Strona Główna > Felieton > Ważne to je co je moje, czyli o prawdziwych motywach obrońców ludu
Zauważyłem, że ostatnio niektórzy panowie z półki 55+ chętnie cytują (z pamięci) bon moty rodem z czasów (słusznie) minionych. Bo na przykład jak się chce, nie będąc zawodowym recenzentem, napisać coś o niedawno obejrzanym filmie, to wydaje się, że zgrabnie będzie odwołać się do niezapomnianych dialogów Mańka (Mariana Kociniaka) i Jędrka (Andrzeja Zaorskiego) z „Para-męt pikczers", które niezmiennie zaczynały się od takiej oto wymiany zdań: Jędrek - Fajny film wczoraj widziałem. Maniek - Momenty były? Jędrek - No masz! Najlepiej jak...
I tylko najstarsi górale pamiętają, że filmy recenzowała, w owej konwencji, para mentów (społecznych)... Ale najgłośniejszym cytatologiem ostatnich dni jest niewątpliwie prezes największej partii opozycyjnej w naszym parlamenci, który podczas swej konferencji prasowej postanowił ośmieszyć urzędującego premiera i sarkastycznie mówił: „- Bycie premierem to jest naprawdę coś innego niż bycie cysorzem z piosenki Grześkowiaka. Cysorzem, który ma klawe życie." Tyle tylko, że nie tylko najstarsi górale doskonale pamiętają, iż piosenkę z owym tekstem, do słów Andrzeja Waligórskiego, skomponował i wykonywał Tadeusz Chyła! No cóż, już jakiś czasu temu ów polityk stwierdził stanowczo, że nikt nas (jego partię) nie przekona, że czarne jest czarne, a białe jest białe! Widocznie według nich śpiewał to Grześkowiak i będą się tej wersji (prezesa) trzymali. Jako, że ja także mam prawo sięgać pamięcią do klasyków rozrywki i satyry sprzed kilkudziesięciu lat (już dość dawno awansowałem nawet do klubu 65+), przy tej okazji odświeżyłem moją pamięć i postanowiłem sięgnąć do repertuaru tegoż Kazimierza Grześkowiaka. I tak oto przypomniałem sobie, równie popularną w owym czasie jak ów Cysorz Chyły, piosenkę, znaną pod tytułem „To je moje". Jest tam, między innymi, taka oto zwrotka: W szkole może takich więcej, Ale ja za swoim stoję, Bo nieważne czyje co je, Ważne to je, co je moje!
Otóż szczególnie te dwie ostatnie linijki wydają mi się najlepszą syntezą motywacji działań wielu aktywistów, walczących, w ich mniemaniu, o tak zwaną sprawiedliwość społeczną w ogóle, a w systemie szkolnym w szczególności. Bo popatrzmy na ostatnio staczane boje w obronie szkół, które to (niektóre) szkoły zamierzają zlikwidować samorządy miejskie, gminne czy powiatowe. Mamy tego świeży przykład sprzed kilku dni w Łodzi. Opisał to, nie kto inny, jak - wierny od lat temu tematowi - redaktor „Gazety Wyborczej" Marcin Markowski w artykule "Opozycja juz broni liceów do wygaszenia. Poczatek sporu" Oto mamy w artykule - z jednej strony - tych, którzy aktualnie ponoszą odpowiedzialność za system szkolny w mieście, którzy przekonują o potrzebie dostosowania sieci szkół do nowych programów i niżu demograficznego, apelując metaforycznie słowami, że „nie stać nas na utrzymanie obecnej struktury szkół. Suche gałęzie trzeba odcinać, by drzewo nadal rosło." Z drugiej strony - prawicowa opozycja, które nie odnosząc się do tych argumentów, głosi nagle niezwykle liberalne tezy, „by zamiast wygaszać szkoły, odchudzić klasy. Będzie to z korzyścią dla uczniów i mniej popularnych liceów." Opozycja z drugiego skraju sceny politycznej, z wyniosłą powagą głosi „metodologiczną" prawdę, „że najpierw trzeba określić cel zmian, a dopiero potem sposób realizacji. A celu w tych planach nie widzi." Wtórują tym frazesom związki zawodowe. Pierwsze z nich, te od oświaty i wychowania, z demokratycznym zadęciem proponują: „Najpierw zapytajmy dyrektorów małych liceów, czy mają jakiś pomysł. Ze swoim doświadczeniem na pewno sobie poradzą." Drugi ze związków, ten nauczycielski, określił swe stanowisko, niczym Wyrocznia Delficka: „Poprzemy włącznie sensowną restrukturyzację." Nie jest rolą felietonisty rozstrzyganie racji w tym sporze. Ale warto wszystkim zainteresowanym (nie tylko uczestnikom owego łódzkiego edukacyjnego „okrągłego stołu") uświadomić, że coś z liceami i technikami w Łodzi sensownego zrobić trzeba! Niechby, zanim zaczną wytężać swe koncepcyjne zdolności aby ratować słabych, rozdrabniać siły i środki, zastanowili się, jaki obraz łódzkiej oświaty ponadgimnazjalne jawi się z najnowszych rankingów „Perspektyw" i „Rzeczpospolitej". Nawet nasz „Koper" nie tylko, że nie jest jak to przez wiele lat bywało, „na pudle", ale w stosunku do roku ubiegłego spadł z 6. na 7. miejsce! W pierwszej setce mamy tylko 7 liceów, ale tylko jedno z nich - XII LO poprawiło swą lokatę o 24 miejsca (z 75. na 51.!) Pozostałe obniżyły swą pozycja o kilka, a jedno z nich o 26 miejsc! O miejscach naszych techników lepiej zamilczeć! Niezależnie od zastrzeżeń, jakie można mieć do konstruowania takich rankingów i kryteriów stosowanych przy ocenianiu szkół, są one wskaźnikiem spełniania jednej z dwu, acz ambiwalentnych, funkcji sytemu edukacji. Bo obok realizacji idei egalitaryzmu, czyli zapewnienia wszystkim młodym obywatelom równych szans dostępu do edukacji, rozwoju - a przez to do awansu społecznego, systemy szkolne od zawsze miały także za zadanie wyławianie talentów, pracę nad ich doskonaleniem i wspieranie zdolnej młodzieży poprzez stwarzanie im warunków i wyzwań na miarę ich ponadprzeciętnych możliwości. To ci właśnie uczniowie od zawsze kreowali i będą kreować rozwój naszej cywilizacji! Czy ratowanie słabych szkół, za wszelką cenę, nie tylko wyrażoną w kwotach na ich utrzymanie, ale także za cenę jakości środowiska edukacyjnego jako całości, to jest ta najwłaściwsza drogą do poprawy poziomu pracy naszych szkół? W takich właśnie, kryzysowych sytuacjach, pojawia się zwykle wielu „obrońców ludu". Takich Janosików, Ondraszków czy Robin Hoodów. Jakże łatwo przybierać wtedy pozę rzymskiego trybuna - obrońca ludu, walczącego o prawa maluczkich i słabych! Tylko, że - w odróżnieniu od niejakiego Don Diego (Zorro) - nie za bardzo jest komu te skarby odebrać... Bo szkoły utrzymuje nie jakaś godna pogardy kasta utracjuszy, a po prostu my wszyscy, z naszych podatków... A ci, co chcą być teraz dobrzy kosztem dobra wspólnego, gdy sami sprawowali władzę w mieście, postępowali podobnie... Szanowny czytelnik zapyta pewnie, co ma wspólnego z tym co powyżej napisałem owa zasada z piosenki Grześkowiaka? Bardzo wiele. Bo tak jak „podmiot liryczny" tamtej piosenki - owi obrońcy ludu, politycy i związkowcy, są głusi na argumenty. Jeśli fakty przemawiają na korzyść ich oponentów - tym gorzej dla faktów. Bo nie ważne czyje co je (słuszność, racja, prawda) - ważne to je co je moje - mojej partii, mojej organizacji... Włodzisław Kuzitowicz |