Strona Główna > Felieton > O patriotycznym wychowaniu wakacyjnym
Wakacje przekroczyły półmetek. Jest sierpień - miesiąc, w którym Polacy obchodzą, znaczące w naszej najnowszej historii, rocznice Z kalendarza roku szkolnego wynika, że obchody te znajdowały się zawsze poza możliwościami włączania tych dat do szkolnego kalendarza akademii okolicznościowych. Dwie z nich, szczególnie niewygodne dla władz PRL-u - wybuchu Powstania Warszawskiego i Bitwy Warszawskiej 1920 roku - ku zadowoleniu ówczesnych ministrów oświaty, można było dzięki temu z całym spokojem pomijać . Ale nie oznaczało to, że uczniowie w tamtych czasach wzrastali w niewiedzy o chłopcach od „Parasola" czy „cudzie nad Wisłą". Działo się tak dlatego, że szkoła wcale nie jest najważniejszym środowiskiem przekazu pamięci historycznej i mitologii narodowej. Gdy w Warszawie padały pierwsze strzały, ja miałem niecałe 4 miesiące. Urodziłem się na przedmieściach Litzmannstadt [ówczesna nazwa Łodzi] i nikt z moich najbliższych nie był powstańcem. A jednak, pomimo tego, że jednym z najdawniejszych moich wspomnień z pierwszej klasy jest gazetka ścienna z okazji 34 rocznicy rewolucji, zwanej październikową, że w elementarzu miałem czytankę zatytułowaną „Soso" (o dzieciństwie Stalina!) - od najmłodszych lat, a zwłaszcza po 56 roku, zdobywałem wiedzę o Powstaniu. Bo przeczytałem „Przemarsz przez piekło", bo w reaktywowanym po łódzkim zjeździe harcerstwie uczyłem się śpiewać „Pałacyk Michla" czy „Marsz Mokotowa". Ale też dlatego, że w 1957 roku, podczas pogrzebu dalekiej krewnej mojej mamy przeczytałem na tabliczce: „Sanitariuszka AK, dwukrotnie odznaczona Krzyżem Walecznych". A po latach, gdy już byłem komendantem obozów harcerskich, zawsze organizowałem ogniska i uroczyste apele, poświęcone Powstaniu Warszawskiemu. A działo się to w latach 60-ych i 70-ych, w hufcu, w którym działały drużyny i szczepy imienia Alka Dawidowskiego, „Zośki", „Szarych Szeregów". Hufiec ten przyjął w 1972 roku imię Powstańczej Poczty Harcerskiej"! Jeszcze inną ilustracją tezy o wielkiej roli nieformalnej transmisji pamięci historycznej jest pewien sierpniowy dzień w 1962 roku. Jako że podjąłem się w tym miesiącu podlewania kwiatków w szkolnej pracowni biologicznej, po wypełnieniu tego obowiązku, siedziałem właśnie przy mikroskopie. Nagle otworzyły się drzwi i do pracowni wkroczył mój nauczyciel biologii - pan profesor Jotko! Ubrany w garnitur, białą koszulę, pod krawatem. A dzień był powszedni... „Co Pan Profesor dzisiaj taki elegancki?" - wyrwało mi się pytanie. W odpowiedzi usłyszałem, wypowiedziane z charakterystycznym, wileńskim „cieniutkim przyspiewem": „No, dziecinko, wy to dzisiaj nic nie wiecie! A dzisiaj jest rocznica <cudu nad Wisło>!" Usiadł - i przez dwie godziny słuchałem, jak to on, student Uniwersytetu S. Batorego we Wilnie, jako ochotnik, uczestniczył w wojnie polsko-bolszewickiej. I ten niezwykły epizod: „A wiesz, że Francuzy przysłali wtedy swojo misje wojskowo. I był tam taki młody, wysoki i chudy porucznik... I sowieci konia pod nim ubili. I ja mu dał swojego! A wiesz kto to był? To był późniejszy generał De Gaul!" Dlatego nie ma się czym przejmować. Młodzi Polacy będą znali historię i tradycje swojej ojczyzny bez względu na to, jakie podręczniki do historii dopuści do użytku szkolnego ten, czy inny minister. Pod warunkiem, że będą o tym rozmawiali z tymi, którzy są dla nich autorytetami, którzy są ich „osobami znaczącymi"! Włodzisław Kuzitowicz |