Strona Główna > Felieton > O Julku Cyperlingu jako redaktorze-wychowawcy
Moja kolejna podróż w czasie, czyli o Julku jako redaktorze-wychowawcy W szósta rocznicę śmierci W codziennym życiu przyzwyczailiśmy się funkcjonować głównie w trzech wymiarach. Ten czwarty - czas - przypomina o sobie dopiero w chwilach refleksji, gdy stajemy przed koniecznością zaplanowania naszych zadań, gdy marzeniami wybiegamy w daleką przyszłość. Jednak najbardziej dotkliwie odczuwamy jego absolut, gdy wspominamy to, co minęło. Wtedy uświadamiamy sobie znaczenie tego, co nazywamy czasem przeszłym, czasem zaprzeszłym... Jakże szybko to, co wczoraj nazywaliśmy jutro staje się dzisiaj. Jak niepostrzeżenie i bezpowrotnie nasze kolejne dzisiaj staje się dniem wczorajszym, minionym tygodniem, zeszłym rokiem. W wierszu „Trzy słowa najdziwniejsze" z jakąż genialną prostotą ujęła ten magiczny proces, sama już dziś będąca przeszłością, Wisława Szymborska: Kiedy wymawiam słowo Przyszłość, pierwsza sylaba odchodzi już do przeszłości...
Zdajemy sobie z tego sprawę szczególnie boleśnie, gdy do podróży w czasie, do tego co było i minęło, skłania nas pamięć naszych bliskich, ludzi których dzisiaj już z nami nie ma, którzy odeszli na zawsze do przeszłości... W taką właśnie podróż w czasie wyruszam teraz, aby odszukać tam, w przeszłości, Julka Cyperlinga, zmarłego przed sześcioma laty twórcę i redaktora naczelnego „Gazety Edukacyjnej". To już piąta taka moja wędrówka, przywoływanie minionych chwil, zdarzeń, sytuacji, w których miałem to szczęście, że z Nim przebywałem, rozmawiałem, współpracowałem. Każdego kolejnego 13. lutego mam do nich coraz dalej... A i mój wehikuł czasu - pamięć - zaczyna być coraz bardziej zawodny. Jednak uparcie podejmuję moją rocznicową pielgrzymkę do czasów, kiedy moje i Julka drogi przecinały się, gdy biegły równolegle, gdy mogłem podpatrywać jego „sposób na życie". Wiele aspektów tego sposobu opisałem już w poprzednich wspomnieniach, jak choćby w felietonie z 2008 roku, wspominając, że Jego „wewnętrzny blask", to ciepło kontaktu, to nie były wyćwiczone formy towarzyskiego savoir-viwr'u, nie socjotechnika profesjonalnego reportera czy menedżera, lecz to zawsze był On - Człowiek Kochający Ludzi! Inną cechą Julkowego przepisu na to „jak żyć", obok tej Jego „pedagogiki uśmiechu", była przywołana rok później strategia niestrudzonego mediatora, człowieka kompromisu, niezdolnego do jakiejkolwiek formy agresji. Taki był w tym swoim wyciszonym, rzekłbym „układnym" sposobie bycia „niedzisiejszy", staroświecki. Ale przecież w tym co było dla niego ważne - zawsze skuteczny! Nie przypominam sobie ani jednego z Nim spotkania, w którym widziałbym go w roli władczej, osoby rozkazującej coś komuś, próbującej wymusić coś krzykiem! Zakończyłem wtedy me wspomnienia słowami, że powinniśmy dziś uczyć się od Niego owej łagodności i „miękkiej stanowczości" w osiąganiu swych celów. Bez tak typowych dla otaczającego nas świata: arogancji, dominacji, agresji.... Dziś pragnę przywołać postać Julka-redaktora, o którym tak pisałem w ostatnim „papierowym" wydaniu „Gazety Edukacyjnej" Nr 1 (23) czerwiec 2006r.: W sobie tylko właściwy sposób potrafił inspirować autorów: nauczycieli, pedagogów, pracowników władz oświatowych do napisania tekstów, w których dzielili się oni swymi osiągnięciami, wątpliwościami, popularyzowali istotne dla praktyki pedagogicznej teorie albo informacje.[...] Gdy dziś wracam pamięcią do naszych spotkań, poświeconych przygotowaniom do wydania kolejnego numeru gazety, wyławiam z pamięci „to coś", te ulotne elementy Jego „magnetyzmu" i widzę, że była w tym po prostu Jego wiara, przekonanie, pewność, że się wie, potrafi, podoła...
Tak właśnie było i ze mną. Przecież w czasach, gdy zaczęła wychodzić „Gazeta Edukacyjna" byłem po prostu, jednym z bardzo wielu, dyrektorem szkoły. To prawda, z pedagogicznym wykształceniem, ze sporym stażem wykładowcy akademickiego, ale przecież nie publicystą. I to właśnie ta Jego łagodna perswazja, to niezapomniane „rozumiesz, wiesz..." sprawiało, że odstawiałem na chwilę moje codzienne, dyrektorskie sprawy i zasiadałem do pisania. W takich właśnie okolicznościach powstał jeden z moich pierwszych felietonów, opublikowany w „Gazecie Edukacyjnej" Nr 2 (15) z czerwca 2003 r. pod tytułem „Sztuka uprawy". Zaczynał się od słów: Pedagodzy - lubimy, gdy tak nas, nauczycieli, nazywają dziennikarze. Ale czy każdy nauczyciel jest pedagogiem? Co to właściwie znaczy pedagog?
O czym było dalej? Dalej było o historycznej ewolucji tego pojęcia, o licznych odmianach roli pedagoga, o dychotomicznym podejściu do źródeł rozwoju człowieka. I znalazła się tam metafora o ziarnie (genotypie) i uprawie - czyli wychowaniu. I tutaj niespodzianka. Właśnie ten numer „Gazety Edukacyjnej", wyjątkowo, otwierał wstępniak Naczelnego gazety - „Od redaktora". Oto jego początek: Gazeta nasza jest otwarta dla wszystkich, którym bliskie są sprawy oświaty, troska o jej kształt, przyszłość, dla wszystkich, którzy chcą się podzielić swymi doświadczeniami i przemyśleniami. [...] Wszystkie wypowiedzi traktujemy jako forum wymiany myśli, zakładając, że nikt nie ma monopolu na jedynie słuszne i niepodważalne rozwiązanie problemu czy ujęcie istoty sprawy.
Nie był to stały zwyczaj redaktora naczelnego „Gazety Edukacyjnej". Miał Juliusz tego świadomość, gdyż po takim wprowadzeniu, które dziś czyta się jak deklarację linii programowej gazety, napisał: Ten nieco przydługi wstęp proszę potraktować jako wytłumaczenie, dlaczego tym razem postanowiłem dodać swoje trzy grosze do kilku zamieszczonych w tym numerze tekstów.
I dalej następuje krótka prezentacja, zdaniem redaktora, wartych polecenia czytelnikom, zamieszczonych w numerze materiałów. Znalazł się tam także fragment, odnoszący się do mojego felietonu: Zadaniem pedagoga, o czym z kolei traktuje felieton „Sztuka uprawy", jest wprowadzenie młodego człowieka w życie, stworzenie mu warunków do rozwoju. Nasza postawa, zakładająca, że jest jak jest i tak już będzie, nie jest najlepszym wzorem dla młodego pokolenia. Faktem jest, że to, co się dzieje wokół nas, nie napawa optymizmem, ale faktem jest również, że chęć zmiany, nawet jeśli przyjdzie na nią długo czekać, trzeba mieć w sobie i chcieć ją przekazywać.
Tak właśnie Juliusz redagował swoja gazetę, tak „zwykłych zjadaczy chleba w autorów przemieniał"! Choć nie studiował pedagogiki, nie był nigdy formalnie wychowawcą - był nim bardziej od niejednego profesora pedagogiki! Bo nie uzurpował sobie nigdy prawa do posiadania jedynej słusznej prawdy, nie domagał się, aby inni ją bezwzględnie przyjęli. Szanował prawo każdego do znajdowania własnej drogi dochodzenia do tejże prawdy, a swych współpracowników traktował zawsze jako równorzędnych partnerów. Był, posługując się terminologią profesora Aleksandra Kamińskiego, redaktorem - wychowawcą, wspierającym, zachęcającym, wzmacniającym drugiego człowieka.. Włodzisław Kuzitowicz |