Gazeta Edukacyjna dla refleksyjnych pedagogów

Piątek, 18 maja 2012 r. 139 dzień roku

                                                                                                                                                Forum | Czat | Kontakt | Partnerzy | Mapa Strony








 
Strona Główna | Bibliografie | Recenzje | Konferencje | O Gazecie Edukacyjnej 
 
centrum konferencyjno widowiskowe Lutnia
 Badania i raporty
 Blogosfera
 Felieton
 Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne proponuje
 Gorący temat
 Impresje Małgorzaty
 Polecamy
 Publikacje
 Relacje praktyków
 Szkoła z pomysłem
 Wydarzenia
 Bibliografie
 Recenzje
 Konferencje
 O Gazecie Edukacyjnej
 Partnerzy
 Inspirujące
Strona Główna > Publikacje > Po wiedzę czy po glejt czyli o sensie studiowania


Wielu studentów potrzebuje glejtu. Wyłącznie tego. I w żadnym wypadku nie potrzebują oni wiedzy, doświadczenia, rozumu czy kontaktu ze swoim mistrzem

 

Manifest wykładowcy

 

Wiedza jest pożądaniem i przekleństwem.

Zakładam oczywiście, że rzecz o zdobywaniu informacji, o scalaniu ich przez myślowe procesy syntezy, o dochodzeniu do jakiegoś sedna po wnikliwej analizie. Myślę też, że jest tu mowa o dręczących pytaniach i szukaniu odpowiedzi na nie, o poszukiwaniu literatury, o upatrzeniu sobie mistrza w wiedzy, o wspólnych z kolegami nocnych dyskusjach i sporach...

 

Nowo nabyta wiedza potrafi wzbudzić żądzę rozumienia, która przyniesie wiele nieprzespanych nocy, by potem - jak w nałogu - znów ruszyć w świat informacji, albo poczuć, że lepiej było nie docierać do samego końca, gdyż Prawda bywa okrutna. Niejeden chętnie wolałby wrócić do przeszłości tylko po to, by móc wyrzec się poznania tej swojej, własnej prawdy, która doprowadzała go potem do wielu cierpień.

 

Wiem, że są tacy ludzie, dla których zdobywana wiedza ma takie właśnie oblicze. Wiem też, że są i tacy, którzy stawszy się raz poszukiwaczami-wyrobnikami, będą mozolnie przedzierać się przez kolejne pojęcia i definicje, rozprostowywać kolejne zawiłości teorii, dociekać następnych powiązań. Czasem w życiu, czasem już tylko w książkach. Wiem też, że mogę mieć do czynienia z ludźmi, których to wszystko nie dotyczy, Ci pragną mówić znajomym: „jestem na studiach", a kiedyś, potem, pokazać im dokument, który potwierdzi, że - faktycznie - chadzało się do budynku uczelnianego.

 

Powiem za chwilę prawdę bolesną. Możliwe, że parę osób będzie czuło w związku z tym dyskomfort. Bardzo chętnie pogratuluję im później tego dyskomfortu - będzie on jednoznacznie świadczył o ich wrażliwości na prawdę, powiedziałbym nawet, iż chętnie będę ich widział jako swoich studentów. Uważam za prawdziwy zaszczyt - mieć studentów, których coś niepokoi, którzy czują, że w naszej rzeczywistości coś jest nie w porządku, którzy nieustannie zadają sobie pytania...

 

Wielu studentów potrzebuje glejtu. Wyłącznie tego. I w żadnym wypadku nie potrzebują oni wiedzy, doświadczenia, rozumu czy kontaktu ze swoim mistrzem. Chodzą z przekonaniem, że wahanie wykładowcy nad wpisaniem zaliczenia do indeksu polega na żałowaniu odrobiny tuszu z długopisu. Mają też pewność, że czytanie książek to wymysł bardzo przestarzały, a studia to taka moda, którą trzeba zaliczyć jak tatoo albo piercing.

 

Jak wiadomo glejt jest w dzisiejszych czasach - jak i niegdyś - zapewnieniem sobie bezpieczeństwa. Różnica polega na tym, że dawniej służył on choćby przemykaniu się przez wrogi obszar z jaką taką gwarancją zachowania życia i zdrowia, gdyż wykonywało się jakąś ważną misję (albo po prostu miało się możnego protektora). Widać obecnie glejt ma zapewnić błogie życie bez wstawania ze stołka. A i jeszcze poczucie, że się innych wykiwało.

 

Nie zamierzam przyczyniać się do tego, że dziećmi i młodzieżą zajmować się będą pokraczne, bierne, nieuczciwe, pełne fochów i niezrozumienia świata kreatury. Ponadto, ponieważ nie jestem możnym protektorem, najzwyczajniej nie stać mnie na wspomaganie innych rozdawnictwem glejtów. Kiedy w dodatku mam świadomość, że moją rolą w wyższej szkole jest dzielenie się własną wiedzą i własnym doświadczeniem, których zdobycie związane było też ze sporą ilością pracy i siniaków... kiedy jeszcze mam świadomość, że złożona dziedzina moich doświadczeń czyni mnie jedynym specjalistą w kraju... kiedy na koniec stwierdzam, że nie ma to wpływu na to, żeby uczelnia postępowała jak możny protektor ze mną... to już wiem, że...

No właśnie!

 

Dlatego wyrażę swój manifest następująco:

• na 100% nie będę w stanie zaliczyć studentowi, który swoją pracę pisemną ma skompilowaną wyłącznie z tekstów zebranych w sieci internetowej albo z dokumentacji jakiejś placówki, lub, na koniec, moich własnych, bez cudzysłowów i podania źródła,

• nie będę w stanie zaliczyć studentowi, który był nieobecny na ponad 30% zajęć, chyba, że podejmie się pracy dodatkowej,

• nie będę w stanie zaliczyć studentowi, który z moich zajęć pamięta i wypowiada tylko tyle, że były OK, natomiast nie jest w stanie powiedzieć o co chodziło w podanych przeze mnie definicjach,

• nie będę w stanie zaliczyć studentowi, który nie sięgnął po żadną wskazaną literaturę,

• nie zaliczę na ocenę powyżej dostatecznej studentowi, który nie zadał sobie trudu konwersacji podczas lub po zajęciach,

Proszę zatem potraktować rzecz poważnie i mając własny, zupełnie inny pogląd na studiowanie, nie przychodzić na moje zajęcia.

 

Nigdy i w żadnym społeczeństwie nie poważało się ludzi, którzy chcą się „wozić", kiedy inni dochodzą do własnej pozycji jakimś wysiłkiem. Nawet w naszych z lekka zdegenerowanych czasach. Tkwienie w kolejce po glejt, dokument ukończenia wyższej uczelni, jest metodą nudną, poniżającą i dość mało skuteczną - poza tym znane są dużo lepsze sposoby spędzania wolnego czasu...

 

Na koniec dodam to, co mówię moim wychowankom, chłopcom trudnym, z zaniedbanych środowisk, z ogromnymi deficytami emocjonalnymi i intelektualnymi:

• stawianie komuś niskich wymagań oznacza jego niską ocenę,

• niskie wymagania wobec kogoś, kto nie jest na niskim poziomie - są obrazą,

• moje podejście do wychowanków polega na stawianiu im wysokich wymagań, co oznacza moją wiarę w ich możliwości, zaś „podwyższanie poprzeczki" jest dobrym znakiem.

Młodzież niedostosowana społecznie czuje się bardzo podbudowana takim tłumaczeniem i rozumie moje oczekiwania. Są tego efekty - pozytywne i prawdziwe.

 

Krzysztof J. Kwiatkowski

Autor jest pedagogiem resocjalizacyjnym, propagatorem survivalu, wykładowcą Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Łodzi, a także wieloletnim wychowawcą w Młodzieżowym Ośrodku Wychowawczym Survival