Gazeta Edukacyjna dla refleksyjnych pedagogów

Piątek, 18 maja 2012 r. 139 dzień roku

                                                                                                                                                Forum | Czat | Kontakt | Partnerzy | Mapa Strony








 
Strona Główna | Bibliografie | Recenzje | Konferencje | O Gazecie Edukacyjnej 
 
centrum konferencyjno widowiskowe Lutnia
 Badania i raporty
 Blogosfera
 Felieton
 Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne proponuje
 Gorący temat
 Impresje Małgorzaty
 Polecamy
 Publikacje
 Relacje praktyków
 Szkoła z pomysłem
 Wydarzenia
 Bibliografie
 Recenzje
 Konferencje
 O Gazecie Edukacyjnej
 Partnerzy
 Inspirujące
Strona Główna > Publikacje > Moje studenckie praktyki pedagogiczne.


Dzisiejszy artykuł poświęcony będzie praktykom studenckim. Opiszę w nim pokrótce praktyki, które już odbyłem, jako student 3-ego roku pedagogiki specjalnej - resocjalizacji i profilaktyki społecznej (RiPS - będę używał tego skrótu w dalszej części tekstu). Powiem, czego dowiedziałem się dzięki praktykom, co dzięki nim zyskałem, zdobyłem, a czego - według mnie - w praktykach brakowało, co bym w nich zmienił. Odpowiem na pytanie, czy praktyki są potrzebne - może student pedagogiki obyłby się bez nich? Na koniec tekstu zrobię krótkie podsumowanie. Napiszę także o pseudo-studentach pedagogiki, którzy po otrzymaniu „papierka" stają się pseudo-pedagogami - robiącymi więcej szkód niż dobrego. A trzeba pamiętać, że: „idiota z dyplomem to nadal taki sam idiota, jak przedtem - tylko z pretensjami" (Janusz Korwin-Mikke).

 

Zacznę od dwu słów teorii. Czym właściwie są praktyki studenckie? Krótka definicja, znaleziona przeze mnie w Internecie, jest następująca: Praktyki studenckie to forma zdobywania praktycznej wiedzy związanej z kierunkiem studiów. Ich odbycie jest obowiązkiem studenta wynikającym np. z regulaminu uczelni.

 

Jako student 3-ego roku pedagogiki specjalnej (RiPS) zdążyłem odbyć w swojej karierze studenckiej dwie praktyki. Pierwsza z nich to praktyka ogólno-pedagogiczna. Nie obowiązuje tu podział na specjalizacje, a każdy student ma takie same cele praktyki: zapoznanie się z działalnością szkół i innych placówek oświatowych. Druga praktyka jest już praktyką specjalistyczną. Jej cele są różne, zależnie od specjalizacji kierunku. Wymienię tylko te dotyczące studenta RiPS: kształtowanie umiejętności pedagogicznych niezbędnych w przyszłej pracy zawodowej związanej z działalnością resocjalizacyjną. Praktyka ma charakter zadaniowy, co oznacza podejmowanie samodzielnych zadań przez studenta: planowanie oraz prowadzenie zajęć pod kierunkiem opiekuna praktyki w placówce.

 

Teraz spróbuję opowiedzieć, jak wyglądają praktyki od strony praktycznej.

 

Pierwszą praktykę pedagogiczną odbyłem w szkole podstawowej im. Ryszarda Wyrzykowskiego w Bełdowie (miejscowości położonej w pobliżu Aleksandrowa Ł.). Praktyka trwała 2 tygodnie po 20 godzin dydaktycznych (lub 15 zegarowych) tygodniowo. W przypadku tej praktyki miałem do wykonania kilka zadań, m.in.: zapoznanie się ze strukturą organizacyjną placówki oświatowej, zapoznanie się z dokumentacją tejże placówki, zapoznanie się z działalnością rady pedagogicznej, i tym podobne. Chciałbym zaznaczyć - bo myślę, że to ważne - że z żadnym z tych zadań - możliwością ich wykonania przeze mnie, studenta - dyrekcja szkoły, jak i opiekunka praktyk nie robili najmniejszego problemu.

 

Pani dyrektor z chęcią udostępniła mi wszystkie dokumenty dotyczące szkoły. Dokładnie przejrzałem statut placówki. Opiekunka praktyk - nauczycielka i wychowawczyni klasy pierwszej - wytłumaczyła mi, jak przygotowuje się zajęcia lekcyjne i poza lekcyjne. Pokazała, na czym polega prawidłowe prowadzenie dziennika uczniowskiego. Dowiedziałem się, czym jest w teorii nauczanie zintegrowane. Jednak - podkreślam - nic nie zastąpi samej praktyki. To podczas zajęć lekcyjnych z pierwszoklasistami, w których uczestniczyłem w roli obserwatora - a później w roli samego nauczyciela - zobaczyłem i poznałem, czym tak naprawdę jest nauczanie.

 

Moja obserwacja była czynna, a ja sam starałem się być podczas obserwowania jak najbardziej aktywny. W czasie zajęć przechadzałem się po klasie, podchodziłem do uczniów, by zobaczyć, jak i czy w ogóle radzą sobie z zadaniami i poleceniami nauczyciela - starałem się pomóc, jeśli mieli w czymś trudności. Sam także, jeśli czegoś nie rozumiałem lub nie wiedziałem (czemu akurat takie zadanie zadaje nauczyciel, czemu akurat w ten sposób mają rozwiązać zadanie uczniowie itp.), pytałem, by wynieść z tych zajęć jak najwięcej informacji.

 

Poza tym przeprowadziłem szereg rozmów z nauczycielami uczącymi innych przedmiotów. Byłem także obecny podczas narad pedagogicznych. Odbyłem rozmowy z psychologiem pracującym w Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej. Przejrzałem dokumenty prowadzone przez poradnie w stosunku do uczniów „ problemowych". Dowiedziałem się, jak wyglądają relacje nauczyciel-rodzic, poznając przy okazji niektórych opiekunów dzieci. Uczestniczyłem też w spotkaniu uczniów „zerówki" z psychologiem.

 

Nie będę ukrywał, że największą frajdę sprawiło mi samodzielne prowadzenie zajęć. Było to wyzwanie, tym bardziej dla mnie - osoby po amputacji kończyn górnych. Trochę się bałem, jak odbiorą mnie uczniowie - przecież to dopiero siedmiolatki (w większości), które nie rozumieją jeszcze niektórych spraw (co bynajmniej nie przeszkadza im w tym, by niektóre sprawy rozumieli lepiej niż dorośli). Myślę jednak, że stanąłem na wysokości zadania, a oprócz szacunku zyskałem coś równie cennego - sympatię uczniów, którzy do dziś reagują radosnym uśmiechem na mój widok (zresztą, ja także zawsze się cieszę, kiedy ich spotykam).

 

Opiekunka praktyk dała mi kilka zadań do wykonania - o które sam także zabiegałem. Pierwszym z nich było czytanie opowiadań w klasie zerowej. Przez 45 minut pełniłem funkcję narratora, który czyta dzieciom opowiadania o przygodach przeróżnych leśnych zwierzątek. Podobało mi się to zadanie, ponieważ lubię czytać - a rzadko kiedy podczas czytania mam słuchaczy. Tutaj miałem - było to bardzo przyjemne.

 

Drugie zadanie, które zostało mi powierzone przez opiekunkę praktyk, to prowadzenie zajęć w grupie uczniów mających trudności z nauką. Były to tak zwane zajęcia wyrównawcze, a grupę stanowili uczniowie z różnych klas i w różnym wieku. Dostali oni na kartce zadania do rozwiązania - głównie z matematyki i języka polskiego. Ja sprawdzałem, czy owe zadania uczniowie rozwiązują dobrze. Jeśli mieli jakieś trudności w rozwiązywaniu - pomagałem im, tłumacząc, jak należy wykonać dane zadanie, wyjaśniając,- dlaczego właśnie tak.

 

Ostatnim, trzecim, najważniejszym zadaniem dla mnie było prowadzenie zajęć nauczania zintegrowanego dla pierwszoklasistów przez jeden dzień praktyki. A więc na czas czterech godzin dydaktycznych zamieniłem się w nauczyciela klasy pierwszej. Na zajęciach z języka polskiego zapoznałem pierwszaków z literką „t". Potem dzieci dostały różne zadania z użyciem literki „t", typu: podać wyraz na literkę „t", następnie podzielić ten wyraz na sylaby, głoski. Na zajęciach matematycznych było liczenie sylab i głosek, tworzenie zbiorów. Na plastycznych - dzieci rysowały rzeczy zaczynające się na literę „t", np.: termometr, tyczka, torba i tym podobne. Właśnie tak w skrócie wyglądał mój dzień, w którym po raz pierwszy pełniłem funkcję nauczyciela.

 

Drugą praktykę - praktykę specjalistyczną - odbyłem (a właściwie nadal odbywam, ponieważ mam jeszcze kilka zadań do wykonania) w Ośrodku Terapii Uzależnień Dzieci i Młodzieży Monar w Łodzi przy ul. Tuszyńskiej. Czas trwania tej praktyki jest taki sam, jak w przypadku pierwszej, czyli: 2 tygodnie po 20 godzin dydaktycznych zamiennych na 15 zegarowych tygodniowo.

 

Zadania drugiej praktyki studenckiej są następujące: zapoznanie się ze strukturą organizacyjną i dokumentacją ośrodka, ukierunkowane obserwowanie działalności dydaktycznej, wychowawczej i opiekuńczej prowadzonej w placówce resocjalizacyjnej, zapoznanie się z formami współpracy placówki ze środowiskiem lokalnym, zapoznanie się ze specyficznymi trudnościami funkcjonowania placówki w systemie resocjalizacji, planowanie zajęć w postaci konspektów, samodzielne prowadzenie zajęć. 

 

Tutaj także - ani kierownik ośrodka, ani opiekunka praktyk i personel nie stwarzali żadnych trudności jeśli chodzi o wykonanie zadań praktyki. Na początku opiekunka udostępniła mi wszystkie papiery dotyczące ośrodka. Podczas przeglądania dokumentów, wyjaśniała ich znaczenie. Pokazała mi - tłumacząc skrupulatnie - proces i drogę, jaka towarzyszy podopiecznemu oraz jego rodzicom (opiekunom) od chwili kiedy zostaje podjęta decyzja o leczeniu, aż do momentu jego zakończenia. Program, główne założenia oraz filozofia ośrodka zamieszczone są na stronie internetowej stowarzyszenia Monar. Pierwszym zadaniem, które dostałem od opiekunki praktyk, było zapoznanie się z tymi informacjami. Oczywiście, polecenie zostało przeze mnie wykonane. Opiekunka zaznajomiła mnie także z relacjami panującymi między ośrodkiem a środowiskiem lokalnym (np. szkołami).

 

Przeprowadziłem szereg rozmów z kadrą ośrodka. Poczynając od pracowników biura, przez wychowawców, neofitów, terapeutów i kierownictwo. Zobaczyłem, znów pełniąc funkcję obserwatora, jak wygląda typowy dzień społeczności terapeutycznej: jak przydzielane i wykonywane są obowiązki, a jak spędzany jest czas wolny. Obserwowałem uważnie relacje, jakie panują w tejże społeczności.


Zapoznałem się z podopiecznymi odbywającymi leczenie w Monarze. Przeprowadziłem z nimi mnóstwo rozmów - poczynając od tych prywatnych, typowo koleżeńskich, kończąc na poważnych - dotyczących ich problemów z narkotykami. Dowiedziałem się dzięki temu, jak widzą świat osoby uzależnione. Zobaczyłem, że są to tacy sami ludzie jak ja czy ty. Ludzie, którzy w pewnym momencie swojego życia skręcili nie w tę ścieżkę, w którą powinni. Zboczyli z drogi, pogubili się.

 

Uczestniczyłem w zebraniach społeczności. Dowiedziałem się na nich, w jaki sposób zostają rozwiązywane trudne sytuacje w środowisku terapeutycznym. Byłem także obecny na imprezie - pełnej gości i wyśmienitego jedzenia - zorganizowanej z okazji ukończenia terapii dwójki podopiecznych.

 

Praktyka ta nauczyła mnie wiele. Teraz wiem, jak wygląda terapia osoby uzależnionej. Wiem także, że w ośrodku Monar terapią jest dosłownie wszystko: rozmowy podopiecznych z terapeutami i wychowawcami, prace domowe, takie jak sprzątanie czy gotowanie, imprezy taneczne i wyjazdy na obozy (w tym roku w góry). Podaję przykład: Jeśli jest wieczorek taneczny (na którym oczywiście obowiązuje abstynencja alkoholowa i narkotykowa), to terapią dla podopiecznego jest taniec. Tu każdy z podopiecznych musi tańczyć. Nieważne: czy umie, czy nie. To m.in. dlatego, by nauczyć się zabawy na trzeźwo.

 

 

Dzięki tej praktyce pozbyłem się fałszywego stereotypu dotyczącego podopiecznych Monaru. Zobaczyłem, że są to tacy sami ludzie, jak my. Jednym - o czym pisałem wyżej - podwinęła się gdzieś noga - pogubili się w życiu. Drudzy wychowali się w środowisku, które - mówiąc delikatnie - było mało stymulujące - przez co m.in. „wpadli" w narkotyki.

 

Wielu z nas mogłoby się sporo nauczyć od podopiecznych przebywających w ośrodkach tego stowarzyszenia. Mówię tu o konsekwencji, otwartości i podejściu do drugiego człowieka. W ośrodku obowiązuje pewna super zasada - tu nikt na nikogo się nie gniewa. Jeśli masz do kogoś o coś pretensje - po prostu mu to mówisz. Ale jeśli żywisz do kogoś pozytywne uczucia i dobre emocje - także o nich powiedz, nie zamykaj ich w sobie.

 

Będzie truizmem to, co teraz powiem, ale dzięki tej praktyce poczułem na własnej skórze, że prawdziwy pedagog jest od tego, by pomagać ludziom. Sprowadzać na właściwe ścieżki tych, którzy z nich zboczyli. Wspierać ich i wskazywać im drogę.

 

Jeśli chodzi o najważniejsze zadanie - jestem w trakcie przygotowywania zajęć dla podopiecznych Monaru. To trochę trudniejsze, niż prowadzenie zajęć z pierwszoklasistami. Czemu - chyba nie muszę tłumaczyć. Dodatkowym utrudnieniem - które nazwę: wyzwaniem - jest to, że zajęcia muszę wymyślić sam. Nie mam dużego doświadczenia, jeśli chodzi o pracę z osobami uzależnionymi - poza tym, które zdobyłem i nadal zdobywam na praktykach. Uzgodniliśmy z opiekunką, żebym przygotował zajęcia nie tyle stricte skierowane na terapię uzależnień, ale zajęcia takie, w których będę czuł się dobrze, o tematyce, o której będę miał jakieś pojęcie. Dodam, iż mam już pomysł, a jego plan jest w trakcie realizacji.

 

Teraz krótkie podsumowanie. I najważniejsze pytania: Czy praktyki studenckie są potrzebne? Czy ich odbywanie ma sens? Uważam, że: owszem, jak najbardziej - praktyki studenckie są potrzebne, a nawet niezbędne. Niezależnie, czy w przyszłości chcemy być pedagogami praktykami czy teoretykami. I w jednym, i drugim przypadku odbycie praktyk uważam za rzecz konieczną. Pedagog pracuje z ludźmi. Prowadzi ludzi, pomaga im. A więc kontakt z ludźmi to w pracy pedagoga rzecz nieunikniona. Nie wyobrażam sobie sytuacji, że ktoś kończy studia pedagogiczne, otrzymuje dyplom pedagoga - nigdy nie odbywając żadnych praktyk pedagogicznych.

 

Jest także inny powód przemawiający za praktyką studencką. Wielu studentów po odbyciu praktyk „otwiera oczy" i stwierdza, że pedagogika wcale nie jest takim łatwym chlebem, jak myśleli wcześniej. Praktyki to świetny sprawdzian dla studenta, czy nadaje się na on pedagoga, czy też nie. Słyszałem raz rozmowę chłopaka studiującego pedagogikę specjalną, który odbył praktyki w ośrodku dla uzależnionych. Student ten (który ewidentnie pomylił kierunki) opowiadał o osobach uzależnionych - i robił to w taki sposób, jakby opowiadał o ufoludkach - a same praktyki opisywał jak pobyt na Marsie. Potem taki pseudo-pedagog (po otrzymaniu dyplomu) będzie pracował z ludźmi - robiąc im więcej krzywdy niż dobrego. Jeśli ktoś nie lubi ludzi - nie może być pedagogiem! Uważam, że do bycia pedagogiem potrzebne są odpowiednie predyspozycje. To temat rzeka, o którym napiszę przy innej okazji.

 

Na zakończenie chciałbym jeszcze powiedzieć, że pedagogicznych praktyk studenckich jest za mało. Twierdzę tak ja i większość studentów, z którymi na temat praktyk rozmawiałem. Sześćdziesiąt godzin zegarowych przez trzy lata studiów - to praktyka zbyt krótka. Przecież większość studentów pedagogiki chce być w przyszłości pedagogami praktykami, a więc praktyk pedagogicznych potrzeba jest im dużo, jak najwięcej. Myślę, że dopóki ministerstwo od szkół wyższych nie dostosuje czasu trwania praktyk do naszych potrzeb, ale przede wszystkim do oczekiwań potencjalnych pracodawców z resortu edukacji, dobrym rozwiązaniem jest wolontariat, na który - wiem to z własnego doświadczenia - studenci pedagogiki specjalnej przyjmowani są do przeróżnych ośrodków z otwartymi rękoma. Dobrze by było, aby na podstawie zaświadczenia o odbytym tam wolontariacie można było zaliczyć studentowi dodatkowe godziny praktyk pedagogicznych.

 

Przemysław Wieczorek

Student III roku pedagogiki specjalnej WSP w Łodzi