Strona Główna > Publikacje > Pasja Joasi
C. Northcote Parkinson w swoim „Prawie Parkinsona" pisał: Im więcej czasu mamy na wykonanie jakiejś pracy, tym więcej czasu nam ona zabiera. Słowa te sprawdziły się w moim przypadku, podczas przygotowywania tego tekstu. Miałem na to cały lipiec i sierpień oraz początek września. W chwili gdy piszę te słowa, jest już druga połowa września, czyli, jakby nie było, kilka dni po terminie... Jeszcze niecały tydzień i rozpocznie się kolejny rok akademicki. To, że tak późno wziąłem się za pisanie, nie wynika jednak z mojego lenistwa. W dalszej części artykułu spróbuję to wyjaśnić i usprawiedliwić się, przynajmniej po części. Początkowo plan był taki, by bohaterami III części „Niezwykłych pasji niepełnosprawnych" byli studenci kształcący się w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Łodzi. Jak wiecie - pisałem już o tym w poprzednich publikacjach - WSP jest miejscem, w którym kształci się wielu studentów posiadających różne dysfunkcje. Podczas wakacji chciałem nawiązać kontakt z tymi osobami, a przynajmniej z ich częścią, a później napisać artykuł o ich pasjach i marzeniach. Niestety, nie udało mi się to. Letnie wakacje dla studenta to okres przerwy od nauki, czas odpoczynku, regeneracji siły, nabierania energii i witalności, potrzebnych, aby kolejny rok akademicki rozpocząć z nowymi chęciami do pracy. Podczas tych trzech miesięcy ciężko jest nawiązać ze studentami jakikolwiek kontakt, nawet mając ich adresy e-mail i numery telefonów. Na listy elektroniczne można mogą nie odpisywać, a telefonu po prostu nie odbierać. Piszę to, aby się wytłumaczyć - chociaż trochę. Ale, z drugiej strony, w życiu nauczyłem się jednej, bardzo ważnej rzeczy: za swoje sukcesy i zwycięstwa, ale także za porażki i niepowodzenia, odpowiedzialny jestem przede wszystkim ja sam. Tak więc: przyznaję, że za słabo się starałem. Z przedstawionych powyżej powodów bohater III części „Niezwykłych pasji..." jest jeden, a nie kilkoro, jak to wcześniej zakładałem. Nie jest to student, ale już absolwent łódzkiej WSP. O Asi - bo tak ma na imię ten bohater, a właściwie bohaterka - trudno też dziś powiedzieć, że jest niepełnosprawna. Nie będę opowiadał wyłącznie o marzeniach i pasjach tej niezwykłej osoby. Spróbuję opowiedzieć najpierw o jej życiu. O niełatwej drodze, którą przeszła, aby znaleźć się w miejscu, w którym jest teraz. Będzie to opowieść o sile charakteru, mocy woli i wielkim sercu, które kryje się w tym niedużym, na pozór słabym, ciele. Dziś Asia ma 25 lat. Jest piękną, zgrabną blondynką o niebieskich oczach i zabójczo ładnym uśmiechu. To nie przesada. Może warto podkreślić, że Joasię już w szkole wszyscy - nauczyciele i koledzy - nazywali Słoneczkiem. Właśnie dla tego uśmiechu... Wydawać może się to trochę dziwne, że właśnie z nią udało mi się złapać latem kontakt - wszakże mieszka od pewnego czasu w Rumii, miejscowości położonej niedaleko Gdyni. Ale w dalszej części tekstu i ta kwestia się wyjaśni. Właśnie w tamtych stronach, sześć lat temu, podczas letnich wakacji, na piaszczystej, gorącej plaży Joasia poznała Roberta - swoją dzisiejszą Miłość. On, jak później mi się przyznał, zakochał się we mnie w pierwszej chwili, kiedy mnie tylko zobaczył. Ja początkowo nie poczułam do niego nic. Ale potem zaczął mnie czarować. I tak mnie czarował, czarował, aż polubiłam go na „maksa", a później pokochałam. Trwa to do dziś. Choć prawdziwą parą jesteśmy zaledwie od dwóch lat - zwierza się moja bohaterka. Asia urodziła się w Zduńskiej Woli. Do siódmego roku życia rozwijała się prawidłowo. Była radosną, uśmiechniętą dziewczynką, ciekawą świata i ludzi - jak każde zdrowe dziecko w tym wieku. Był czas letnich wakacji. Skończyła właśnie zerówkę, od września miała rozpocząć edukację w pierwszej klasie szkoły podstawowej. Tak bardzo cieszyła się na tę myśl, nie mogąc doczekać się, kiedy to wreszcie nastąpi. Jednak w tamto pamiętne lato stało się coś, co zmieniło kompletnie życie tej dziewczynki, przewracając je do góry nogami. Oto jak wspomina tamten okres Joasia : Pamiętam, że najpierw poczułam silny ból nóg. Postanowiłam się położyć. Minęło kilka minut, chciałam iść do WC, ale nie mogłam się podnieść. Wystraszyłam się. Zaczęłam krzyczeć. Wołałam: „Mamusiu, pomóż mi! Chcę do WC, ale nie mogę się ruszyć!". Dziewczynka trafiła do szpitala w Zduńskiej Woli. Na miejscu nie było jednak żadnego specjalisty, który byłby w stanie udzielić fachowej pomocy. Takiego zdechlaka nie chcieli przyjąć - komentuje Asia. Nie pamiętam, co tam się działo. Byłam nieprzytomna. Z relacji mamy wiem, że tylko mały krok dzielił mnie od śmierci. Lekarze ponoć kilka razy ratowali mi życie. Dziewczynce przestały pracować nerki. Potem po kolei przestawały pracować kolejne organy. Te wielkie spustoszenia spowodowała choroba zwana mioglobinurią samoistną. Joasia jeszcze tego samego dnia została przewieziona do szpitala do Łodzi. Wtedy nasza bohaterka po raz pierwszy wykazała się niebywałą siłą, choć sama mówi, iż to, że przeżyła, to zasługa przede wszystkim Siły Wyższej. To było niezwykłe szczęście i cud, że przeżyłam. Życie uratowała mi maszyna, której nazwy nie pamiętam. No i Bozia - jak zdrobniale określa Matkę Boską - do której modlę się każdego dnia, dziękując za to, co dla mnie zrobiła. Asia przeleżała w szpitalu ponad pół roku. Do domu wypisana została zimą, kiedy brudne ulice przykrywał szary, także brudny, śnieg. Jednak to nie był koniec kłopotów i nieszczęść, jakie Ją wtedy spotkały. Raczej początek nowego życia. Nie miała jeszcze ośmiu lat, a już pożegnała beztroskie czasy dzieciństwa, rozpoczynając swoje zmagania i ciężką walkę o normalność. „W szpitalu leżałam tak długo, że mój mózg zapomniał, jak się chodzi. Musiałam się uczyć tej pozornie prostej czynności od nowa. Do dziś została mi pamiątka w postaci niedowładu kończyn dolnych." Problemy z nogami były poważne, ale nie jedyne. Silne antybiotyki, którymi leczono dziewczynkę, spowodowały, że Asia przestała słyszeć. Czas po wyjściu ze szpitala, szczególnie pierwsze miesiące, były dla niej wyjątkowo trudne. Asia musiała uczyć się życia od nowa. Niejedna dorosła osoba poddałaby się w takiej sytuacji, odpuściła sobie lub kompletnie się załamała. Ale ta ośmioletnia dziewczynka nie dała za wygraną i postanowiła walczyć ze swoimi dysfunkcjami. Włożyła mnóstwo pracy, czasu i energii w ćwiczenia i rehabilitację, by znów stanąć na własnych nogach, a potem nauczyć się chodzenia. Uczęszczała na zajęcia do logopedy. Uczyła się czytać z ruchu warg, by móc porozumiewać się z innymi. Miała nadzieję, że znów zacznie słyszeć, próbowała różnych aparatów słuchowych, lecz żaden z nich się nie sprawdził. Do Jej domu przychodziła nauczycielka oraz koleżanki z grupy przedszkolnej, by powtarzać materiał wcześniej przerobiony w zerówce. Aż wreszcie Asia znów rozpoczęła prawdziwą edukację. Ze swoim głębokim niedosłuchem poszła do szkoły masowej i spędziła tam okres od pierwszej do trzeciej klasy podstawówki. Chociaż wszyscy dookoła, na czele z samą Asią, starali się, aby się udało, aby podołała i skończyła masową szkołę - niektóre przeszkody i ograniczenia okazały się nie do przejścia. To trudne: być niesłyszącym dzieckiem z niedowładem kończyn dolnych wśród zdrowych i radosnych rówieśników. Od czwartej klasy Asia kontynuowała naukę, ale już w szkole specjalnej dla słabo słyszących, znajdującej się w Łodzi na przy ulicy Wólczańskiej. To, że mieszkała wtedy w Zduńskiej Woli, nie stanowiło żadnego problemu, ponieważ szkoła posiadała internat. W tej szkole poczułam się o wiele lepiej. Poznałam nowe środowisko - dzieci, które miały podobne dysfunkcje do mojej. Nauczyciele byli specjalnie przygotowani do pracy z niesłyszącymi. Lekcje przygotowywane specjalnie dla dzieci z niedosłuchem. Z czasem nauczyłam się migać. Potem było liceum specjalne o profilu usługowo-gospodarczym. Asia zdała egzamin dojrzałości najlepiej ze wszystkich maturzystów z jej rocznika. Jednak na tym dziewczyna nie zamierzała zakończyć swej edukacji. Postanowiła rozwijać się dalej i zdobywać kolejne szczyty, bo przecież do odważnych świat należy. Wreszcie przyszła pora na studia. Długo nad kierunkiem się nie zastanawiała. Wiedziała, że chce być pedagogiem specjalnym, a dokładniej surdopedagogiem, by pracować i przebywać z osobami niesłyszącymi. Jednak wtedy w WSP nie uruchomiono tej specjalności na studiach stacjonarnych. Alternatywą była dla Niej pedagogika opiekuńczo-wychowawcza, i to właśnie tę specjalność wybrała na studiach pierwszego stopnia. Surdopedagogikę ukończyła podyplomowo. „Droga osoby z uszkodzonym słuchem do zawodu pedagoga" - taki był temat jej pracy podyplomowej. Promotorem była prof. Dorota Podgórska-Jachnik. Asia opisała w tej pracy całe swoje dzieciństwo, historię życia, doświadczenia i drogę, którą przeszła od czasu, gdy straciła słuch, aż do dnia dzisiejszego. Podjęcie studiów było przełomowym momentem w życiu dziewczyny. Lecz przełomowym nie tylko ze względu na to, że stała się studentką i tym samym otworzyły się przed nią nowe możliwości rozwoju, szansa do zdobycia wiedzy i wykształcenia. Przełomem było przede wszystkim dlatego, że podjęła ważną decyzję dotyczącą dalszego życia. Zdecydowała się na wszczepienie implantu ślimakowego* który miał spowodować to, że Asia znów zacznie słyszeć. Najpierw namawiali mnie do tego rodzice. Ja początkowo nie chciałam się zgodzić, trochę się bałam. Może to też dlatego, że przyzwyczaiłam się, iż jestem niesłysząca. Asia wahała się, ale wreszcie zrobiła ten odważny i wielki krok, który odmienił jej życie na lepsze. To niezwykłe. Nagle zaczęłam słyszeć! Początkowo te szumy i odgłosy były trochę dziwne, momentami wręcz nieprzyjemne, drażniły mnie. Odzwyczaiłam się od słyszenia - to pewnie dlatego. Lecz powoli zaczynałam przyzwyczajać się na nowo. Musiałam włożyć w to trochę pracy i wysiłku - ćwiczyć swój słuch. Kiedy zaczęłam rozróżniać pierwsze słowa, poczułam wielką radość. Zrozumiałam, że znów słyszę! Byłam bardzo szczęśliwa! I jestem do dziś! Świat Asi zmienił się diametralnie. Choć zawsze była radosną dziewczyną, teraz jej życie stało się jeszcze piękniejsze, a wszystko dookoła nabrało żywszych kolorów i barw - trochę tak, jakby odzyskała wzrok, a nie słuch. Asia jednak nie odcięła się od życia osób niesłyszących. Wprost przeciwnie. Ta wrażliwa i dobra dziewczyna z wielkim serduchem - jak samo mówi o sobie - postanowiła wspierać niesłyszących, pomagać im, by ich życie stało się także łatwiejsze. Kto może zrozumieć to środowisko lepiej, jak nie osoba, która jeszcze niedawno do niego należała. Świetnie zna język migany, więc na początku studiów, kiedy zawodowy tłumacz był nieobecny podczas zajęć, Asia sama tłumaczyła wykłady, zdarzało się, że czasem nawet po kilka godzin dziennie - i to przez kilka dni z rzędu. Dziś byłabym pewnie niepotrzebna, ponieważ na każdych zajęciach, na których obecni są niesłyszący studenci, jest także tłumacz, który świetnie im wszystko przekazuje. Ale rolę tłumacza Asia przejmowała i przejmuje nadal także w życiu codziennym, chociażby po to, by pomóc załatwiać osobom niesłyszącym sprawy urzędowe lub tłumaczyć prywatne rozmowy. Zdarzało się jej wiele razy być tłumaczem na uroczystościach okolicznościowych. Ostatnim razem - całkiem niedawno, bo jeszcze w te wakacje - kiedy wychodziła za mąż jej niesłysząca przyjaciółka. Asia została poproszona o to, by przejęła rolę tłumacza podczas wesela (na ślubie nie - ksiądz znał język migowy) i zgodziła się bez wahania. Dostałam oficjalne podziękowanie od Pary Młodej. Obdarowali mnie cudownymi prezentami, aby wyrazić swoją wdzięczność. Mocno się wzruszyłam, płakałam jak bóbr. To było takie przyjemne wyróżnienie. Asia mówi: Dzięki temu implantowi otworzyłam się na świat i innych ludzi. Uczestniczyłam w szkoleniu „Szkoła dla Wszystkich", skierowanego dla nauczycieli z woj. łódzkiego, które zorganizowała pani dr Beata Jachimczak. Opowiadałam tam o swoim życiu oraz o życiu niesłyszącego dziecka. Chciałam wytłumaczyć innym nauczycielom, pokazać im na własnym przykładzie, kim są osoby niesłyszące. Jak dzieci, które nie słyszą, widzą świat itp. Joasia brała także aktywny udział w wielu inicjatywach wspierających osoby niepełnosprawne, przede wszystkim te z dysfunkcją słuchu. Podczas studiów odbyła trzykrotnie praktykę pedagogiczną w dwóch ośrodkach dla niesłyszących w Łodzi, prowadząc tam ciekawe zajęcia w młodszych grupach internackich - m.in. opowiadała wychowankom o sobie. Poza praktykami pracowała także w tych ośrodkach jako wolontariuszka. W ubiegłym roku Asia, jako opiekun i tłumacz, była na pięciodniowym obozie w Załęczu Wielkim dla młodzieży niesłyszącej. Były to tak zwane warsztaty umiejętności życiowych. Pomoc osobom niesłyszącym i praca z nimi to największa życiowa pasja Joasi. Ale prócz niej ma ona także sporo czasu dla siebie. Niedawno, już jako studentka, trenowała boks (!) oraz tenis ziemny - ulubiony sport Jej chłopaka - Roberta. Pamiętam, że trener przychodził na kort w takiej śmiesznej czapce. Wyglądał w niej zupełnie tak samo jak główni bohaterowie bajki „Sąsiedzi". Ale co było najśmieszniejsze: miał ją cały czas na głowie podczas trwania zajęć. A propos boksu spytałem Joasię, jaki jest Jej najlepszy cios. Odpowiedziała: Mój najlepszy cios w życiu to ten, w którym powaliłam na ziemię złodzieja kradnącego torebkę staruszce. Potem wykręciłam mu ręce i przycisnęłam do gleby, żeby nie uciekł. Za chwilę podbiegł jakiś pan, który już zajął się nim dalej. Joasia przed wakacjami obroniła w Wyższej Szkole Pedagogicznej pracę magisterską zatytułowaną „Działalność Ośrodka Szkolno-Wychowawczego nr 2 w Wejherowie" napisaną pod kierunkiem dr Teresy Wejner. W wakacje przeprowadziła się do Rumii23, gdzie mieszka ze swoim chłopakiem, Robertem. Jest w trakcie szukania pracy. Wysłała CV do kilku przedszkoli specjalnych, odbyła kilka rozmów kwalifikacyjnych. Zanosi się na to, że będzie musiała wybierać wśród kilku ofert. Ośrodki dla niesłyszących, jak i inne ośrodki dla niepełnosprawnych, na pewno potrzebują takich specjalistów jak Asia - ludzi, którzy byli lub są niepełnosprawni, i znają ten z własnego doświadczenia. Bo kto jest w stanie lepiej zrozumieć osoby niepełnosprawne, jak nie one same? Asia ma mnóstwo marzeń. Swoją przyszłość wiąże przede wszystkim z pracą i działalnością na rzecz osób niesłyszących. Chciałabym uczyć młodych pedagogów pracy z niesłyszącymi dziećmi. Wiem, jak to jest być takim dzieckiem, bo sama nim byłam, więc łatwo domyślam się, co one czują, jak widzą świat, jakie mają problemy, które przynosi im życie i codzienność. Sama także chciałabym pracować z takimi dziećmi. Myślę, że świetnie je rozumiem. Poza tym chcę mieć dobrego, wspaniałego męża, z którym zbuduję ciepłą rodzinę. Zdać egzamin na prawo jazdy i kupić sobie najnowszego Volkswagena Golfa. No i, oczywiście, zdobyć certyfikat zawodowego tłumacza języka migowego. Przemysław Wieczorek *Implant nie przywraca całkowicie normalnego słyszenia, ale pozwala orientować się w świecie dźwięków na tyle, że człowiek może nauczyć się z nich korzystać w codziennym życiu, odbiorze mowy innych i kontroli swojego mówienia. Dla wielu niesłyszących to wielka szansa, choć też trudna decyzja o poważnym zabiegu chirurgicznym. |