Strona Główna > Felieton > Olimpiada
Z przeciętnie bystrej osoby nie zrobi się Einsteina. Niektóre szkoły mają tych Einsteinów natłok. I właśnie te szkoły mają dobrą „renomę" Konkurs dla ucznia jest tym, czym promocja dla kupującego. Przychodzimy do szkoły jak do sklepu i staramy się za pomocą posiadanych środków zakupić jak najwięcej jak najlepszego towaru. Czym jest promocja? Wyjątkową (w naszym mniemaniu) na rynku sytuacją, gdy możemy coś wygrać. Jest to zwykle coś cennego, za co zapłacimy mniej niż w normalnych warunkach. Każdy z kupujących, bez względu na zasób portfela, ma takie same szanse wygrania nagrody. Czyżby? Tylko pozornie. Od szkoły podstawowej, poprzez gimnazjum i liceum, każdy z nas spotkał się z wieloma konkursami. Zupełnie inny wymiar miały one, gdy mieliśmy 8 lat i walczyliśmy o przysłowiową pietruszkę, innego znaczenia nabierają w liceum. Najbardziej popularnymi konkursami w liceum są olimpiady przedmiotowe. Umożliwiają one zwolnienie z matury (wyjątkowo cenna nagroda). Nie tylko one są jednak przewidziane w grafiku „atrakcji" dla licealistów. Przynoszą przecież zbyt mało profitów. I nie jest to wcale troska o ucznia. W ubiegłym lub w tym roku miałam okazję brać udział w wielu ciekawych konkursach, jak np. ogólnie znanym i cenionym poczciwym Kangurze (oczywiście - matematycznym!), Olimpiadzie Wiedzy o Regionie i Przedsiębiorczości, Wielkiej Lekcji Geografii, konkursie „Województwo w sercu Polski", Dyktandzie Ekologicznym i wielu jeszcze innych.. Uczniowie województwa, jak i całego kraju, mają do wyboru cały wachlarz konkursów turystycznych, biologicznych, fizycznych, chemicznych, recytatorskich, społecznych i t.p. Niektóre z nich mają bogatą oprawę medialną, która przyćmiewa wiedzę uczestników. Ważna jest ilość sponsorów, patroni medialni i cała ta otoczka, która sprawia, że konkurs jest GŁOŚNY. Niekoniecznie prestiżowy. Naprawdę trudno jest wygrać w jakimkolwiek konkursie. Najczęściej materiał zawarty w literaturze jest albo bardzo rozległy i przez to trudny do opanowania, albo specyficzny, więc do literatury trudno dotrzeć. W razie porażki otrzymasz klepnięcie w plecy i formułkę: „za rok będzie lepiej". Wszak sukces ma wielu ojców, a porażka to zwykle sierota. Jeśli Ci się powiedzie - do Twojej szkoły przyjdzie pismo z zawiadomieniem, że przeszłaś/przeszedłeś dalej. Dlaczego do szkoły? Jaki wkład ma szkoła w przygotowanie ucznia do takiej olimpiady czy konkursu? Są nauczyciele, którzy starają się pomóc - dostarczają materiały: książki, broszury, wynajdują strony internetowe, wszystko, by uczestnikowi było łatwiej. Jednak wciąż w szkołach polskich przeważa tradycyjna wizja olimpijczyka: uczeń zanurzony po uszy w książkach, przesiadujący w bibliotekach, pytający czasem tylko nauczyciela o radę. Tymczasem, by wykształcić olimpijczyka, potrzebne jest ogromne zaangażowanie: dodatkowe lekcje, ciekawe wykłady, uczestnictwo w różnych zajęciach pozaszkolnych. To utopia. Jeśli nie nauczysz się sam/a - niczego w „promocji" nie wygrasz. Ponoć istnieją szkoły, w których kształci się olimpijczyków. Ale to nie tak. To bardzo złudny obraz. To genialni uczniowie, fascynaci, przybywają do określonych szkół, przyciągnięci przez innych miłośników ich kochanych przedmiotów. Z przeciętnie bystrej osoby nie zrobi się Einsteina. Niektóre szkoły po prostu mają tych Einsteinów natłok. Te szkoły właśnie mają dobrą „renomę". Ci fantastyczni - i tak będą w nich fantastyczni, a ci przeciętni będą z wywieszonym językiem „gonić poziom", ścigać się w nierównej walce, wmawiając sobie, że oni - pomimo, niejednokrotnie mniejszych, a czasem zwyczajnie niepielęgnowanych zdolności, również mogą wygrać w tej superpromocji. Zwycięstwo ucznia w konkursie to w 98 przypadkach na 100 tylko i wyłącznie jego zasługa. Nauczyciel służył mu jedynie swą motywacją, lecz to na jego ręce powędrują gratulacje. Uczestnicy stają się powoli kukiełkami. Istotniejsza jest kamera, która je nagrywa, ręka, która ściska im dłoń po przedstawieniu. A to, że sznurki sami muszą trzymać w swych lalkowych rękach, nikogo nie obchodzi. Uśmiechnij się do kamery - wygrałeś kolorową reklamówkę a w niej plastikowy długopis i podkładkę pod mysz komputerową. Dostałeś smycz, na której możesz powiesić klucz do wiedzy, którą sam zdobyłeś i kolorowe karteczki, dzięki którym zanotujesz to, czego jeszcze nie wiesz. Bo wiesz, że nie wiesz. Twój uśmiech jest cenny i trafi do gazety. Obok uśmiech tego, który ściskał Ci dłoń i tego, który ufundował długopis. Twój nauczyciel zyska nowy szacunek - głowa podniesie mu się wyżej. Ty nie będziesz musiał pisać matury i niech Ci to wystarczy. Może lepiej nie zastanawiać się, komu bardziej opłaciła się „promocja". Agnieszka Śpionek - tegoroczna maturzystka |