Strona Główna > Publikacje > Pedagog szkolny. Adwokatem czy przewodnikiem ucznia?
Zmieniają się nazwiska uczniów, miejscowości i typy szkół, ale samo zdarzenie jest zaskakująco powtarzalne i dla wszystkich jego uczestników przewidywalne: AKT I: nauczyciel wystawia ocenę niedostateczną. Okazuje się że jest to jedyna taka ocena tego ucznia na koniec roku. Wszyscy wiemy, ile wcześniejszych działań rzeczywistych i pozorowanych oraz najprawdziwszych i gwałtownych emocji samego ucznia, nauczyciela, wychowawcy, rodziców a często i pedagoga szkolnego oraz dyrektora poprzedza tę decyzję... AKT II: podczas rady klasyfikacyjnej wychowawca referuje wyniki swojej klasy, wymienia oceny niedostateczne. Nauczyciele, którzy je wystawili, uzasadniają te noty - co często przybiera postać tłumaczenia się: „próbowałem wszelkimi sposobami", „dawałem dodatkowe zadania, szansy, terminy", „dopytywałem się, kiedy uczeń będzie przygotowany, gdy tylko i gdzie tylko miałem okazję go spotkać" lub oskarżania ucznia „nigdy nie odrabiał lekcji", „nawet nie chciało mu się przynieść zeszytu", „czekałem w wyznaczonym terminie i nawet nie przyszedł" itd., itd., itd. Co bardziej doświadczeni czy litościwi dyrektorzy dbają, aby ta część nie trwała zbyt długo. Zwykle, jeśli tylko frekwencja ucznia jest wystarczająca, aby go przepuścić do następnej klasy, zaczyna się „szturm na nauczyciela" czyli: AKT III. Dyrektor zwraca się o opinię do pedagoga szkolnego, który zazwyczaj w takiej sytuacji czuje się zobowiązany wystąpić w roli adwokata ucznia. Podaje zatem różne mniej lub bardziej racjonalne przesłanki, które miałyby posłużyć za uzasadnienie, że MIMO NIEOPANOWANIA MIMNIMUM PROGRAMOWEGO (często po raz któryś już z rzędu) uczeń POWINIEN „dostać szansę" (czytaj: zdać do następnej klasy lub w ostateczności otrzymać termin, do którego ma „zaliczyć materiał". Piszę w cudzysłowie, bo zapewne większość nauczycieli zna z autopsji lub słyszenia te zaliczania, gdy w skrajnych (ale czy rzadkich??) przypadkach na maksymalnie uproszczone i wcześniej znane uczniowi pytanie nauczyciel odpowiada sobie właściwie sam...). Do jakich argumentów odwołują się pedagodzy szkolni? Najczęściej są to różne konkretyzacje „sytuacji zdrowotnej", „sytuacji rodzinnej" lub „losowej", a więc z definicji sytuacje niezależne od ucznia, które dodatkowo stawiają go w sytuacji osoby, o której prawa powinien zadbać ktoś na podobieństwo adwokata... Jeśli do tej pory wystawiający jedynkę nauczyciel nie wycofa się ze swojej decyzji, odbywa się głosowanie: im szkoła większa - tym liczniejsza grupa nauczycieli, którzy osobiście nie uczą danego ucznia, dlaczego więc mieliby mu „szkodzić", „łamać przyszłość" czy w ogóle „powiększać stres szkolny"? Wszak każdy lubi myśleć o sobie, jako o dobrym człowieku... Zwykle już ta grupa - najliczniejsza, a niezainteresowana osobiście sprawą - jest w stanie przegłosować „przepchnięcie". Dodatkowo jest jeszcze grupa „przekonanych" nauczycieli, którzy znają danego ucznia i nawet mają o nim naprawdę dobre zdania - ci szczerze mogą głosować za warunkiem dla ucznia, który nawet u nich na fizyce sobie radzi, więc z jakąś tam biologią, historią i kilkoma innymi przedmiotami też sobie poradzi, kiedy tylko zechce. Nie wymieniam już innych powodów, dla których kolejni nauczyciele decydują się „nie szkodzić" uczniowi - w każdym razie zaskakująco często nauczyciel, który nie miał podstaw do postawienia oceny pozytywnej, musi liczyć się z tym, że wystąpi osamotniony i niemal w roli winnego... I po co? Jeśli uczeń otrzyma warunek, to będzie zobowiązany do „nadrobienia zaległości", czyli w wyznaczonym terminie powinien zostać odpytany czy przeegzaminowany. Uczniowie podchodzą do tego różnie... tym bardziej, że zwykle uchwałą Rady Pedagogicznej mają jedynie wskazaną datę, do której powinni poprawić ocenę, natomiast bardzo rzadko idą za tym faktyczne działania pomocowe, m.in. rozłożenie materiału do zaliczenia na części, które uczeń stopniowo by zaliczał, wyznaczenie częstych (może nawet cotygodniowych) spotkań konsultacyjnych z pedagogiem czy wychowawcą i nauczycielem prowadzącym, aby wspólnie z uczniem monitorować jego postępy, dyscyplinować do wysiłku, ale też służyć pomocą merytoryczną, aby końcowe zaliczenie nie było kolejną fikcją... Bez zapewnienia możliwości pomocy i monitorowania postępów ucznia, który w normalnych warunkach szkolnych nie opanował nawet minimum programowego efekt edukacyjny „przepychania" bywa mizerny, efekt zaś czysto wychowawczy - zwłaszcza, gdy uczeń uzyskuje taką „szansę" po raz kolejny - bywa wręcz odwrotny od zamierzonego! W takiej sytuacji trudno się dziwić pełnym frustracji odczuciom wielu nauczycieli, którzy - nawet gdy doceniają wagę i trud codziennej pracy pedagoga - podczas rad klasyfikacyjnych najchętniej posłaliby go na urlop. Bywa on bowiem dla nich personą non grata - osobą niepożądaną, której argumenty wpływają na los zarówno ucznia jak i nauczyciela, choć ona sama nie ponosi za to żadnej odpowiedzialności: to nauczyciel, jakże często wbrew racjonalnym przesłankom, decyduje się (lub zostaje skłoniony), aby „dać szansę" i to on - nie pedagog - uczestniczy później w „zaliczaniu" ucznia mając często związane ręce i uprawomocniając jedynie fikcję owego „przepytania", które w niczym nie pomaga opanowywać materiału na kolejnych lekcjach... Przepychanie bez jakichkolwiek podstaw merytorycznych nie jest rozwiązaniem problemu, a tylko odsunięciem go w czasie - po którym problem wraca... większy. Taką sytuację niewątpliwie należałoby zmienić - w dobrze pojętym interesie wszystkich zainteresowanych. Przykładowe kroki zmierzające do usuwania oczywistej fikcji z życia szkoły zaproponowałam wyżej, ale na pewno każdy nauczyciel, pedagog i dyrektor ma też swoje pomysły: serdecznie zapraszam do podzielenia się nimi, do otwartej dyskusji. Wspólnie możemy poprawić klimat wychowawczy naszej szkoły. Ponieważ jednak wszelkie racjonalne działanie opiera się na właściwym rozpoznaniu sytuacji, proponuję jeszcze rozważyć: dobrze to czy źle, gdy pedagog staje się adwokatem ucznia podczas rady klasyfikacyjnej? Gdy zapytałam o to studentów II roku pedagogiki, WSZYSCY w 25-osobowej grupie (choć pochodzili z różnych środowisk i ich doświadczenia ze szkołą, nauczycielami i samymi pedagogami były różne) odpowiedzieli tak samo: „dobrze", bo: „pedagog musi być dobry dla ucznia", „musi go bronić". To niewątpliwie szlachetna motywacja, ale czy nie zawiera żadnych pułapek? W głośnej książce Lakoffa i Johnsona „Metafory w naszym życiu" pokazano m. in., jak różne konceptualizacje tego samego zjawiska wpływają na nasze oceny i podejmowane działania. Wspomniani autorzy udowadniają coś jeszcze: , że żadne myślenie o jednym zjawisku w kategoriach innego, choćby wydawało się najbardziej poznawczo celne, nie jest obiektywne, stuprocentowo pewne! Np. w naszej kulturze rozpowszechnione jest myślenie o czasie jako artykule wartościowym, co poświadczają znane frazy: czas to pieniądz, nie marnuj czasu, poświęciłem na to dużo czasu, ktoś ceni swój czas itp. Jednak choć jest ich tak wiele i naprawdę często myślimy o czasie w kategoriach pieniądza (np. ganiąc się za bezproduktywne spędzanie czasu), to w rzeczywistości czas nie jest pieniądzem: nie można go odłożyć w banku i po kilku miesiącach odebrać więcej czasu, nie mogę też nikomu w zamian za jakieś dobro oddać w użytkowanie części swojego czasu itd. Podobnie myślenie o pedagogu jako ADWOKACIE ucznia niesie pewne implikacje: adwokat przecież broni oskarżonego na sali sądowej przed zarzutami prokuratora i oskarżycieli posiłkowych, przy czym jego celem jest spowodowanie, aby grożący oskarżonemu wyrok był możliwie jak najmniejszy, a nie przyczynienie się do zwycięstwa sprawiedliwości czy tym bardziej wychowania lub przemiany zachowania oskarżonego, aby umiał normalnie funkcjonować w społeczeństwie. Co więcej: rola adwokata kończy się w zasadzie w chwili ogłoszenia wyroku: nie ma on obowiązku interesować się dalszymi losami swojego klienta ani tym bardziej go wspierać, czuć się za niego odpowiedzialnym. Już przy tym zestawieniu widać, że funkcje pedagoga szkolnego i adwokata nie są tożsame. Funkcja pedagoga nie może bowiem kończyć się w miejscu, w którym kończy się zadanie adwokata z urzędu, którego po zakończonej rozprawie klient przestaje już interesować. Co więcej: choć szkoła bywa terenem konfliktów, czy - mówiąc delikatniej - miejscem ścierania się sprzecznych racji, to przecież wszyscy się chyba zgodzimy, że posiedzenie rady pedagogicznej nie jest rozprawą sądową (w dodatku nad nieobecnym przecież uczniem!), a zatem traktowanie nauczyciela jak niechętnego uczniowi oskarżyciela czy prokuratora i występowanie dyrektora w roli sędziego, który na tej „rozprawie" dotyczącej „nieletniego" już z racji samego wieku „podsądnego" przychylniej zerka na argumenty obrony - wszystko to musi być chybione! W istocie bowiem ocena niedostateczna wystawiona jakiemukolwiek uczniowi jest sygnałem niedomagania całej szkoły: to nie tylko „wina" ucznia czy nauczyciela. Przecież ta sytuacja narastała w czasie: powinna być dostrzeżona przez wychowawcę, sygnalizowana (i to z wymaganym miesięcznym wyprzedzeniem!) rodzicom - już najpóźniej wtedy uczeń z racji nieradzenia sobie z obowiązkami szkolnymi powinien być otoczony opieką pedagoga, aby jedynym argumentem przepchnięcia nie były wyłącznie czynniki pozaedukacyjne. Naprawdę bowiem niezbyt rozsądne jest wymaganie od dziecka, które nie było w stanie opanować materiału przez 9 miesięcy w szkole, aby dokonało tego samodzielnie i to w ciągu krótszego czasu. A gdybyśmy przyjęli, że byłoby to możliwe, to tym bardziej należałoby się zastanowić: po co w ogóle potrzebna jest szkoła (przynajmniej w obecnym kształcie)? Jednym słowem: gdy coraz wyraźniej rysuje się już koniec semestru dobrze byłoby mieć przekonaniem, że nauczyciele, pedagog i dyrektor współpracują z uczniem (i ściśle między sobą!) dla jego dobra, że dobro to polega na umożliwieniu rozwoju - także intelektualnego! - ucznia, że uzyska on do tego realną pomoc, która sprawi, że będzie mógł spełnić przewidziane dla niego wymagania programowe, a nie będzie to „pomoc" w obejściu tych wymagań, co naprawdę nie jest działaniem w interesie ucznia (nawet jeśli poprawia statystyki szkolne). Uczeń nie potrzebuje w szkole dobrych wujków czy adwokatów, ale szczerze życzliwych mu i rozsądnie wymagających przewodników po nowych dlań obszarach wiedzy. Pamiętajmy też, że nawet w prawodawstwie zabezpieczający czyjeś interesy jest nazywany rzecznikiem, nie adwokatem (np. rzecznik praw dziecka, rzecznik praw ucznia, konsumenta itd.)... Może zatem warto, aby pedagog szkolny pełnił rolę nie (lub przynajmniej: nie tylko) adwokata ucznia, ale przede wszystkim (lub choćby: także) jego odpowiedzialnego opiekuna, doradcy i zaufanego dorosłego towarzyszącego w trudnej nieraz drodze (nieumożliwiającego jednak chodzenia na skróty) - na te bowiem funkcje wskazuje nawet sama etymologia słowa pedagogos. Dr Anna Różyło Autorka kilka lat pracowała jako nauczycielka w szkołach na różnych etapach edukacji, prowadziła także zajęcia na studiach podyplomowych dla nauczycieli. Obecnie jest adiunktem na Wydziale Zamiejscowym Nauk o Społeczeństwie KUL w Stalowej Woli. |