Strona Główna > Publikacje > Samorządność uczniowska i inne eksperymenty myślowe
Wobec samorządności uczniowskiej łatwo deklarować swe poparcie. Dzieje się tak za sprawą zarówno wartości, jakie niesie ona sama, jak i ze względu na silne przywiązanie do wartości związanych z pojęciem samorządności (terytorialnej, zawodowej, wyznaniowej) - jako walorem stojącym u podstaw demokracji. Publicznie akcentuje się więc rolę samorządów uczniowskich w nauczaniu postaw obywatelskich, we wzmaganiu zainteresowania działalnością społeczną, czy w przyuczaniu do życia w pluralistycznym, demokratycznym społeczeństwie. Aktywny samorząd uczniów może być praktycznym rozwinięciem zajęć z wiedzy o społeczeństwie - i jeszcze czymś więcej. Wydaje się, że nie ma co do tego wątpliwości. Każdy, kto zaczyna działać na rzecz samorządności uczniowskiej zmuszony jest jednak dostać się pod powierzchnię tych laudacji; zdrapać tę deklaratywną warstwę - choćby po to, by racjonalnie zaplanować swoje postępowanie. Dowiaduje się wówczas szybko, że sposób, w jaki opowiada się samorządność uczniowską, nie jest zarazem opowieścią o praktyce tej samorządności. Sądzę, że warto zaproponować w jaki sposób można pomóc samorządności uczniów wydostać się z przestrzeni idei - przestrzeni, w której wolno jej pozostawać tylko nierzeczywistym, idealistycznym eksperymentem myślowym oświaty. Ja sam od pięciu lat, z różnym skutkiem, zajmuję się samorządnością uczniowską z perspektywy organizacji pozarządowej. Daleko mi więc do przybierania pozy eksperta. Ustępuję miejsca praktykom i akademikom o większym stażu. Nie mam również intencji konstruowania kompleksowego raportu czy portretu samorządów uczniowskich w polskich szkołach. Przy pisaniu niniejszego artykułu opieram się przede wszystkim na swoich własnych spostrzeżeniach i licznych rozmowach z dyrektorami szkół, nauczycielami, opiekunami samorządów i samymi uczniami, zarówno z Łodzi, jak i spoza miasta. Wolno mi więc przypuszczać, że zaprezentowane obserwacje nie mijają się dalece z prawdą. Problem pierwszy: Po co samorząd? Jakkolwiek istnieje spora - i, jak się wydaje, rosnąca - liczba szkół doceniających samorządność swych uczniów, w wielu placówkach wciąż nie ma jasności, do czego taki samorząd miałby służyć. Można się więc spotkać zarówno z uwagami w rodzaju "Moi uczniowie tego nie potrzebują", jak i przekonaniem, że samorządność skończyła się wraz ze śmiercią obowiązkowych apeli i pierwszomajowego pochodu. W przypadku uwagi pierwszej odpowiedź jest dość prosta: uczniowie zgodnie z ustawą i tak są członkami samorządu uczniowskiego, jako że Samorząd Uczniowski stanowią wszyscy uczniowie szkoły. Działania na rzecz samorządności uczniowskiej należy zatem doprecyzować w taki sposób, by było jasne, że chodzi o działania podejmowane na rzecz wzmagania i wspierania aktywności samorządów w szkołach. Samo istnienie instytucji samorządu wynika z ustawy o systemie oświaty i nie wymaga troski ani ze strony dyrektorów konkretnych placówek, ani organów je prowadzących, ani organizacji pozarządowych. Uwaga druga jest ciekawsza. Ujawnia ona założenie, że podstawową funkcją samorządu uczniowskiego powinno być realizowanie jakiegoś nadanego planu: prowadzenie apeli, uroczyste wnoszenie i wynoszenie sztandaru, obdarowywanie nauczycieli upominkami w Dzień Edukacji Narodowej. Jak się wydaje, takie pojmowanie funkcji samorządu uczniowskiego to szczególnie pojmowana idea pomocniczości. Chodziłoby zatem o to, by uczniowie organizowali się sposób ułatwiający osobom zarządzającym szkołą wypełnianie ich obowiązków. To nie jest oczywiście ani założenie całkowicie błędne, ani - tym bardziej - bulwersujące. Jak przedstawię to dalej, oczekiwalibyśmy przecież, aby uczniowie czuli się współodpowiedzialni za swoją szkołę. Dlaczego wobec tego nie oczekiwać od nich organizacji tych przedsięwzięć, które wydają się ważne dla nauczycieli i dyrektora szkoły? Problem polega jednak na tym, że jeśli uznać tę funkcję samorządu uczniowskiego za podstawową, to rzeczywiście - aktywny samorząd nie jest do niczego potrzebny. Jego rolę jako emanacji woli wszystkich uczniów szkoły, z powodzeniem można przenieść niżej, na poziom poszczególnych oddziałów (klas), albo, ostatecznie, może on się budzić raz na jakiś czas przed 5 października czy 11 listopada. Samorządność uczniowska nie umarła wraz z końcem epoki pierwszomajowych pochodów. Idea żyć będzie tak długo, jak długo istnieją szkoły, w których uczniowie tworzą wspólnotę poprzez swoją codzienną fizyczną współobecność - powszechna nauka na odległość jest przecież niezwykle daleką perspektywą. Rola samorządu wykracza znacznie poza pomocniczość pojmowaną tak, jak opisałem ją wyżej. To dzięki samorządowi uczniowie umacniają swoją podmiotowość i mają szansę współuczestniczyć w zarządzaniu szkołą - w ten sposób natomiast całe środowisko szkolne ma szansę zmieniać się na lepsze. Fraza "na lepsze" oznacza w tym wypadku "w kierunku ucznia": nie należy tu pozostawiać wątpliwości, że to dobro ucznia, pojęte jako możliwość kształcenia i rozwijania się w optymalnych warunkach, powinno być decydujące dla perspektywy, z jakiej oceniamy wszelką działalność oświatową. Problem drugi: A kiedy czas na naukę? Takie pytania zadawane są czasem również w szkołach o dużej tradycji aktywności uczniów. Realizowanie zadań oświatowych i wspieranie samorządności uczniów traktowane są jak alternatywa rozłączna. Jest to założenie fałszywe, z kilku względów. Po pierwsze, szkoła nie może uciekać od swej funkcji wychowawczej. Jakkolwiek oceny szkoły dokonuje się oczywiście głównie za pomocą mierzalnych wskaźników, np. wyników egzaminów końcowych, zdawalności na studia wyższe czy ostatnio również EWD (Edukacyjnej Wartości Dodanej), to jednak wychowanie i wywieranie wpływu na wszechstronny rozwój osobowy uczniów - pozostaje przecież i pozostanie niezwykle istotnym elementem składającym się na rolę szkoły. Próby uprawomocniania wspomnianej alternatywy rozłącznej jako prawdziwej są zatem w istocie abdykacją placówki oświatowej z części podstawowych dla jej roli zadań. Wzbudzanie w młodzieży zainteresowania aktywnością publiczną i społeczną jest przecież wychowywaniem do życia w demokratycznym państwie. Bez aktywnych obywateli demokracja wciąż będzie wydawała się nam wszystkim bardziej możliwością i projektem, niż rzeczywistością. Po drugie, praktyka wskazuje raczej, że szkoły z młodzieżą aktywną, realizującą swe aspiracje w ramach samorządu uczniowskiego, wypadają dobrze (jeśli nie lepiej) również w badaniach i zestawieniach opierających się na analizie ich postępów edukacyjnych. Być może przyjaźniejsze im środowisko, które mogą współkształtować i za które czują się współodpowiedzialni, zachęca ich również do nauki? Myślę, że stawianie takich pytań nie jest bezpodstawne. Jakkolwiek sama metoda wzbudza pewne kontrowersje, dla nas wygodne będzie odwołanie się do wspomnianych już wskaźników Edukacyjnej Wartości Dodanej: wystarczy w wyszukiwarce odnaleźć wyniki szkół o wysokiej aktywności samorządu uczniowskiego. W Łodzi byłyby to np. licea ogólnokształcące o numerach: XIII czy XXI lub np. 34 Gimnazjum Publiczne (szkoły wymieniono na podstawie wyników dwóch edycji Konkursu "Szkoła Samorządności"). Można oczywiście spierać się czy nie są to szkoły, do których uczęszczają uczniowie, mówiąc oględnie, aktywniejsi również intelektualnie - co pozwala na jednoczesne osiąganie przez nich sukcesu i naukowego, i w dziedzinie uczniowskiej aktywności. Nie ulega jednak wątpliwości, że alternatywy rozłącznej - albo nauka, albo samorząd - nie da się traktować jako prawdziwej. Problem trzeci: Czy samorząd nie stanie się problemem? Ten problem omówię już możliwie krótko. Oczywistym jest bowiem, że każdy dyrektor szkoły i każde grono pedagogiczne danej placówki - chce dla swej szkoły jak najlepiej. "Dobro" to bywa oczywiście jednak różnie definiowane. Samorząd uczniowski nie jest samorządem zawodowym, występującym w interesie swojego środowiska przed organami administracji, podobnie jak daleko mu do związku zawodowego - ale nie da się ukryć, że działalność samorządu uczniów szkoły może w którymś momencie naruszyć jakieś dobra bliskie nauczycielom czy dyrektorowi. Samorząd uczniowski organizuje się w końcu również w celu lepszego przedstawiania zbiorowych racji, a złożony jest z osób, które nie są (bo i zapewne nie mogą jeszcze być) "wyrobione" w działalności publicznej. Niektóre działania mogą być zatem podejmowane przez uczniów na wyrost, czasem może zabraknąć taktu, czasem jakaś forma ekspresji (w tym także artystycznej) może być uznawana za trudną do przyjęcia. Czy jednak sposobność kształtowania świadomych obywateli, wychowywania także do dyskusji, a nie tylko słuchania poleceń - nie jest tym, czego powinniśmy oczekiwać od oświaty w obecnych czasach? Podsumowując, choć sam temat jest oczywiście jeszcze znacznie szerszy: Mam nadzieję, że moja próba przedstawienia idei samorządności uczniowskiej, jej popierania i wdrażania - jako korzystnej dla placówek oświatowych - pozwoli Czytelnikom zrozumieć, że taka szkolna aktywność nie jest wyłącznie domeną idealistycznych pięknoduchów. Samorząd uczniowski nie jest i nie powinien pozostawać wyłącznie ćwiczeniem intelektualnym teoretyków; można i warto wspierać go również w praktyce. Należy wysłuchiwać wątpliwości, obiekcji czy obaw rozmaitych osób związanych ze szkolnictwem (w tym również uczniów, którzy sami nie zawsze muszą przecież mieć o samorządności najwyższą opinię) i próbować analizować je w zgodzie z obserwacjami dotyczącymi bieżącej praktyki szkół. Przedstawiona powyżej propozycja analizy części zgłaszanych zastrzeżeń pozostaje tym, czym miała być od samego początku - propozycją do ewentualnej dalszej refleksji. Rafał Błażejewski Autor, gdy był jeszcze uczniem, pełnił obowiązki przewodniczącego uczniowskiego samorządu w gimnazjum, a potem w liceum. W latach 2004- 2006 był członkiem zarządu i rzecznikiem prasowym Reprezentacji Młodzieży Łódzkiej - poprzedniczki obecnej Młodzieżowej Rady Miejskiej. Po zakończeniu kadencji, wraz z grupą jej byłych członków, założył w 2007 roku Stowarzyszenie Łódzka Inicjatywa Młodzieży, którego jest przewodniczącym. Jest studentem prawa na Uniwersytecie Łódzkim. |