wielu młodych ludzi, i to najczęściej podczas wakacji, trafia w orbitę misjonarzy licznych sekt, „bombardierów miłości", zatracając się tam całkowicie, przekreślając wszystko, co do tej pory próbowali w nich ukształtować rodzice i nauczyciele.

 

I jest też wielka doroczna przygoda młodzieży w „Wielkiej Orkiestrze świątecznej Pomocy"! Jest kilkunastogodzinny, niepowtarzalny klimat odczucia wspólnoty setek tysięcy wolontariuszy w konkretnym dziele na rzecz małych, chorych, potrzebujących pomocy. I masowe krwiodawstwo na „Przystanku Woodstok". Taka młodzież też żyje obok nas!

 

Jest więc wielka potrzeba! Jest wielkie pragnienie! Trzeba wyjść na przeciw młodym, którzy w warunkach pełnej dobrowolności, przy uszanowaniu ich autonomii, pragną jednak otrzymać wsparcie, potrzebują przewodników w swej drodze ku dorosłości. Przewodników przez siebie wybranych i zaakceptowanych. Jest wielka potrzeba współczesnej pedagogiki dziejącej się między rodziną a szkoła!

Włodzisław Kuzitowicz