Strona Główna > Publikacje > O doktorantach słów więcej niż kilka
Na początku kwietnia prezydent podpisał nowelizacje ustaw: Prawo o szkolnictwie wyższym i ustawy o stopniach i tytule naukowym oraz o stopniach i tytule w zakresie sztuki, przewidujące reformę w systemie nauczania, zmianę finansowania uczelni oraz uproszczenie kariery naukowej na uczelniach wyższych. Jak znaczące są to zmiany świadczyć może fakt, iż jeszcze na etapie prac nad projektem nowelizacji wspomnianych ustaw, w kręgach akademickich - studenckich i kadry profesorskiej - doszło do podziału na ich zwolenników i przeciwników. Niektóre z tych zmian zastępują dotychczasowe przepisy w taki sposób, że mogą one być odbierane w określonych środowiskach jako zagrożenie i ograniczenie rozwoju oraz możliwości młodych naukowców i studentów. Dlatego też już na etapie prac nad nową ustawą posłyszeć można było wiele słów krytycznych pod jej adresem. Natomiast inni dostrzegli w tym szansę na uzyskanie dla siebie nowych, korzystniejszych zapisów, a przynajmniej szansę na zwrócenie uwagi środowiska i opinii na pewne kwestie. Mam tu na myśli przede wszystkim doktorantów, którzy przy okazji prac nad ustawą oczekiwali podniesienia wysokości stypendiów do kwoty gwarantującej im egzystencję, bez konieczności podejmowania dodatkowego zatrudniania się poza uczelnią. Z tą nadzieją doktoranci zrzeszeni w „Collegium Invisibile" wysłali list do minister nauki i szkolnictwa wyższego prof. Barbary Kudryckiej, w którym to przekonują, że zwiększenie stypendiów pozwoli doktorantom całkowicie poświęcić się pracy naukowej, co może znacząco wpłynąć na jakość kadry naukowej w przyszłości. Zdarzenie to zapoczątkowało proces publikacji artykułów, które nie zawsze skłonne były przyznać rację studentom. Wszystkie te komentarze dotyczyły sytuacji doktorantów i ich statusu, czy raczej roli, którą mają do odegrania dla rozwoju nauki. No właśnie - jaką? Niby doktoranci nie są zwykłymi studentami, ale naukowcami też jeszcze nie. Wiele osób gotowych jest zgodzić się z założeniem, jakoby to ukończenie dysertacji w pełni kształtowało warsztat - odtąd już - naukowca. Trudno nie przyznać temu racji. Sam jednak mam problem z jednoznaczną oceną tego stanu, bo faktem jest, że doktoranci pracujący na uczelni i/lub publikujący swe prace i/lub przeprowadzający badania, spełniają niejako warunki do tego, by uznać ich za naukowców. Z drugiej zaś strony brak im stopnia naukowego, który pozwalałby im na określanie siebie jako naukowców, bez zarzutu z jakiejkolwiek strony o nadużywanie tego miana. Sytuację doktorantów można porównać do innych zawodów, w których wymaga się ukończenia konkretnej szkoły, uzyskania certyfikatu, zezwolenia, koncesji, by posiadać prawa do tytułu i wykonywania zawodu. Czy na przykład lekarzem można nazwać osobę studiującą medycynę? Czy pedagogiem, politologiem, socjologiem jest osoba studiująca pedagogię, politologię, socjologię? Przykładów można mnożyć, ale w rzeczywistości jest tak, że aby zostać zaliczonym do grona konkretnej grupy należy uzyskać wymagane uprawnienia. W przypadku doktorantów byłoby to właśnie ukończenie dysertacji, bo - jak zapewne wiadomo - wielu doktorantów z różnych przyczyn nie kończy doktoratu. Zastanawiam się czy przynajmniej dla części z nich przyczyną nie jest kwestia próżni, w której pozostają: nie student - nie naukowiec... Niemniej jednak dla innej części osób należących to tej grupy powodem rezygnacji są koszty odbywania studiów doktoranckich i niskie stypendia. Może zatem należałoby zmienić status doktoranta, wprowadzić nową jego definicję? Ale to pociągałoby za sobą wiele zmian, zarówno w polskim, jak i europejskim prawie o szkołach wyższych. Pośród wielu artykułów dotyczących obecnej sytuacji doktorantów znalazłem tekst doświadczonego naukowca, prof. Jana Hartmana, który dostarcza jednoznacznej odpowiedzi na postulaty wysuwane przez doktorantów domagających się zwiększenia wysokości stypendium. Tekst profesora wydał mi się nie tyle protekcjonalny (takiego słowa używa profesor), co ironiczny, ale zwiera wiele prawdziwych sformułowań. Jednym z nich jest to, że doktoranci od co najmniej kilkunastu lat narzekali na swój los i niskie stypendia. Fakt - bowiem i ja pamiętam, że praktycznie co roku podnoszona jest kwestia niskich stypendiów, że to kwota nie wystarczająca na utrzymanie się i kupno ewentualnych pomocy naukowych. Drugim z kolei spostrzeżeniem prof. Hartmana jest to, że oczekiwania ze strony doktorantów, by być traktowanymi jak pracownik naukowy mogą wydawać się rzeczywiście nieco „za ambitne". Ale czy są one egoistyczne lub nieskromne to nie wiem. W każdym razie, dużo jest różnych grup próbujących wywalczyć lepsze warunki dla siebie. Dlatego nie powinno nikogo dziwić, że doktoranci aspirujący do bycia naukowcami, a niekiedy już wykonujący pracę naukową, pragną zmienić istniejący stan rzeczy, stając się tym samym de facto grupą nacisku, grupą lobbującą. W opozycji do stanowiska profesora znajdują się rzeczeni członkowie stowarzyszenia naukowego „Collegium Invisibile", Adam Gendźwiłł i Adam Izdebski. Obaj panowie przypominają, że „studia doktoranckie to kluczowy etap formacji przyszłych naukowców". Dowodzą również, że używanie przez doktorantów w stosunku do siebie określenia „młodych naukowców" nie musi być dowodem na wygórowane mniemanie o sobie. Oba te zagadnienia zawierają ten sam wyraz - naukowiec, choć w różnym czasie. W pierwszym mowa jest o doktorancie jako przyszłym naukowcu, w drugim natomiast o jego obecnym statusie. I ten status jest tu przedmiotem dyskusji. Jak już wiadomo, konsekwencją procesu bolońskiego jest to, że uczestnicy studiów doktoranckich nie są ani studentami, ani pracownikami naukowymi. Proces boloński łączy dwie tradycje organizacji tych studiów: kontynentalną i anglosaską. Zauważyć należy przy tym to, iż w tradycji kontynentalnej doktorant jest naukowcem, a studia mają przygotować go do pracy na uczelni. Wydaje się, że członkowie „Collegium Invisibile" takiej definicji byliby skłonni się przychylić i ją wskrzesić. Wychodzę z założenia, że nic nie jest dane raz na zawsze, że wszystko się zmienia. Żadne zjawiska, procesy, rzeczy nie są takie jak na początku, co więcej, wiele z nich zmieniło się znacznie w stosunku do początkowej swej postaci. W historii nie brak przykładów takich zmian, a każdy z nas jest w stanie podać po kilka. Wspomnę chociażby drogę od feudalizmu i monarchii do demokracji, od geocentryzmu do heliocentryzmu, od silnego patriarchatu do równouprawnienia, itd. Pozostając w obszarze edukacji, wystarczy przypomnieć, że w swoim czasie kobiety miały zakaz studiowania, że miały ograniczone możliwości rozwoju naukowego, studenci medycyny musieli sami pozyskać „obiekty" do nauki anatomii człowieka, a część studentów w czasach nam odległych utrzymywała się z żebractwa, kradzieży i oszustw, bo innej możliwości nie miała. Ktoś może powiedzieć, że powoływanie się na powyższe przykłady niczemu nie służy, a one same są zbyt archaiczne, by były dowodem w jakiejkolwiek sprawie. Otóż nie, gdyż wszystkie one razem i każdy z osobna są dowodami na progresywność rzeczywistości, na jej zmienność, na wygraną walkę o swoje przekonania, na zmianę światopoglądu konkretnego środowiska społecznego czy postrzegania całego społeczeństwa. Na wszystko to potrzeba jednak czasu, którego nikt nie jest w stanie obliczyć ani przewidzieć, nawet „szkiełko i oko mędrca". Dlatego też wierzę, że doktoranci osiągną kiedyś swój cel, ale krocząc ku niemu muszą wykorzystywać odpowiednie środki i robić to nieprzerwanie, konsekwentnie. Bo czy to nie o to chodzi i nie tego wymaga się od doktorantów, by nie pozostawali w marazmie, lecz by wykazywali się inicjatywą? mgr Marcin Bąba Autor jest magistrem socjologii, absolwentem Wydziału Zamiejscowego Nauk o Społeczeństwie KUL w Stalowej Woli. Pracował w instytucjach realizujących zadania z zakresu polityki socjalnej. Obecnie jest doktorantem w Katedrze Socjologii Prawa i Praw Człowieka na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. |