Gazeta Edukacyjna dla refleksyjnych pedagogów

Piątek, 10 września 2010 r. 253 dzień roku

                                                                                                                                                Forum | Czat | Kontakt | Partnerzy | Mapa Strony








 
Strona Główna | Bibliografie | Recenzje | Konferencje | O Gazecie Edukacyjnej 
 
 Badania i raporty
 Blogosfera
 Felieton
 Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne proponuje
 Gorący temat
 Klinika edukacyjna
 Polecamy
 Publikacje
 Relacje praktyków
 Szkoła z pomysłem
 Wydarzenia
 Bibliografie
 Recenzje
 Konferencje
 O Gazecie Edukacyjnej
 Partnerzy
 Inspirujące
Strona Główna > Felieton > Rozliczne konsekwencje sprawy w Rykach


Cała Polska epatowana była od miesięcy tragicznym losem 6-latków, których zła minister edukacji zapragnęła zagonić przymusowo do szkoły. Światowy kryzys finansowy i wynikające z niego rządowe poszukiwanie oszczędności budżetowych odroczyło tę tragedię o rok lub dwa. Już niektórzy mieli obawy, że nie będzie o czym pisać, a tu, jak królik z kapelusza, wyskoczyła, ku uciesze gawiedzi (i wielu żurnalistów) afera w szkole w Rykach.


Zakładam, że wszyscy czytelnicy znają najważniejsze fakty, składające się na bulwersującą historię odkrytą przez funkcjonariuszy policji z miejscowej komendy, którzy serfując w internecie, przypadkowo rozpoznali na jednym z filmików swojego byłego nauczyciela, bezlitośnie poniżanego podczas prowadzenia lekcji. Przypomnę tylko, że zdarzenia utrwalone na uczniowskich telefonach miały miejsce we wrześniu, że sprawa wydała się w styczniu, że poniżany nauczyciel nie był nowicjuszem ( wiek: 62 lata, nauczyciel dyplomowany o 40-letnim stażu pracy ), a jego oprawcy nie byli dziećmi - mają po 19 lat! I że wszystko to działo się w zespole szkół zawodowych w którym w 32 klasach uczy się 874 uczniów. Ryki, to niespełna 10-tysięczne, powiatowe miasto o 100 kilometrów od Warszawy, na trasie do Lublina.


I jeszcze dwa, niezwykle symptomatyczne fakty: nauczyciel nigdy nikomu nie poskarżył się na trwające miesiącami ekscesy, a dyrektorka szkoły, z rozbrajającą szczerością, przyznała się dziennikarzom, że o sprawie dowiedziała się 28 stycznia i że nie miała żadnych sygnałów, żeby działo się coś nie tak. I jest jeszcze jeden, charakterystyczny dla szkolnego światka wątek - dopowiedziała jeszcze: „ Ale ciąg dalszy nastąpi po feriach, bo ja nie popuszczę. Muszę wykryć, kto filmował i kto umieścił ten film w internecie." Podobnie zachowywali się nauczyciele w historii opisanej w moim poprzednim felietonie „Nie mów wole co się dzieje w szkole", w którym skomentowałem zachowanie rady pedagogicznej renomowanego liceum, w reakcji na to, że uczniowie obdarowali się na szkolnych „Mikołajkach"puszkami piwa i butelkami wódki, a na koniec zrobili sobie zdjęcie i zamieścili je w internecie.


Jednak nie same, naganne oczywiście, zdarzenia budzą mój niepokój. Po stokroć gorsze są niespodziewane ich konsekwencje. Otóż w programie „Fakty po faktach" w TVN24 4 lutego na temat agresji w szkole zabrał głos pan mecenas (były minister) Roman Giertych, który z nieukrywana satysfakcja głosił, że nie dziwi go ta sytuacja, bo wszak obecna minister sabotuje jego (wspaniały) program „ Stop przemocy w szkole", a w ogóle - to przecież jest ona (bo była wtedy wiceprezydentem Gdańska, odpowiedzialnym za edukację) winna sytuacji w gimnazjum, do którego chodziła nieszczęsna Ania, zaszczuta przez kolegów ze swojej szkoły. Znowu miał okazję wygłosić tezę, że potrzebne są ośrodki dla niegrzecznych uczniów... Zapomniał tylko, że chciał je tworzyć dla gimnazjalistów, nie dla 19-letnich mężczyzn.


Niepokoją mnie także wpisy internautów, choćby jak te, pod tekstem na blogu Dariusza Chędkowskiego, który także o szkole w Rykach napisał: „To skutki skrajnego doktrynerstwa różnych Radziwill, Śliwerskich itd. [...] Zdecydowaną większość młodzieży można i trzeba traktować po partnersku - starać się współpracować, rozwijać etc Jest jednak margines (paruprocentowy!) którego miejsce jest poza szkolą, często w odpowiednim zakładzie zamkniętym. Inaczej oni uniemożliwią funkcjonowanie jakiejkolwiek szkoły przyjaznej dla ucznia, rozwijającej, stwarzająca możliwości, wyzwalającej potencjał..Tego doktrynerzy w stylu Radziwiłł, Dzierzgowskiej, Śliwerskiego, Sawickiego czy zespołu Wybiórczej nie chcą uznać!!!I tu jest problem! [...] Ponosimy konsekwencje źle przygotowanych i autorytarnie wprowadzanych reform. Po jakie licho potrzebny nam obowiązek szkolny do 18 roku życia?."


Albo inny wpis, pod jednym z artykułów o zdarzeniach w Rykach::„Nasi liberałowie z bożej łaski gloryfikujący wolność jednostki zapominają o jednym, że podmiotem jest nie tylko jednostka ale i społeczeństwo.[...] To nasi „ uczeni" pedagodzy mylą demokrację z anarchią."


Także w publikacjach dziennikarskich można znaleźć takie oto poglądy: „Jedna rzecz chyba udała się Romanowi Giertychowi jako ministrowi edukacji narodowej. Piszę to bez ironii,[...] Z pewnością za sukces Giertych może poczytać sobie to znowelizowanie Karty Nauczyciela, w którym uznano pedagogów - "podczas lub w związku z pełnieniem obowiązków służbowych" - za osoby korzystające z ochrony przysługującej funkcjonariuszom państwowym.


To znaczy, że Giertych pozostawił po sobie zmieniony stan świadomości, przynajmniej u części rodaków i publicystów, prowadzący do przekonania, że jedynym motywem ludzkiego postępowania jest strach przed więzieniem! Tak prosty tworzą sobie oni obraz: są uczniowie - zwyrodnialcy i ich biedna ofiary! Tylko czy ktoś zauważył w jakich warunkach mieszka „główny zwyrodnialec"? Że w jego sprawie zabierała głos tylko matka... Że on sam, wypowiadając się do kamery mówi, że tak naprawdę to chciał tym swoim „występem" zasłużyć na mir u kolegów...


I słusznie przepytywana „na okoliczność" ekspertka - Jolanta Wolińska, psycholog z UMCS, nie miała wątpliwości, że zachowania agresywne wśród młodzieży to coraz większy problem. Podkreślała jednak, że nie jest to tylko sprawa samych uczniów czy szkoły. - Takie wzorce zachowania przekazywane są przez społeczeństwo. Większość problemów zaczyna się już w rodzinach. Coraz więcej z nich jest niewydolnych wychowawczo. Dzieci i młodzież „wypróbowują" agresywne zachowania na rodzicach, a potem rozciągają je na wszystkich wokoło."


I jest jeszcze jeden aspekt tej sprawy - wiktymologiczny. Jak to się stało, że ten konkretny nauczyciel stał się „najsłabszym ogniwem" tej, liczącej kilkadziesiąt osób, zapewne głównie pań, rady pedagogicznej? Pani Wolińska ma na ten temat pogląd: „ Dużo zależy od osobowości człowieka. Fakt, iż nauczyciel nie zareagował może świadczyć o tym, że nie chciał zaostrzać sytuacji." Ale dlaczego wybrał metodę udawania, że pada deszcz, gdy na niego pluto? Czy może był, jako były kierownik warsztatów szkolnych, autsajderem w tej „przedmiotowo-teoretycznej"społeczności?


Warto poszukać odpowiedzi na te, i wiele jeszcze innych pytań, jakie rodzą się podczas refleksyjnego analizowania wypadków w Rykach. Także o rolę internetu, jako nowego elementu środowiska wychowawczego. Na śmietnik można już wyrzucić wszystkie jego dotychczasowe definicje. Może także o takim „cyberbullyingu na odwrót", kiedy agresor staje się ofiarą ( bo się „upublicznił") należałoby podyskutować podczas przygotowywanej konferencji „Miejsce Innego we współczesnych naukach o wychowaniu. Trudy dorastania, trudy dorosłości" Bo też i historia „aktorów" owych filmików, to właśnie takie trudy.... A poszukująca odpowiedzi na postawione przez siebie pytanie: „Gdzie żyją cyborgi? Młodzież a nowoczesne technologie komunikacyjne" pani profesor Barbara Fatyga może już dzisiaj być pewna, że także w Rykach.


Włodzisław Kuzitowicz