Strona Główna > Gorący temat > Trzy prawdy o sporze wokół opłat za egzamin dyplomowy
Jest takie stare powiedzenie, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. I nie ma w tym nic złego. Bo przecież nie dziwi nikogo, że inaczej na cenę produktu patrzy klient, inaczej sprzedawca, a jeszcze inaczej producent. W tym przypadku to nie tylko różnica w punktach widzenia, ale także konflikt interesów. Konsument jest zainteresowany aby jak najtaniej kupić, pozostali - aby uzyskać jak najwyższą cenę. Sytuacja zaczyna się komplikować, gdy rzecz dotyczy wartości bardziej ulotnych, które dla różnych ludzi mogą mieć różne znaczenie, nie zawsze łatwe do obiektywnego oszacowania. Bywa tak z przedmiotami o wartości historycznej, sakralnej, albo z pamiątkami rodzinnymi. Jednak najbardziej skomplikowane sytuacje powstają, gdy dochodzi do krańcowych różnic w postrzeganiu wartości tak subtelnych, jak czyjaś godność, dobre imię, tak zwana „marka" firmy... Przywołałem te prawdy, być może przez wielu czytelników odebrane jako truizmy, gdyż byliśmy niedawno, my - czytelnicy łódzkiego dodatku „Gazety Wyborczej", świadkami pewnego ciągu zdarzeń, których pełną analizę i ocenę można dokonać właśnie z uwzględnieniem takich kontekstów. Mam na myśli spór jaki powstał wokół decyzji kanclerza łódzkiej WSP o opłatach za egzamin dyplomowy, którą mieli wnieść studenci, kończący w tej uczelni studia II stopnia, a także serię artykułów, jakie na ten temat zamieściła owa gazeta. W swej pierwszej fazie spór ten miał charakter typowego konfliktu interesów: uczelnia nie chciała „dokładać do interesu", studenci nie chcieli ponosić większych kosztów studiowania. Z nie do końca zrozumiałych powodów obie strony nie zdołały wtedy zasiąść przy wspólnym stole, aby poszukać satysfakcjonującego wszystkich rozwiązania. A kompromis był na wyciągnięcie ręki... Cóż, zdarza się , że partnerzy mają trudności z synchronizowaniem swej woli, o czym wiemy także z powszechnie znanej bajki Brzechwy „Żuraw i czapla". Jednak na kolejnym etapie rozwoju wydarzeń pojawia się trzeci element: prasa, a konkretnie redaktor „Gazety Wyborczej", specjalista od tematów edukacyjnych - Marcin Markowski. To on dostrzegł w tym niedogadaniu się stron przejaw swoistej „walki klas", w której po jednej stronie jest pazerny właściciel p r y w a t n e j szkoły wyższej, a po drugiej - biedni, wykorzystywani studenci! Już tytułem pierwszego odcinka swej „trylogii" przyjął pozycję wydającego werdykt sędziego: „Nie taka była umowa". A dalej, niby to cytując wypowiedź studentów, pozwolił sobie na napisanie o uczelni, że sięga do kieszeni studentów bez pytania. A wszyscy wiemy, że tak robią kieszonkowcy, znaczy - złodzieje. Tak bardzo spodobał się panu redaktorowi ten podprogowy komunikat, że powtórzył go w swej kolejnej publikacji, także zatytułowanej jak wyrok: „Pomysł uczelni do poprawki". Bez cienia wątpliwości, wyrażonej choćby znakiem zapytania. Skąd takie niezachwiane przeświadczenie o winie uczelni? Bo autor tego teksu znał treść żądań (sic!), jakie w swym piśmie skierowanym do Kanclerza WSP zawarł Rzecznik Praw Studenta. Znał wcześniej, nim poczta doręczyła ów dokument adresatowi i przyjął je, jako nie podlegającą dyskusji wyrocznię. A gdzie zasada neutralności, obowiązująca przy relacjonowaniu zdarzeń? Próżno jej szukać w publikacji, która jeszcze w jej zamyśle zakładała, że prawda jest tylko po stronie skarżących się studentów, a uczelni nie można wierzyć „za grosz". Dowodem tej postawy jest jedno małe słówko, wplecione w wypowiedź pani Kanclerz WSP, uzasadniającej wprowadzenie opłaty dodatkowym wysiłkiem, jaki wykładowcy wkładają w przygotowanie studentów do dyplomu: „Wysiłkiem ponoć olbrzymim i nieadekwatnym do wynagrodzeń." Ponoć - czyli niekoniecznie naprawdę! To „ponoć", aby utrwalić przekonanie o niewiarygodności władz uczelni, pojawia się i w trzecim artykule, którego tytuł jest także symptomatyczny: „Uczelnia kontratakuje". Bo to już wojna! Tylko patrzeć, jak poleje się krew. Bo studenci grożą: „Sprawa skończy się w sądzie." Nie trudno przewidzieć, że ten scenariusz byłby dla redaktora Markowskiego najkorzystniejszy - znając tempo procedur sądowych, powstałoby jeszcze wiele, wiele publikacji... Wracając do relatywizmu oglądu sytuacji - w zależności od punktu widzenia, warto i na ten spór spojrzeć nie tylko jak na skutek zakłóceń w komunikacji społecznej, ale także przejaw różnic w przypisywaniu wartości takim dobrom, jak jakość edukacji, wkład pracy promotorów w doprowadzenie prac magisterskich do wymaganego ich poziomu, a także dobre imię firmy - w tym przypadku Wyższej Szkoły Pedagogicznej. Bo, parafrazując niezapomnianego księdza profesora Józefa Tischnera, są trzy prawdy: „: „Święto prowda, tyż prowda i g... prowda"! Swoją prawdę maja studenci, dla których taki wydatek jest czymś, czemu - jeśli się uda, warto zapobiec. Mają swoją prawdę (świntom prowde) władze szkoły wyższej, dla których nie jest obojętne na jakim poziomie będą bronione prace magisterskie, i które to władze uznały, że dodatkowa praca promotorów, którzy każdego magistranta, indywidualnie, doprowadzą do uzyskania przez niego tytułu, ale i kwalifikacji na poziomie magistra, winna zostać dowartościowana. Tylko co z tą trzecią prawdą? Wychodzi na to, że to g..azetowa prowda! Włodzisław Kuzitowicz |