Gazeta Edukacyjna dla refleksyjnych pedagogów

Piątek, 18 maja 2012 r. 139 dzień roku

                                                                                                                                                Forum | Czat | Kontakt | Partnerzy | Mapa Strony








 
Strona Główna | Bibliografie | Recenzje | Konferencje | O Gazecie Edukacyjnej 
 
centrum konferencyjno widowiskowe Lutnia
 Badania i raporty
 Blogosfera
 Felieton
 Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne proponuje
 Gorący temat
 Impresje Małgorzaty
 Polecamy
 Publikacje
 Relacje praktyków
 Szkoła z pomysłem
 Wydarzenia
 Bibliografie
 Recenzje
 Konferencje
 O Gazecie Edukacyjnej
 Partnerzy
 Inspirujące
Strona Główna > Felieton > Moje wakacyjne pedagogiczne safari


Młodzież podczas wakacji, „spuszczona z łańcucha", zachowuje się swobodnie. Jest sobą.

 

Wakacje to dobry czas na obserwację skutków całorocznych starań wychowawczych rodziców i szkoły. Zwłaszcza w odniesieniu do nastolatków. Już nie dzieci, ale jeszcze nie dorosłych. Bo ci młodsi z reguły wyjeżdżają na kolonie lub z rodzicami. I nadal są „zewnętrznie sterowani". O wiele trudniej jest zaobserwować ich zachowania nie będące skutkiem nakazów lub zakazów, zwykle skrupulatnie egzekwowanych przez ich opiekunów. Co nie znaczy, że jest to niemożliwe. Trzeba tylko więcej cierpliwości podczas obserwacji, prowadzonej najlepiej na podwórku, obserwacji bardziej przypominającej pracę przyrodnika, który postanowił podpatrzeć zwyczaje leśnej zwierzyny.

 

Obserwacja zachowań starszych nastolatków bardziej przypomina afrykańskie safari. Trzeba po prostu udać się na sawannę i podglądać interesujące nas gatunki w ich środowisku naturalnym, gdy nie niepokojone przez myśliwych, dzikie i swobodne, oddają się swym wolnym i niczym nie skrępowanym zachowaniom. I tylko należy zachować ostrożność, aby nie znaleźć się na drodze polującego lub rozzłoszczonego samca, bo można stać się jego ofiarą.

 

Moje własne badania terenowe, które uczeni nazwaliby badaniami etnograficznymi,   rozpocząłem już na dworcu kolejowym. Pociąg pośpieszny relacji Łódź Kaliska - Kołobrzeg stał, podstawiony prawie na godzinę przed planowym odjazdem. Gdy dotarłem na peron, w kilku wagonach II klasy nieomal wszystkie miejsca były już zajęte. Trochę rodzin z małymi dziećmi, par w różnym wieku, ale głównie to grupy nastoletniej młodzieży. Hałaśliwi, w stanie wyraźnie wskazującym „na spożycie", posługujący się specyficzną odmianą niezwykle zredukowanej polszczyzny! Przyznam, że podróżując samotnie, mając w perspektywie całą noc w takim otoczeniu - „zdrefiłem". Poszedłem do wagonu I klasy. Był jeszcze prawie pusty. Zająłem miejsce w wolnym przedziale, mając po sąsiedzku dwie sympatyczne panie w średnim wieku. W miarę zbliżania się godziny odjazdu przedziały zaczęły się wypełniać, ale ja nadal byłem sam. Korytarzem co i raz przetaczały się watahy poszukującej wolnych miejsc „przyszłości narodu", bluźniącej okrutnie z powodu, że „to k...a pierwsza klasa!"

 

I wtedy zobaczyłem na peronie czterech schludnych, sympatycznie wyglądających młodzieńców, którzy pośpiesznie żegnali się z odprowadzającymi ich, jak się później dowiedziałem, rodzicami. Doleciało do moich uszu: wsiadajmy do „jedynki"! I w tym momencie doznałem iluminacji. To jest moja szansa, abym nie jechał sam i nie był narażony na niewiadomego autoramentu towarzystwo podróży. I gdy pierwszy z nich dopytywał się o wolne miejsca w sąsiednim przedziale, ja pośpieszyłem z zaproszeniem, reklamując, że mam aż pięć wolnych miejsc. Za chwilę cała czwórka, z niezwykle obszernym bagażem, rozlokowywała się, upychając plecaki i torby na półki, a że się nie wszystko tam zmieściło - także na to szóste, wolne miejsce.

 

Pociąg ruszył, zaczęła się wspólna podróż. Moi współpasażerowie okazali się uczniami różnych szkół ponadgimnazjalnych, w wieku 16 - 18 lat, tworzących paczkę kolegów „z sąsiedztwa". Łączyła ich także wspólna pasja do pokonywania rowerowego toru przeszkód. Jechali na tydzień do Łeby. Pociąg podążał raz szybciej raz wolniej, zmieniały się drużyny konduktorskie, a w naszym, niedoświetlonym przedziale toczyły się długie, kulturalne rozmowy... Ani razu nie usłyszałem z ich ust tych nieszczęsnych „przerywników", bez których większość ich rówieśników nie jest w stanie zbudować jednego zdania. Za to dyskutowaliśmy o reinkarnacji, „życiu po życiu", sztuce i na wiele, wiele innych mniej  lub bardziej ambitnych tematów.

 

I tylko do dzisiaj dręczy mnie nierozstrzygalne pytanie: Czyja to zasługa, że moi młodzi współtowarzysze podróży okazali się być tak kulturalnymi, wiernymi swym wartościom, ludźmi? Czy to efekt wychowania w rodzinach, czy może szkoły? Czy trochę jednego i drugiego? A może oni po prostu tacy stali się dzięki sobie samym, każdy oddzielnie i jako grupa?

 

Włodzisław Kuzitowicz