Strona Główna > Felieton > Refleksyjny felieton na koniec roku szkolnego
Dzień zakończenia roku szkolnego jest dla nauczycieli tym, czym dla rolników bywało ongiś święto plonów, nazywane też dożynkami. Tym bardziej, że tak jak w uprawach rolnych, w zasiewach edukacyjnych też obowiązuje cykl roczny. Tylko czas radości z dobrych zbiorów w szkołach przypada w porze, gdy na polach zboże dopiero co się wykłosiło. A więc przed nami szkolne dożynki? Nie jest to chyba dobre słowo w zastosowaniu do podsumowywania rocznej pracy nauczycielskiej. Bo - niestety - źródłosłów tej nazwy budzi bardzo niedobre skojarzenia. A przecież nie o dożynanie czego- i kogokolwiek w tym święcie chodzi. Sensem tego dnia jest biblijny archetyp satysfakcji z dzieła tworzenia: " Bóg - Stwórca Świata zakończył swoje dzieło. Wszystko, co Pan Bóg uczynił, było bardzo dobre. Kiedy nastał poranek dnia siódmego Bóg nie trudził się już stwarzaniem świata. W tym dniu Pan Bóg odpoczywał..." I takim właśnie dniem, dniem satysfakcji i dumy z zakończonego swego dzieła jest dla nauczycieli uroczystość zakończenia roku szkolnego. Bo też wielu z nas ma poczucie swej kreacyjnej funkcji w procesie edukacyjnym, którego najważniejszym podmiotem sprawczym, przede wszystkim w klasycznym modelu szkoły, w powszechnym mniemaniu jest nauczyciel. Tego dnia nie ma już lekcji, oceny są wystawione, świadectwa wypisane. Pozostała tylko do przeżycia mniej czy bardziej podniosła uroczystość, której głównym elementem jest wręczanie najlepszym uczennicom i uczniom świadectw „z paskiem" i nagród za wyniki w nauce oraz inne osiągnięcia uczniowskie. Nie ma w tym nic dziwnego, że tego dnia wolimy podkreślać sukcesy i nie pamiętać o niepowodzeniach. Czyż nie inaczej jest na święcie plonów, gdy rolnicy, sadownicy, ogrodnicy eksponują swe najdorodniejsze owoce i warzywa, pieką chleby z najlepszego zboża? „Plon niesiemy plon, w gospodarza dom..." No właśnie. W gospodarza dom! Szkopuł w tym, że im starsze „uprawy", tym mniej gospodarzy, przed którymi możemy pochwalić się owocami naszej uprawy. Bo gospodarzami nie są, wbrew pozorom, zwyczajowo prowadzący tę uroczystość dyrektorzy szkół, nie są też nimi - nawet jeśli zaszczycili tę uroczystość swoją obecnością: wójtowie, starostowie, burmistrzowie, prezydenci miast czy inni oficjele. Rzeczywistymi gospodarzami, którym niesiemy nasz plon są rodzice naszych uczniów. Problem polega na tym, że o ile w pierwszych latach nauki w szkole podstawowej rodzice chętnie towarzyszą swoim „pociechom" w tej uroczystości, to w jej starszych klasach czynią to coraz mniej licznie, aby ich obecność stała się śladowa w gimnazjach, sprowadzając się do oficjalnego przedstawiciela szkolnej rady rodziców w szkołach ponadgimnazjalnych. I to jest pierwsza refleksja na ten dzień. Czemu tak się dzieje Czy tak być musi? I czy można w tej sytuacji coś zmienić? I refleksja druga: Powróćmy do metafory święta plonów i obrazu nauczyciela - jako rolnika, ogrodnika lub sadownika. Czy jest to uprawnione porównanie? Czy uczeń - to taka, mówiąc po kujawsku, „aplegierka", której wzrost zależy tylko od zabiegów troskliwego ogrodnika? Ostateczny efekt uprawy - dorodne owoce - to wynik wyłącznie starań agrotechnicznych? Trudno na pogłębioną refleksję nad faktycznymi źródłami uczniowskich sukcesów w jednym felietonie i to akurat tego dnia. Może jednak warto zastanowić się nad tym podczas wakacji, nabrawszy pewnego dystansu do szkolnej codzienności? Zwłaszcza, gdy dostrzeżemy jeszcze jeden aspekt sprawy, którego istotę najlepiej oddaje stare przysłowie, że sukces ma wielu ojców, klęska zawsze jest sierotą! Czy w przypadku uczniów powtarzających klasę, uczniów z egzaminami poprawkowymi, z nieodpowiednią oceną zachowania, także mamy poczucie sprawstwa, autorskiej odpowiedzialności za niepowodzenie w naszej uprawie? Kim jest we współczesnej szkole nauczyciel, jaka jest jego rola w procesie intelektualnego, moralnego, społecznego i fizycznego rozwoju ucznia? Czy jest to rola demiurga, artysty (niechby nawet i rzemieślnika), który z powierzonego sobie „materiału", mistrzostwem swego warsztatu formuje, rozwija, doskonali powierzone mu uczniowskie umysły i ciała? A może, jak chcą to opisywać ci z „wytworów" szkolnej „obróbki", którzy szkołę zapamiętali jako „dopust boży", nauczyciel to skrzyżowanie nudnego kustosza nikomu niepotrzebnej, zakurzonej wiedzy z kontrolerem jakości, dzierżącym baterie testów w jednej ręce i dziennik ocen (choćby i elektroniczny) w drugiej? A może historia szkoły zatoczyła koło i nauczyciel, jak przed wiekami w starożytnej Grecji, na nowo ma szansę stać się dzisiaj paidagogos, czyli prowadzącym dziecko? Oczywiście prowadzącym w innym już sensie, nie dosłownie - jak tamten niewolnik towarzyszący dziecku w szkole? Zostawiam Szanownych Czytelników, Koleżanki i Kolegów Nauczycieli, Wychowawców - Pedagogów z tymi pytaniami na całe dwa miesiące wakacji... Na które życzę Wam nie tylko totalnego wypoczynku od tego wszystkiego, co przez cały miniony rok szkolny Was utrudziło, ale także - a może przede wszystkim - życzę szerokiego oddechu odświeżającego siły optymizmu i odnalezienie (lub ugruntowanie zachwianej) wiary w sens naszej pracy! Włodzisław Kuzitowicz redaktor naczelny gazeta.edu.pl |