Strona Główna > Felieton > O krótkiej pamięci współczesnych Katonów
Coraz więcej odporności psychicznej wymaga śledzenie naszych mediów, przekazujących nie tylko informacje o tym co się wydarzyło, ale przede wszystkim upowszechniających „kto, o kim, co powiedział". Od miesięcy taką „manną z nieba" dla publicystów, komentatorów i blogerów jest oczywiście katastrofa smoleńska i poszukiwanie winnych jej spowodowania. Po „Ruskich", którzy spowodowali sztuczną mgłę nad lotniskiem, a następnie świadomie źle naprowadzali „prezydencki" samolot, mamy kolejnego jej sprawcę. To minister obrony narodowej Bogdan Klich. Zdaniem obrońców pamięci poległych w tym zamachu, winny jest on właśnie. Bo to on odpowiada za to, że od lat w 36 Specjalnym Pułku Lotnictwa Transportowego źle się działo i że doprowadził nie tylko do katastrofy z 10 kwietnia, ale także tej pod Mirosławcem - ze stycznia 2008 roku - gdzie wojskowa Casa rozbiła się z 20 wysokimi dowódcami lotnictwa i członkami załogi na pokładzie. Najgłośniej oskarża aktualnego ministra o odpowiedzialność za nią lider opozycji, który...był w okresie poprzedzającym katastrofę z 2008 roku premierem i którego minister obrony kierował tym resortem jeszcze na trzy miesiące przed ową tragedią. Tylko, że gdy minister Klich chciał odwołać po tej katastrofie odpowiedzialnego za lotnictwo generała, nie mógł tego uczynić, gdyż natrafił na opór swego poprzednika (pod którego kuratelą ów dowódca błyskotliwie awansował!), a który w tym czasie szefował już Biuru Bezpieczeństwa Narodowego - podległemu ówczesnemu Prezydentowi RP - prywatnie bratu dzisiejszego „bojownika o prawo i sprawiedliwość". I tak oto przedziwna struktura dwuwładzy w kierowania armią (minister odpowiada, prezydent mianuje i odwołuje) prowadzi do takiego zagmatwania kompetencji i odpowiedzialności, że zwykły śmiertelnik łatwo w tym się gubi. I nietrudno mu wtedy „sprzedać" historyjkę w której zawsze winni są „oni"! A jedyny sprawiedliwy może, wzorem Katona Starszego, powtarzać na wszystkich konferencjach prasowych, jak mantrę: „A poza tym winny jest rząd i należy odwołać ministra!" Niestety, takich Katonów możemy spotkać nie tylko w wielkiej polityce. Niedawno na pewnym blogu, pisanym przez byłego rektora pewnej prywatnej szkoły wyższej, można było przeczytać, jak to jego autor bierze w obronę biednych studentów „robionych w bambuko" przez niedobre, oczywiście prywatne, szkoły wyższe. A pretekstem do tego, nie pierwszego już w wykonaniu owego blogera ataku, był los absolwentki jednej z prywatnych szkół wyższych, która zwróciła się do niego z zapytaniem, dlaczego dyrektorka szkoły nie chce jej zatrudnić, skoro ona ukończyła studia na kierunku pedagogika resocjalizacyjna. I dalej znajdujemy wywód, z którego wynika, że powodem nie uznania wykształcenia owej absolwentki za dające uprawnienia pedagogiczne jest zbyt mała liczba godzin odbytych studenckich praktyk pedagogicznych. To daje owemu kolejnemu wcieleniu Katona prawo do wygłoszenia sądów o tym, że „prywatne szkolnictwo w naszym kraju nie jest zainteresowane tym, żeby kandydatów na studia wprowadzać w tajniki kształcenia i uzyskiwanych dzięki niemu kwalifikacji, bo najważniejsze jest to, by przede wszystkich kandydat zapisał się na studia, regularnie za nie płacił i złożył wszystkie egzaminy." Przykro to czytać, trudno wzbudzić w sobie syntonię z owym uczuciem oburzenia. Pomijając półprawdy, którymi autor tych słów uzasadnia tezę o przewrotnej pazerności organizatorów owych (prywatnych wszak) studiów, to nie oni przecież są sprawcami całego zamieszania. To brak kompatybilności między wymogami resortu edukacji a standardami kształcenia, ustalonymi przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego spowodował tę sytuację. Nie jest też prawdą, że studenci nie wiedzieli, iż podejmują studia na kierunku, który nie przygotowuje do pracy w szkole. Bo wystarczyło tylko „ze zrozumieniem" przeczytać ogólnie dostępną informację, w której podaje się zazwyczaj „profil absolwenta", wzbogacony wykazem instytucji, do pracy w których studia na tym kierunku i specjalności przygotowują. A tak w ogóle, to nie od organizatorów niepaństwowych szkół wyższych zależy program studiów, w tym także wymiar praktyk studenckich, a od ich rektorów. I tak się składa, że gdy owa skarżąca się absolwentka rozpoczynała swe studia na resocjalizacji, rektorem w pewnej wyższej szkole dla pedagogów był ów bloger. I to on miał wtedy wszelkie możliwości dokonania zmian, aby studenci tej szkoły nie byli robieni w bambuko. Ale to nie przeszkadza mu przy każdej okazji, jak jego rzymskiemu pierwowzorowi - Katonowi Starszemu - przy każdej okazji głosić: "A poza tym sądzę, że Kartaginę należy zniszczyć"! W tym przypadku - w jego przekonaniu - należy zniszczyć pazernych organizatorów prywatnych szkół wyższych. Włodzisław Kuzitowicz |