Strona Główna > Felieton > O edukacji z wakacyjnym dystansem
Wyjechali na wakacje wszyscy nasi podopieczni.... No, może nie wszyscy. Szkoły opustoszały, nauczyciele odpoczywają, dyrektorzy jeszcze trochę zajęci - a to rekrutacją, a to remontem, a to porządkowaniem papierów. I tylko w „Centrali" praca wre. W Centralnej Komisji Egzaminacyjnej nowy-stary dyrektor Mirosław Sawicki sprząta po jej byłych dyrektorach: Marku Legutce i Marii Magdziarz, w MEN wiceminister Zbigniew Marciniak spotyka się z dziennikarzami w sprawie listy lektur w nowej podstawie programowej, a w Sejmie pierwsze czytanie projektu ustawy o zmianie ustawy o systemie oświaty... A po Polsce poszła plotka, że minister Katarzyna Hall jest już tylko do końca wakacji... Może to właśnie dobra pora na to, aby felietonista napisał o czymś, co nie miałoby szans na skupienie zainteresowania P. T. Czytelników w miesiącach pełnych mniej czy bardziej sensacyjnych wydarzeń, jakie przynosił zakończony rok szkolny. Tym tematem jest spokojna refleksja o tym, co tak naprawdę powinna robić szkoła. Niby to oczywiste, że przede wszystkim ma nauczać. Ale... Podczas lektury niedawno opublikowanego „Raportu o kapitale intelektualnym" natrafiłem na godną uwagi myśl Alberta Einsteina: „Nigdy niczego nie nauczyłem moich studentów. Tworzę im jedynie warunki, w których mogą się uczyć". Ta prosta i oczywista prawda w niewielkim jeszcze stopniu towarzyszy naszym nauczycielom. W znakomitej większości funkcjonują oni jak sprzedawcy w klasycznym sklepie, którzy istotę swej pracy postrzegali w podawaniu klientom towarów leżących na półkach, odgrodzonych od kupujących ladą sklepową. Handlowcy już dawno odkryli, że lepiej jest jednak, gdy klient ma pełny dostęp do regałów, sam sobie towar wybiera, a zadaniem pracowników takiego samoobsługowego „marketu" jest umiejętnie wyeksponowanie tych z niezliczonej ilości towarów, na sprzedaży których im najbardziej zależy. I jeszcze jedna refleksja o funkcji szkoły. Mówił o tym, trochę w prowokacyjnie prześmiewczy sposób, marszałek Komorowski na konferencji zwołanej przez MEN dla pochwalenia się operacją „Konsultacje społeczne reformy". Zacytował on tam, przewrotnie, starą sentencję Seneki, aby zwrócić uwagę na to co faktycznie dzieje się w polskiej szkole: „"Nie dla życia, ale dla szkoły uczymy..." - powiedział. A wszyscy prawdziwi humaniści (zwłaszcza ci znający łacinę) wiedzą, że w oryginale myśl ta została przez sławnego Rzymianina sformułowana inaczej: „Non scholae sed vitae discimus." Oto dylemat. Co powinno być ostatecznym celem procesu rozwoju młodego człowieka podczas jego pobytu w szkole: przygotowanie do życia - społecznego, zawodowego, a także uzyskiwanie swoistego dobrostanu, będącego wynikiem udanego życia osobistego - czy ... skuteczne zaliczanie kolejnego testu, zdawanie kolejnych egzaminów, tylko po to, aby dzięki temu dostać się do kolejnej, na wyższym szczeblu systemu edukacyjnego, szkoły! Może podczas wakacyjnej przerwy, uzyskawszy do sprawy niezbędny dystans, odpowiemy sobie na te, i im podobne, pryncypialne pytania. Włodzisław Kuzitowicz |