Strona Główna > Felieton > Vulgaris znaczyło pospolity, ludowy
Nadeszły piękne dni majowe... Wszędzie zielono, kwieciście, młodzi i starzy wylegli ze swych mieszkań na świeże powietrze... A ci, którzy w nich pozostali, mają pootwierane okna. A za oknami osiedlowe skwery, place zabaw - pełne rozkrzyczanej dzieciarni. I znów z za tych otwartych okien docierają wszechobecne „brzydkie słowa" na k..., na p..., na ch... Można powiedzieć - trwa ogólnonarodowy festiwal bluźnierstw: od przedszkola do ramola... Bo bluźnią wszyscy: staruszkowie, wspominający „stare dobre czasy" i minioną świetność, początkujący „menedżerowie", licytujący się swoimi sukcesami, nastolatkowie - przechwalający się co, gdzie i komu zrobili „koło pióra", a nawet ci najmłodsi, co to dopiero niedawno nauczyli się czytać i pisać w naszym pięknym języku, także dają dowód udanej socjalizacji... I nie ma od tego ucieczki... Bo nie jest nią zamknięcie okien i włączenie telewizora... Tam także wulgaryzmy już dawno się zadomowiły i są elementem „prawdy ekranu". Nie muszę chyba nikogo z naszych czytelników przekonywać, że jeszcze bardziej zaśmiecone wszystkimi możliwymi formami słownej agresji są fora internetowe. Ale to tylko warstwa językowa owego narastającego zagrożenia. Zagrożenia, bo moim zdaniem agresja, we wszelkich jej przejawach, staje się znakiem naszych czasów. Ostatnio, także w maju, jej stadionowa wersja stała się na kilka dni gorącym tematem mass mediów i polityków. A przecież gromady ogolonych głów terroryzują społeczeństwo nie tylko na boiskach piłkarskich. Na nic zdają się dziesiątki kamer monitorujących ulice, setki tysięcy policjantów i strażników miejskich. Bo agresja rodzi się i narasta nie w przestrzeni publicznej, a za zamkniętymi drzwiami domów rodzinnych. Nie mówię, że we wszystkich, ale w bardzo wielu. I długo, jak długo nie uda się dotrzeć do praprzyczyny tego języka i tego „sposobu na życie", tak długo niemożliwe jest skuteczne wyeliminowanie jej z naszego życia społecznego. I jest to wielkie wyzwanie dla wszystkich, którzy są w posiadaniu narzędzi diagnozy, a następnie wielkiej narodowej terapii „łagodzenia obyczajów". Wszystkich, pod warunkiem, że zaprzestaną działań pozornych i zaklinania rzeczywistości pustymi gestami i teatralnymi spektaklami mistycznych uniesień. Bo, jak to widać i słychać z za naszych okien, na ów zalew agresji i wulgaryzmów nie ma wpływu także majowe szaleństwo pierwszych komunii... Bo te „konfirmacyjne aniołki", nawet podczas „białego tygodnia", jak bluźnili pod moim oknem, tak bluźnią i teraz, przechwalając się otrzymanymi z tej duchowej okazji bardzo materialnymi prezentami.... A jako że piszę to dla naszej „gazety dla refleksyjnych pedagogów", proponuję, aby naśladując środowisko medyczne, wziąć sobie do serca maksymę: „Medice, cura te ipsum" [Lekarzu, lecz się sam]. I mam tu na myśli także tysięczne rzesze studentów pedagogiki! Także i naszej, rodzimej WSP. Mają oni w tej dziedzinie wiele do zrobienia... Włodzisław Kuzitowicz |