Strona Główna > Publikacje > Niezwykłych pasji niepełnosprawnych. Część II
W poprzedniej publikacji obiecałem, że w następnym artykule napiszę o sobie, a dokładniej o moich pasjach i marzeniach. Na wstępie chciałbym się przyznać, że pisać o sobie nie lubię - czuję jakiś wewnętrzny opór, blokadę, która mnie przed tym powstrzymuje. Jednak danego słowa dotrzymać muszę. Pomysł redakcji „Gazety Edukacyjnej", abym podzielił temat „Niezwykłe pasje niepełnosprawnych" na kilka części wydaje mi się bardzo trafny. Nieuniknionym jest więc, że ja - także osoba niepełnosprawna, mająca pasję - wystąpię w którejś z tych części jako bohater publikacji. A że tak się stało, iż będzie to część druga - zapraszam wszystkich do lektury niniejszego artykułu. Będzie to opowieść o moich pasjach i marzeniach. Zacznijmy tę historię od początku, to jest od momentu, kiedy po raz pierwszy w życiu zrozumiałem, kiedy do mnie dotarło i kiedy uświadomiłem to sobie, że mam prawdziwą pasję, pasję która nadaje sensu mojemu życiu i dla której poświęcić i oddać mógłbym bardzo dużo. Gdy o tym teraz piszę przychodzą mi do głowy słowa dra Martina Luthera Kinga, Juniora: „Jeżeli człowiek nie odkrył czegoś, za co gotów jest umrzeć, nie nadaje się do tego, by żyć." Życia za swoją pierwszą pasję pewnie bym nie oddał, ale jedno jest pewne i nie podlega żadnej dyskusji: wtedy moja pasja była całym moim życiem. Odwróćmy teraz bieg wskazówek zegara, szybko cofnijmy się w czasie i przenieśmy do tamtych chwil, gdy miałem jeszcze obie ręce, gdy byłem w pełni sprawnym chłopakiem. Kiedy odnalazłem swoją pierwszą prawdziwą pasję byłem uczniem piątej klasy podstawówki. A może odwrotnie - może to pasja odnalazła mnie. Jak było dokładnie - nie wiem, ale to właśnie wtedy pokochałem piłkę nożną i to właśnie piłka nożna stała się moją pierwszą prawdziwą pasją. Na początku grałem w polu jako środkowy obrońca. Biegałem po murawie przepychając się z innymi, ganiałem za futbolówką, kopałem, skacząc przy tym i krzycząc, aż wreszcie poczułem, że to nie dla mnie - że mi się to nie podoba. Brakowało mi tu czegoś. Być może finezji do gry, której jak mi się dzisiaj wydaje nie posiadałem. Dlatego też szybko z pola przeniosłem się między słupki, stając w bramce jako golkiper. Tutaj czułem się o niebo lepiej i pewniej. Obrona strzałów, które teoretycznie były nie do obrony, efektowne parady, podczas których leci się w powietrzu niczym ptak, wygrywanie pojedynków „sam na sam" z napastnikami drużyn przeciwnych, a także dalekie wykopy futbolówki aż pod przeciwległą bramkę - to były momenty i chwile, podczas których człowiek czuł się wolny, a po jego plecach, niczym mrówki, przebiegały dreszcze. Przez około siedem lat grałem w piłkę nożną praktycznie przez siedem dni w tygodniu. Były to przede wszystkim treningi w drużynach juniorskich, takich jak UKS Koniczynka Ruda Bugaj, Orzeł Łódź oraz Łódzki Klub Sportowy - kolejność podałem chronologicznie - a w chwilach wolnych, czyli wtedy, gdy nie miałem treningu w klubie, po skończonych zajęciach w szkole, razem z kolegami z podwórka rozgrywaliśmy mecze na osiedlowych boiskach. Lecz w pewnym momencie zabrakło mi chyba tej ambicji, którą poszczycić się może Bartłomiej Kędzierski, bohater mojego poprzedniego artykułu. Marzenia o tym, by kiedyś w przyszłości grać zawodowo w piłkę poczęły się rozpływać w mojej głowie, a poprzedni zapał zaczął przygasać. Aż wreszcie przestał istnieć definitywnie. Wyobrażenia kreujące siebie wykonującego niezwykle efektywne parady podczas meczów drużyn międzynarodowych na największych stadionach europejskich i światowych traciły na dawnej sile, przestając wywoływać we mnie stany poprzedniej egzaltacji. Myślałem już o tym wszystkim coraz rzadziej, a kiedy zdarzyło się przypadkiem, że pomyślałem - po moich plecach nie przebiegały już ciarki, jak kiedyś. Tak kończyła swój żywot moja pierwsza pasja - gra w piłkę nożną. Kończyła, być może dlatego, że, tak naprawdę, nigdy nie była prawdziwa, albo i była, tylko to ja ją zdradziłem. W roku 2005 miał miejsce wypadek komunikacyjny, w którym straciłem obie ręce. W szczegóły tego zdarzenia zagłębiać się nie będę - nie mam ochoty robić tego teraz i tutaj. Jest to temat dla mnie drażliwy i bolesny - to po pierwsze. Po drugie - dochodzą tu jeszcze pewne sprawy osobiste, o których nie chcę teraz mówić. Mógłbym napisać, że to niefortunność losu i zdarzeń, własna nieodpowiedzialność, lekkomyślność i głupota sprawiły, że doszło do tego przykrego w skutkach wypadku, ale to tylko w części pokrywałoby się z prawdą i nie oddawałoby jej całego sensu. Korzystając z okazji, powiem, że jest mi przykro i smutno zarazem, iż niektóre osoby, tzw. moi „przyjaciele", nie znając szczegółów zdarzenia, nie wiedząc jak doszło do wypadku i co było jego przyczyną, rozpowiadali na około historie niezgodne z prawdą. Historie zmyślone, gdzieś zasłyszane i przerobione - tak zwane plotki. Piszę o tym tutaj, ponieważ inaczej nie potrafię się przed tym bronić, a działanie tych osób jest dla mnie krzywdzące. Po tej krótkiej osobistej dygresji powróćmy do tematu. A więc zdarzył się wypadek... Młody, zdrowy, wysportowany chłopak nagle budzi się, odzyskuje świadomość, gdy silne leki przestają działać, i widzi, że nie ma obu rąk. W tej chwili trudno wyobrazić mu sobie ten szok, który przeżył wtedy. Jeszcze parę dni temu bawił się ze znajomymi w nocnym klubie, tańczył na parkiecie, pił piwo przy barze i podrywał dziewczyny. Kilka dni temu wrócił z treningu teakwondo, podczas którego trener powiedział mu, że jest niezły, mimo tego że ćwiczy ten sport niedługo. Ten chłopak jeszcze wczoraj miał wewnętrzne poczucie, że jest nieśmiertelny. Że cały świat leży u jego stóp. Dzisiaj budzi się okaleczony, jako ofiara - bez obu rąk. Jeśli istnieje piekło - to w pierwszych tygodniach po wypadku byłem jego rezydentem. Dostałem niewielki pokój wyposażony w ból, cierpienie, defetyzm, czarnowidztwo i wszystko co najgorsze. Taka była cena, którą musiałem zapłacić, by odzyskać swą duszę. Dziś już śmiało mogę powiedzieć to, o czym wtedy nie umiałem nawet pomyśleć - cytując Goethego: „Nie zawsze się traci, kiedy się zostaje pozbawionym czegoś". Pierwsze miesiące po wypadku, to okres w którym powoli i stopniowo dochodziłem do siebie. Na początku był szok, a gdy powoli mijał przyszedł czas rozmyślań i zastanowień. Najpierw myślałem - już nie będę sportowcem, a w głębi duszy czułem rozgoryczenie, ból i rozpacz. Potem myślałem - już nie będę sportowcem, a więc muszę wziąć się w garść, pomyśleć, aby być kimś innym - znaleźć sobie jakąś alternatywę, inną pasję. Przebywałem wtedy w szpitalu w Zgierzu, kiedy znajomy z sali obok podarował mi książkę i powiedział, żebym sobie poczytał. Nigdy wcześniej nie pałałem miłością ani nawet sympatią do literatury. Jednak gdy znajomy wręczał mi tę książkę, w mojej głowie zapaliła się lampka, światło nadziei, i pomyślałem, że to może być właśnie to, czego szukam. Kiedy darczyńca opuścił salę, ja, pełen energii, która wręcz mnie rozpierała, szybko zabrałem się za czytanie. Było to cztery lata temu i - wstyd się przyznać - dzisiaj tytułu tej książki nie pamiętam. Wiem tylko, że traktowała o Indiach. To właśnie od tamtej pamiętnej chwili czytanie stało się moją kolejną pasją. Pewnie niektórzy z was, nieco oburzeni, powiedzą: Czytanie! A cóż to za pasja? Przecież prawie każdy czyta! Tak, to prawda, czyta prawie każdy, ale wtedy, cztery lata temu, czytanie stało się dla mnie czymś wyjątkowym i niezwykłym. Powiem krótko, jednym zdaniem: czytanie stanowiło wtedy dla mnie jedną z najważniejszych rzeczy w moim życiu. Posiadałem mnóstwo wolnego czasu, który cały oddawałem swojej nowej pasji. Każdą wolną chwilę, jaką dysponowałem, a było tych chwil bardzo dużo - spędzałem z książką, zaczytany - czy to przy świetle słońca, czy też wieczorem przy świetle lampki. Czytanie było wszystkim a książka powoli stawała się moją najwierniejszą przyjaciółką. Ona pomogła mi wrócić do względnej stabilizacji psychicznej. Ona otworzyła mi oczy na świat, zmieniła punkt patrzenia na życie, dzięki czemu ujrzałem wszystko z nowej, zupełnie innej niż do tej pory perspektywy. Książka wskazała mi wartości, przede wszystkim te moralne, pokazując co w życiu naprawdę jest ważne. Wreszcie książka odkryła przede mną nowe pasje, o których zaraz opowiem. Gdy na swoim koncie miałem przeczytanych już parędziesiąt tytułów, nagle, pewnego pięknego dnia, przyszedł mi do głowy pomysł, że ja sam także mógłbym popróbować pisania. Pomyślałem, że to może być naprawdę fajne i postanowiłem się tego nauczyć. Mieszkałem już wtedy na wsi, a że nie miałem tam komputera, zmuszony sytuacją, otworzyłem zeszyt, chwyciłem długopis - w usta - i postanowiłem nauczyć się pisania w ten sposób. Rozpocząłem stawianie pierwszych liter czarnym tuszem na białym papierze. Pierwsze próby były nieudolne a pisanie ewidentnie mi nie wychodziło. Jednak postanowiłem się nie poddawać. Zacisnąłem więc zęby - a w nich długopis - i pisałem, pisałem, pisałem... Aż wreszcie pojawiły się pierwsze efekty. Proporcjonalnie do nich rosła moja motywacja. Zapisywałem kolejne strony kolejnych zeszytów. W ten sposób zrodziła się moja kolejna, nowa pasja - pisanie. Początkowo tworzyłem głównie wiersze, a raczej coś, co wierszami zwałem, chociaż często to „coś" ze sztuką poezji niewiele miało wspólnego. Potem, przez około pół roku pisałem listy - z równie wielką pasją jak wiersze. I kiedy wydawało się, że wszystko idzie w dobrym kierunku, kiedy moje sprawy zaczynały się układać a ja z każdym dniem czułem się coraz lepiej - nagle to wszystko prysło jak bańka mydlana. To co budowałem z takim mozołem, rozpadło się i runęło jak domek z kart. Nastał okres stagnacji, czas zastoju i drastycznie obniżonego nastroju. Wyłączyłem się z życia na ponad rok. W bólu i rozpaczy, powoli i z trudem rodziła się moja kolejna, najważniejsza ze wszystkich pasja: pasja pracy nad sobą i z samym sobą. Najważniejsza, ponieważ na niej opieram moje nowe istnienie, na niej opierają się też inne moje pasje. Dziś wiem, że praca nad sobą, własny rozwój i postęp to najlepsze inwestycje, jakie człowiek może poczynić. Ta nowa pasja doprowadziła mnie do miejsca, w którym dziś się znajduję. Dwa i pół roku temu postanowiłem, że nauczę się pisać, lecz teraz już tak na poważnie, a nie jak wcześniej, kiedy tworzyłem swoje pierwsze nieudolne wiersze. Zacząłem ćwiczyć, pisać i pisać, i czytać publikacje, które w ulepszaniu pisania były pomocne. Efektem tego było powstanie gazetki, którą założyłem wraz z koleżanką Basią. Miała ona tytuł „ŚDS-owe nowinki" i wychodziła raz w miesiącu. Skierowana była do podopiecznych i pracowników Środowiskowego Domu Samopomocy w Aleksandrowie Łódzkim, w którego działaniach jeszcze wtedy uczestniczyłem. Byłem redaktorem „ŚDS-owych nowinek" - dodam, że jedynym, a Basia - wydawcą. Pisałem artykuły do gazetki, Basia je drukowała. Potem razem sprzedawaliśmy lub rozdawaliśmy je wśród znajomych. „Schodził" nam zawsze cały nakład. Poza tym przez okres dwu lat z pod mojego pióra wyszło parę opowiadań, mnóstwo tekstów, których gatunku nie umiem nazwać oraz kilkadziesiąt wierszy. Człowiekowi, dopóki ktoś inny, albo jakieś zdarzenie, nie otworzą oczu, wydaje się, że jest w czymś dobry, że to co robi - robi świetnie, że swym talentem dorównuje najlepszym. Aż przychodzi moment bolesnego zderzenia z rzeczywistością. Wtedy człowiek otwiera oczy i widzi jaki był pyszny, jak mało umie, choć wydawało mu się wcześniej, że zjadł już wszystkie rozumy. Podobnie było i ze mną. Tym przełomowym momentem, w którym uświadomiłem sobie, jak jestem słaby, była pierwsza publikacja w prawdziwej, choć internetowej, gazecie - „Gazecie Edukacyjnej". Kiedy w przerwie wykładu, który prowadził jej redaktor naczelny, podszedłem do biurka i pochwaliłem się, że ja też piszę - szybko dostałem pierwszą propozycję, żebym spróbował swoich sił i napisał felieton. Oczywiście na propozycję przystałem. Wróciłem do domu, zadowolony, czym prędzej włączyłem komputer i zabrałem się do pracy. Tekst skleciłem w podnieceniu, tworząc zdania wielokrotnie złożone, nie wiedząc przy tym, że większość z tych zdań jest nieprawidłowych. Ukończony projekt wysłałem do redaktora naczelnego gazety. Po kilku dniach otrzymałem tekst z powrotem, ale już przeredagowany, z poprawkami. To właśnie wtedy, gdy zobaczyłem swe rażące błędy, zrozumiałem, uświadomiłem sobie, w której tak naprawdę gram lidze i jak długą, pełną wybojów drogę mam przed sobą do przebycia. Drogę, którą muszę pokonać, jeśli chcę naprawdę nauczyć się pisania. Kolejna moja publikacja „Niezwykli studenci w niezwykłej szkole" była już lepsza od poprzedniej, choć do ideału brakowało jej jeszcze sporo. Potem pojawiły się następne i tak trwa to do dnia dzisiejszego. Już od prawie półtora roku współpracuję z „Gazetą Edukacyjną". Tak oto rozwijam swoją najnowszą pasję - pisanie. Prócz prozy próbuję się również - jak kiedyś - poezji. Efekty bywają różne, to wiem, ale pisanie to moja pasja, którą chcę rozwijać i ulepszać. Jest to pasja, którą kocham i która nadaje sens mojemu istnieniu. Jest to także pasja, z której wyrastają moje marzenia. Pragnę nauczyć się pisać, ulepszać swój styl, by publikować jak najwięcej i jak najczęściej. Przekazywać ludziom to, co czuję i myślę, za pomocą słowa pisanego. Zostawić te teksty po sobie... >>>>>> <<<<<< To, że ludzie niepełnosprawni mają pasje i marzenia - podobnie jak ludzie zdrowi czy też pełnosprawni - już wiecie. W swoich artykułach, w tym oraz poprzednim, chciałem to pokazać i przybliżyć temat pasji osób niepełnosprawnych. To zaledwie kilka przykładów, a przecież osób niepełnosprawnych z pasją jest tysiące, na świecie nawet miliony. Wiem, że nie jestem w stanie sam wyczerpać tego tematu, choćbym pisał o tym i tylko o tym przez całe swoje życie. Mimo tego planuję jego kontynuację i już teraz zapraszam Szanownych Czytelników do kolejnych części „Niezwykłych pasji niepełnosprawnych", które niebawem ukażą się na łamach „Gazety Edukacyjnej". Przemysław Wieczorek |