Strona Główna > Publikacje > Słodko gorzko o programie przeciwdziałania przemocy
Słodko smakuje mi myśl, że ktoś wreszcie siadł na karki wszystkim udającym, że przemoc w szkole dotyczy zupełnie kogoś innego. Rzecz nie tylko o gimnazjach. Ale też o naszym wodzu.Słodko smakuje mi myśl, że ktoś wreszcie siadł na karki wszystkim udającym, że przemoc w szkole dotyczy zupełnie kogoś innego. Sam znam takich pedagogów, którzy widząc rozkręcających się młodzieńców poszukujących ofiary, natychmiast oddalali się w strony, gdzie panował błogi spokój. Byle nie musieć interweniować. Och, wcale takich ludzi nie jest mało, nawet nie protestujcie. Niektórzy z nich, nie mogąc znieść groźby napiętnowania ich tchórzostwa, przyjęli rewelacyjną technikę robienia szumu na szkolnym korytarzu. To coś podobnego do szumu medialnego - dużo rabanu, wydaje się, że sprawa będzie zakończona ku radości ogółu, ale zaraz wszystko cichnie a osoba szumiąca znika w sobie tylko znanym zaciszu i zaciera rączki, że widziano ją jaka była dzielna. Nasz wódz narobił sporo szumu i teraz widzimy jak różni funkcjonariusze biegają za każdym chłopakiem, który walnął drugiego pięścią, oraz wyłapują ze szkolnych wucetów podrostków pragnących w życiu coś zobaczyć. Przecież to oczywiste, że są to zjawiska u nas zupełnie nowe, nigdy przedtem nie występujące, i nareszcie wódz palcem wskazał je ludziom wiernym każdej służbie (to było napisane z ironią, żeby mi tego nikt nie interpretował inaczej!). Nie, nie protestujcie i teraz, wcale nie zamierzam lekceważyć brutalności i chamstwa, jakie lęgną się wokół. Moje doświadczenie mówi mi tylko, że w konsekwencji takich działań, już wkrótce nasze szerokie wody będą pozbawione wszystkich płotek. Bo szczupaki dawno zapewniły sobie warunki spokoju i nietykalności. Zreszta chyba każdy wie, że wpadają głównie nieudacznicy. Tacy, jak ten bezdomny, którego ścigały tajne i jawne służby za kilka brzydkich słów o głowie państwa, czy kimś tam. I dobrze im tak... Aby zakończyć sprawę słodkości - to jest faktyczny duży plus, zwrócenie uwagi na konieczność zdyscyplinowania młodzieży. Rodziców i nauczycieli też, bo to są zawsze sprawy łączne. A gorycz? Uczył mnie mój ojciec - ma teraz 90 lat i wciąż jest dla mnie drogowskazem - żeby nie brać się za rzeczy, na których się nie znam, tylko zawsze powierzyć sprawę fachowcom. W młodzieńczych latach, kiedym jeszcze dbał o swoje zbuntowanie, robiłem dokładnie odwrotnie i zawsze ponosiłem straty, nierzadko poważne. No więc obserwuję, że wódz nigdzie wokół siebie fachowców nie znalazł, i musi wszystko sam robić. Przez analogię wnioskuję, że będą straty. Pewnie duże Dlatego mi gorzko... Wiele jest aspektów takiego stanu rzeczy, jaki zaistniał w naszych gimnazjach. Jedną z przyczyn jest samo powstanie gimnazjów, takich, jakimi one są (jeśli ktoś będzie chciał mój pogląd na ten temat poznać szerzej - wyjaśnię przy innej okazji). Przyznam tylko, że początkowo sam byłem ich zwolennikiem, ale nie przypuszczałem, że będą je tworzyć niefachowcy. Teraz powstała idea tworzenia nowych placówek dla trudnych uczniów. Rozumiem, że przyszła świeżutka dostawa fachwców nowej generacji. Jeśli nie, wkrótce zobaczymy jak te placówki będą roznoszone na glanach, a ich personel wyląduje w psychiatrykach. Bo z taką „naprawą" niegrzecznych uczniów bywa tak - i to wbrew pozorom bardzo często - jak w przypadku niektórych ludzi, reperujących swój sprzęt audio: • potrząsanie koło ucha i nadsłuchiwanie - może się zdecydował na posłuszeństwo • popukanie sprzętem o blat stołu • odkręcenie pokrywy tylnej i pociskanie palcem na to czy tamto • walnięcie z otwartej dłoni • rozbebeszenie wszystkiego i wsadzenie z powrotem do obudowy • najpierw mówienie do niego, potem już same inwektywy... Inną przyczyną zaistniałego stanu rzeczy jest to, że z dziećmi nikt nie rozmawia. Oczywiście, że przywołuje się je przed swoje oblicze i poucza, karci, poniża, wyśmiewa lub przekupuje. Należy jednak uświadomić sobie, że techniki te służą markowaniu działania, a chore w tym jest to, że wszyscyśmy na tyle źle wyedukowani, iż sami wierzymy w ich skuteczność. Ale widać „cywilizacyjne" odżywianie szybko czyni spustoszenie w tętnicach naszych zwojów, zatem skleroza nie pozwoli nam przypomnieć sobie, o co w tym byciu dzieckiem chodziło. W każdym razie to, co nazywamy rozmową, jest perorowaniem z wysokości, a przed twarzyczkami rozbrykanych „bękartów" rytmicznie kiwa się palec wskazujący, ponoć będący symbolem rózeczki. Co bystrzejsze „bękarty", rozumiejąc cały kontekst rozmowy, że bierze się on z władzy a nie z serca, a próbując jakoś nawiązać do symboliki dialogu, pokazują palec środkowy. Ot i wszystko. Opisany wyżej dialog jest związany z prawidłowością, której jakoś nikt nie potrafi zrozumieć. Istnieje mianowicie pojęcie diady. Przedrostek „dia" występuje w słowie „dialog", wskazując wyraźnie na istnienie dwuelemetowości zjawiska. I jest to sprawa nierozerwalna. Nie da się prowadzić dialogu z samym sobą, bo jest to dialog schizofreniczny. Muszą być dwie strony. Istnienie nauczycieli i uczniów jest „dia". Istnienie rodziców i dzieci - też. Uczniowie z reguły są dziećmi, zatem są elemetem łączącym dwa pozostałe, czyli nauczycieli i rodziców. Jeśli dodać, że każdy ma swego mola co go gryzie,że nauczyciele mają jeszcze swoje różne władze - oświatowe, powiatowe, miejskie, to przybędzie nam tutaj nieco dramatis personae. A żeby opowieść była ciekawsza - dodajmy szczyptę mediów. I robi się wesoło. Bo oto dialogi toczą się nad głowani tych, których dotyczą, a nawet kierują się na pola mocno odległe. I robi się gorąco. Nie wiadomo, czy nie lepiej przyłączyć się do innej diady: kiboli-X i kboli-Y - u nich przynajmniej wiadomo, kto kogo bije. Aspekt kolejny, to pewna zapoznana wiedza o tym, że dzieci zawsze lubią bawić się zabawkami dorosłych. No i spokojnie odpowiedzmy sobie teraz na pytanie: czym bawią się nasze pociechy? Ja już nie podejmuję się dalszego tłumaczenia. Krzysztof J. Kwiatkowski |