Gazeta Edukacyjna dla refleksyjnych pedagogów

Wtorek, 07 lutego 2012 r. 38 dzień roku

                                                                                                                                                Forum | Czat | Kontakt | Partnerzy | Mapa Strony








 
Strona Główna | Bibliografie | Recenzje | Konferencje | O Gazecie Edukacyjnej 
 
centrum konferencyjno widowiskowe Lutnia
 Badania i raporty
 Blogosfera
 Felieton
 Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne proponuje
 Gorący temat
 Impresje Małgorzaty
 Polecamy
 Publikacje
 Relacje praktyków
 Szkoła z pomysłem
 Wydarzenia
 Bibliografie
 Recenzje
 Konferencje
 O Gazecie Edukacyjnej
 Partnerzy
 Inspirujące
Strona Główna > Publikacje > Spór o polską edukację. Kto ma rację - rząd czy związki zawodowe?


Od długiego już czasu obserwuję liczne przejawy nie tylko niechęci, lecz nawet wrogości nauczycielskich związków zawodowych do wszelkich inicjatyw reformatorskich obecnej ekipy rządowej. To, że politycy partii z poza koalicji tworzącej rząd, są z zasady przeciwni - nie dziwi nikogo. Jak to ktoś malowniczo powiedział - jest to wilcze prawo opozycji. Ale reakcje oświatowych trade union'ów, w moim głębokim przekonaniu, nie zawsze powinny mieć takie wyraźne polityczne podłoże.

 

Niestety! W nieomal dwudziestoletniej historii rządów III R.P. zwykle tak bywało, że oba związki, w zależności od barw politycznych premiera i jego ekipy, albo popierały, lub co najmniej sprzyjały rządzącym, którzy byli im bliscy - nie tylko  ideowo, albo zwalczały władzę, nierzadko w bardzo spektakularnych, ulicznych formach protestu. Ta pierwsza sytuacja miała miejsce zarówno podczas sprawowania władzy przez SLD, gdy Związek Nauczycielstwa Polskiego w swych deklaracjach i publikowanych oświadczeniach nie tylko popierał te rządy, lecz przede wszystkim desygnował swych czołowych działaczy, pod sztandarem tej partii, do Sejmu, a nawet do rządu (przykładem pani minister Łybacka). Było też tak w okresie rządów koalicji AWS - UW, gdy swój parasol ochronny nad rządowymi reformami roztoczyła „Solidarność".  Sytuacja, choć już nie tak ostentacyjnie, powtórzyła się podczas sprawowania władzy przez oba rządy Prawa i Sprawiedliwości, które to podejmowały różne, nawet kontrowersyjne działania w sferze edukacji i które nie były atakowane przez ten związek.. Za każdym razem, gdy jeden ze związków był „za" - ten drugi wszystko kontestował, protestował, manifestował! Można powiedzieć - było symetrycznie.

 

Owa chwiejna równowaga została zburzona dopiero z chwilą zwycięstwa wyborczego Platformy Obywatelskiej i utworzenia rządu pod kierunkiem premiera Tuska. Bardzo szybko okazało się, że jest to ekipa, która nie ma „swojego" związku zawodowego. I staliśmy się nie tylko świadkami swoistej licytacji, który ze związków jest bardziej radykalny w swym sprzeciwie, lecz nawet, dotąd niewyobrażalnego, sojuszu obu tych genetycznie sobie wrogich sił. I to pod dobrotliwym patronatem Prezydenta R.P.

 

Postanowiłem przyjrzeć się bliżej „amunicji" używanej w walce z rządem przez każdy z tych związków. A może nią stać się dowolny temat, jakakolwiek inicjatywa ministerstwa edukacji, byleby sprzeciw liderów związkowych spotkał się z aprobatą jego członków. Mało inspirujące dla moich poszukiwań byłoby śledzenie „przepychanek" w sprawach płacowych. Tutaj stanowiska związkowe są zawsze do przewidzenia. Ile by władza nie zadeklarowała - zawsze spotka się to z oceną, że dają za mało! I to jest odwieczny, związkowy, statutowy wręcz obowiązek. [„Celem ZNP jest obrona godności, praw i interesów członków ZNP" (Art. 5 Statutu ZNP); „Celem Związku jest obrona godności, praw i interesów pracowniczych (zawodowych i socjalnych) członków Związku" (§ 6 Statutu NSZZ :Solidarność")]. Ale nie były to jedyne , a nawet nie dominujące, przedmioty sporu związkowców z władzą.

 

Jakie więc projekty zmian, zwłaszcza w prawie oświatowym, kierowane do sejmu przez rząd, stawały się powodem ataków oświatowych związków zawodowych na autorów tych reform?

 

Pierwszym polem bitwy stały się nauczycielskie uprawnienia emerytalne. Nietrudno zgadnąć, że obrońców status quo ante  w tej sprawie popierali wszyscy nauczyciele, nie tylko zrzeszeni w  związkach zawodowych. Od samego początku rząd ze swoim projektem ustawy ograniczającej liczbę zawodów i stanowisk pracy, uprawniających do wcześniejszej emerytury, został ustawiony w roli wroga publicznego. Nauczyciele byli tam tylko jednym, acz bardzo licznym, środowiskiem wyrażającym swój sprzeciw. Już w maju 2008 roku ZNP proklamował strajk pracowników oświaty, w obronie żądań  „utrzymania dotychczasowego zakresu praw i obowiązków nauczycielskich wynikających z ustawy Karta Nauczyciela i utrzymania dotychczasowych uprawnień emerytalnych nauczycieli."

 

Niedługo potem uczestnicy  Zebrania Delegatów Sekcji Krajowej Oświaty i Wychowania NSZZ „Solidarność" skrytykowali propozycje rządowe dotyczące wcześniejszych emerytur i wynagrodzeń nauczycieli. W przyjętych dokumentach domagali się m.in. utrzymania możliwości przechodzenia na emeryturę, zgodnie z art. 88 ustawy Karty Nauczyciela.

„Realna jest eskalacja czynnej akcji protestacyjnej środowiska nauczycieli, a w sprawie złamania zasady praw nabytych - złożenie skargi do Trybunału Sprawiedliwości w Strasbourgu." - napisali.[...]

 

Potem były spotkania, zwane „edukacyjnym okrągłym stołem" w pałacu Prezydenta, prace legislacyjne w Sejmie, w Senacie i przyjęcie przez parlament ustawy o emeryturach pomostowych, w której zabrakło nauczycieli w wykazie zawodów do nich uprawnionych. Zaowocowało to kilkakrotnym, rozpaczliwym apelem „Solidarności" do Prezydenta o zawetowanie tej ustawy. Prezydent lojalnie zawetował, ale....  Ale w zakulisowych negocjacjach SLD wytargowało odrębną ustawę o tak zwanych nauczycielskich świadczeniach kompensacyjnych, które miałyby zastąpić utracone emerytury pomostowe. Sejmowa większość rządowa, wsparta głosami lewicy odrzuciła prezydenckie weto. ZNP okazał się związkiem skuteczniejszym w osiąganiu celów socjalnych.  „Solidarność" porozumienie to nazwała „zdradą nauczycieli i, jak nasza narodowa reprezentacja piłkarska, pozostała „moralnym zwycięzcą".[...]

 

Niezwykle symptomatyczna była natomiast batalia o zmianę w ustawie o systemie oświaty, która upraszczała procedury przekazywania małych szkół z rąk samorządów we władanie innych, zapisanych w ustawie podmiotów prowadzących, jak uczy dotychczasowa praktyka - przede wszystkim stowarzyszeniom rodziców. W tym przypadku zarzuty stawiane rządowi, podobnie jak to miało miejsce z projektami o komercjalizacji szpitali, zawierały oskarżenia o sprzyjanie mitycznym „cwaniakom", którzy tylko czekają by przejąć budynki szkolne i „kręcić tam swoje lody"! 1 grudnia działacze Solidarności napisali : „Państwo zrzuca odpowiedzialność na jednostki samorządów terytorialnych, te zaś mogą się jej pozbyć poprzez prywatyzację szkół! Kto na tym ucierpi? Czy prywatne znaczy lepsze? Czy znakomitą większość społeczeństwa stać na prywatne szkoły? A może chodzi o kolejne uwłaszczenie pewnej grupy ludzi?!!"

 

Również Związek Nauczycielstwa Polskiego nie wyraził zgody na uproszczenie procedur związanych z przekazywaniem publicznych szkół prowadzonych przez samorządy innym podmiotom. Po wielu miesiącach „rokowań" ostatecznie w ustawie znalazł się zapis, że możliwe będzie przekazywanie tylko tych szkół, które liczą nie więcej niż 70 uczniów, a zgodę na to musi wyrazić kurator oświaty.

 

Była jeszcze wojna o 6-latki, które to zła pani minister zamierzyła ograbić z należnego im dzieciństwa, nakazując im obowiązkowo iść do szkół, wojna zakończona rozłożeniem realizacji tego rozwiązania na okres trzech lat, i były spory o reformę w zakresie podstaw programowych, w której to ministerstwo ukryło zamach na literaturę i historię narodu.

 

I jeszcze, nie tak dawno, gdy ministerstwo opublikowało projekt nowego rozporządzenia w sprawie dopuszczania do użytku szkolnego programów wychowania przedszkolnego i programów nauczania, „Głos Nauczycielski" zatytułował tę informację : „Nauczyciele napiszą programy". A z projektu wynika, że program wychowania przedszkolnego i program nauczania dopuszcza do użytku w danej szkole dyrektor szkoły, na wniosek nauczyciela (nauczycieli), po zasięgnięciu opinii rady pedagogicznej, Tyle, i tylko tyle. Bo do tej pory było to domena ministra. Jednak nie zdziwiłem się, że poniżej (wszystko działo się w wersji internetowej) pojawił się komentarz: „To pisanie programów zaczyna być już chore!!!!!!! Czy ktoś nauczycielowi płaci za to pisanie!!!!!!!!!! Niech wreszcie nie robią eksperymentów na uczniach!!!!" Można powiedzieć, że w przypadku projektów zmian i reform proponowanych przez MEN, mamy do czynienia z sytuacją, w której „cokolwiek zrobisz - i tak cię skrytykują!"

 

Spoglądając na ten „krajobraz po bitwie" zadaję sobie pytanie: Jak to możliwe, aby jedna, drobna kobieta - minister Katarzyna Hall - mogła być źródłem tylu, zagrażających nauczycielom, uczniom, ba - wszystkim Polakom, projektów i inicjatyw? A może to cały rząd Donalda Tuska jest rządem zakamuflowanych wrogów ludu, ekipą realizującą tajny plan zniszczenia zdrowej substancji narodu? 

 

A może jest wprost przeciwnie? Może liczne projekty reform, nie tylko w edukacji, a także w ochronie zdrowia, czy szerzej - w polityce społecznej państwa, to po prostu kontynuowanie, rozpoczętego na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, procesu przepoczwarzania się naszego państwa z modelu zcentralizowanego państwa opiekuńczego w nowoczesne państwo obywatelskie, realizujące swe funkcje zgodnie z zasadą subsydiarności? A te batalie związków zawodowych, to po prostu reakcja obronna tych wszystkich sił, które ukształtowane w PRL lub w okresie konfrontacji z tamtym państwem, rozpaczliwie bronią swych pozycji, zagrożonych procesami decentralizacji, zwiększania kompetencji samorządów kosztem władzy centralnej i umacniania się struktur samoorganizującego się społeczeństwa obywatelskiego. Bo wszystko, co powodowało tyle zamieszania, zaczyna inaczej wyglądać, gdy nie patrzy się na to z perspektywy szkoły - jako miejsca pracy nauczycieli, a z punktu widzenia rozlicznych funkcji szkoły w gwałtownie zmieniającym się świecie,  jej roli w lokalnych systemach społecznych, jej znaczenia dla powstawania kapitału intelektualnego Polaków. Gdy odrzuci się spiskową teorię dziejów i zaakceptuje tezę o tym, że rację mogą mieć także nasi przeciwnicy polityczni! Gdy posłucha się, co o wielu z tych kampanii związkowych myślą miliony Polaków - nienauczycieli!

 

Włodzisław Kuzitowicz

 

Artykuł, pod tytułem „Przed kim związki zawodowe bronią nauczycieli?", został opublikowany w „Gazecie Szkolnej"  nr. 17-18/1009