Strona Główna > Publikacje > Woźni i inni...
Szkoła - to budynek, to nauczyciele, uczniowie, w pewnym stopniu także ich rodzice. Szkoła to programy nauczania i liczne środki dydaktyczne, wykorzystywane podczas procesu kształcenia. Ale jest jeszcze jeden, najczęściej niedoceniany, komponent szkolnego środowiska. To tak zwani pracownicy nie będący nauczycielami, zwani najczęściej pracownikami administracji i obsługi. Choć nie prowadzą lekcji, nie mają uprawnień pedagogicznych, bywało że mieli większy wpływ na jakość szkoły jako środowiska wychowawczego niż niejeden, nawet dyplomowany, nauczyciel. I im to właśnie chcę poświęcić moje dzisiejsze refleksje. Zacznę od osoby, z którą uczniowie mają pierwszy kontakt, jeżeli nie w chwili składania dokumentów lub pobierania legitymacji, to zawsze wtedy, gdy pragną uzyskać zaświadczenie że są uczniami. Tą osobą jest „pani sekretarka", rzadziej - „pan sekretarz". Doświadczenia uczniów w kontakcie z sekretariatem szkoły są najczęściej ich pierwszym życiowym doświadczeniem kontaktu z urzędem w ogóle i modelują ich stosunek do urzędu jako takiego. A doświadczenia te bywają, niestety, nie zawsze pozytywne. Zaczyna się od tego, że w wielu szkołach dostęp uczniów do sekretariatu szkoły jest reglamentowany, w różny z resztą sposób. Bywają szkoły, w których bardzo wiele spraw mogą załatwiać wyłącznie gospodarze klas, najczęściej jednak dostęp uczniów do sekretariatu odbywa się w ściśle określonych przedziałach czasu. Ranga pozycji sekretariatu wzrasta wraz z wiekiem uczniów, aby w przypadku uczniów pełnoletnich osiągnąć nierzadko poziom spraw bytowo-egzystencjalnych. Od uzyskania „odnośnego" zaświadczenia zależy nie tylko uzyskanie alimentów, renty czy zasiłku, ale także uprawnienie do odroczenia służby wojskowej czy stypendium. I, jak zawsze, wszystko zależy od człowieka! Sekretarka może być osobą, która - niezależnie od jego wieku czy posiadanej przez niego wiedzy o procedurach i przepisach - staje się dla ucznia pierwszym i najważniejszym nauczycielem i wychowawcą w zakresie praw i obowiązków obywatelskich. Jej życzliwość i gotowość do wysłuchania i załatwienia jakiejkolwiek zgłoszonej przez ucznia, nawet trudnej i nietypowej, sprawy utrwala u niego pozytywne postawy, nie tylko wobec szkolnej, ale w ogóle - każdej administracji. Natomiast sekretarki, które koncentrują się na pracy na rzecz dyrekcji szkoły, dla których uczniowie w roli petenta są uciążliwym elementem w ich zakresie obowiązków służbowych, budują u uczniów szkoły stereotyp urzędnika - biurokraty, osoby będącej „po drugiej stronie barykady", kogoś kto będzie, także i w przyszłości, kojarzył się im z wrogim sobie światem „onych" - z mitycznym aparatem władzy. Do kategorii „administracja", poza pracownikami sekretariatu szkoły, należą przede wszystkim kierownicy gospodarczy. Są to pracownicy, z którymi znakomita większość uczniów nie ma bezpośredniego kontaktu. Jednak ich wpływ na życie szkoły jest nie do przecenienia. To kierownik (rzadziej jest to wicedyrektor do spraw administracyjnych), będąc bezpośrednim przełożonym wszystkich pracowników obsługi, odpowiada za codzienne funkcjonowanie szkoły. Koordynuje i nadzoruje on pracę woźnych, sprzątaczek, szatniarzy, portierów, konserwatorów i elektryków, palaczy kotłowni i tak zwanych „robotników do prac lekkich". To jego styl kierowania, stosunek do tych wszystkich osób, obserwowane przez uczniów sposoby zwracania się do swych podwładnych, kształtują postawy uczniów do, jak to się kiedyś określało, pracowników fizycznych. Kierownik jest więc tu wzorem odnoszenia się do osób nie posiadających często nawet wykształcenia zawodowego, wykonujących nieatrakcyjne, proste prace czy usługi. Bywa, że w szkołach, w których młodzież jest świadkiem złego traktowania pracowników obsługi przez kierownictwo, napotkać można także pogardliwe, a nawet wulgarne formy zwracania się uczniów do tej kategorii pracowników szkoły. Najmniej znaną przez uczniów osobą z administracji jest główny, a najczęściej - główna księgowa. Jedynie osoba prowadząca szkolną kasę może być dla uczniów kimś, do kogo idzie się po wypłatę stypendium lub zapomogi, rzadziej - aby dokonać jakiejś wpłaty. W niektórych, zwłaszcza mniejszych szkołach, obowiązki kasjerki pełni także sekretarka, - rzadziej zadania te są łączone ze stanowiskiem kierownika gospodarczego. We wszystkich jednak przypadkach pracownik prowadzący kasę odgrywa rolę edukacyjną zbliżoną do roli sekretarki. Jednak najbardziej zakorzenioną w szkolnej tradycji jest funkcja woźnego. Z kart starych rycin i fotografii znamy tę postać jako ubranego w służbowy strój, wąsatego starszego pana z dzwonkiem w dłoni. Którzy współcześni uczniowie znają słowo „pedel"? Czy możliwa w dzisiejszych realiach jest powtarzana w niezliczonych wersjach opowiastka o pewnym woźnym, który lubił mawiać: „Ja i pan dyrektor zdecydowaliśmy..." Co pozostało z dawnego autorytetu szkolnego woźnego do dzisiaj? Niestety - niewiele! W wykazie stanowisk pracowników obsługi jest co prawda nie tylko woźny, ale nawet starszy woźny. Niestety - w mało której szkole jest to osoba, której wygląd i codzienne funkcjonowanie wyróżniałyby ją od sprzątaczek. Często jest to po prostu forma awansu płacowego za długoletnie sprzątanie szkoły. Obok nowego tytułu osoba taka otrzymuje, jako dodatkowy bonus, „mniejszy metraż do sprzątania". W zamian za to występuje w roli gońca, jeżdżąc z korespondencją do władz oświatowych i innych urzędów. Uczniowie nie są w stanie orientować się w takich niuansach, traktując woźne na równi ze sprzątaczkami. A szkoda. Dewaluacja tej niezwykle ważnej funkcji szkolnej jest dla mnie „znakiem czasu" - bo to woźny szkolny, jego autorytet i obecność na szkolnych korytarzach wystarczał drzewiej w zupełności za nauczycielskie dyżury podczas przerw, systemy monitoringu i „ochroniarzy". Jednak pozycja takiego szkolnego demiurga legła w gruzach nie tyle w wyniku ogólnego zepsucia społeczeństwa i czyjegoś tajemnego spisku, a przede wszystkim jako nieuchronny skutek budowy szkół „tysiąclatek" - przy czym nie mam tu na myśli szkół budowanych dla uczczenia 1000-lecia Państwa Polskiego, a szkoły budowane dla tysiąca uczniów! Dlatego gospodarze naszych szkół: gminy, powiaty, a zwłaszcza miasta - wielkie miasta, winny jako jedno z najważniejszych zadań w swych programach modernizacji sieci szkól zapisać sobie likwidację szkół-molochów, szkół, w których nauczyciele nie znają uczniów, dyrektorzy nie znają nauczycieli, gdzie nie tylko woźny nie ma racji bytu, a gdzie ład, porządek i bezpieczeństwo mogą być utrzymywane jedynie metodami policyjnymi. Ale wróćmy do pracowników obsługi. Obserwując życie przeciętnej szkoły moglibyśmy poczynić niemal entomologiczne spostrzeżenie: jak mrówki-czyścicielki, z regularnością czterdziestopięciominutowego rytmu szkolnych lekcji, pojawiają się na szkolnych korytarzach i w toaletach panie w fartuszkach, wyposażone w szczotki, szmaty i wiadra i w kilka chwil po wejściu ostatniego spóźnionego ucznia do klasy podejmują swoją pracę. Zbierają, porzucone przez kochaną przyszłość narodu, papierki, kubeczki, butelki po napojach, niedojedzone kanapki i ogryzki. Potem idą do WC i przepychają zatkane umywalki, wyjmują z sedesów puste puszki po... niech będzie że po coli, a przede wszystkim - przyjmijmy że nie jest to szkoła podstawowa - wydłubują z pisuarów i zmiatają z posadzki dziesiątki „petów"! Zdarza się, że muszą wytrzeć, nie tylko z podłogi, plwocinę, zmyć ze ściany wulgarny napis, wezwać konserwatora, aby wstawił wyrwane drzwi do kabiny, zreperował urwaną spłuczkę, wymienił rozbity kopniakiem sedes... Ledwo uporają się z tym wszystkim i zejdą do swojego pokoju, a już dzwonek na kolejną przerwą. Mija dziesięć lub piętnaście minut - i scena się powtarza. I tak aż do ostatniego dzwonka! Oczywiście - to trochę taka moja „licentia poetica". Ale czy całkowicie fikcyjna? To przejaskrawienie obrazu jest mi potrzebne do postawienia odważnego pytania. Czy sprzątaczki w szkole są niezbędne? Czy ich obecność, przyzwyczajanie dzieci i młodzieży do sytuacji, w których oni są od śmiecenia, a sprzątaczki od sprzątania, to na pewno sytuacja wychowawcza? Stąd już tylko krok do pytania o kastowość szkolnej społeczności. Bo w sytuacji, jaka ma miejsce dzisiaj, w bardzo wielu szkołach to właśnie one są tymi „nietykalnymi", do których ten i ów młodzieniec czy pannica potrafi powiedzieć: „Posprzątaj to! Od tego tu jesteś!" Warto temat przemyśleć. O ile nie mam wątpliwości co do konieczności zatrudniania sprzątaczek w przypadku szkół podstawowych (zwłaszcza klas I - III), szkół specjalnych, to dalsze utrzymywanie takiej sytuacji uczniowskiego „jaśniepaństwa" w gimnazjach, liceach, zespołach szkół ponadgimnazjalnych wydaje się ze wszech miar szkodliwa wychowawczo. Sygnalizuję jedynie ten problem, mając świadomość jego wielu uwarunkowań i konsekwencji. Jednym z najważniejszych, obok przepisów sanitarnych i teleologicznej interpretacji funkcji pracy w procesie wychowania, jest, tak jak i poprzednio, liczba uczniów przebywających jednocześnie w szkole. Dodatkowym aspektem problemu sprzątaczek w szkołach jest podejmowana przez wiele władz gmin i powiatów inicjatywa zatrudniania do sprzątania szkół, wzorem urzędów, wyspecjalizowanych firm sprzątających. Ale te, wchodząc na teren szkól po zakończeniu lekcji, nie stanowiłyby elementu środowiska społeczno-wychowawczego szkoły. Obok woźnych i sprzątaczek szkoły zatrudniają także szatniarki i portierów. Ci ostatni, to kobiety i mężczyźni, raczej w starszym wieku, często są to pracujący na części etatu emeryci lub renciści. Ich podstawowym zadaniem jest czuwanie przy głównym wejściu i uniemożliwienie wstępu osobom obcym na teren szkoły. W wielu szkołach od lat wejście to zamykane jest na zdalnie sterowany zamek elektromagnetyczny, uczniowie zobowiązani są do noszenia identyfikatorów ze zdjęciem, co bogatsze szkoły wprowadziły system kodów kreskowych na tychże identyfikatorach i czytnik, otwierający drzwi. Portier staje się w takiej szkole raczej dodatkiem do systemu, zatraca swą interaktywną rolę w relacjach z uczniami. Jeżeli nie nakazano mu śledzenia zainstalowanych w dyżurce ekranów wewnątrzszkolnego monitoringu, pozostaje mu funkcja informatora w stosunku do osób przychodzących z zewnątrz, a także negocjatora w sytuacjach pozaregulaminowych: gdy uczeń zapomniał identyfikatora, gdy chce opuścić teren szkoły podczas trwania zajęć albo gdy usiłuje wprowadzić na teren szkoły osobę nie będącą uczniem. Jeżeli w szkole nie zamyka się drzwi, jeżeli jest to niewielka szkoła, w której wszyscy wszystkich znają, portier ma szansę odegrania w niej roli autentycznego opiekuna i gwaranta bezpieczeństwa wszystkich członków szkolnej społeczności. A jaką rolę pełnią osoby zatrudnione w szatni szkolnej? W tym przypadku są możliwe także przynajmniej dwie wersje. Jedna - to rola klasycznej szatniarki, przyjmującej wierzchnią odzież i wydającej numerek. Jest to więc praca wyraźnie kumulująca się w dwu okresach: przed rozpoczęciem lekcji - i wtedy wymagana jest duża „wydajność" usługi, i po zakończeniu zajęć - ale już bardziej rozłożona w czasie, bo uczniowie różnych klas kończą lekcję o różnych porach. Z tego powodu wielu dyrektorów szkół, poszukując oszczędności, oddelegowuje do tych zadań nawet po kilka sprzątaczek, które po akcji „szatnia" wracają do swoich podstawowych prac. W tej wersji szatniarka, jako samodzielny i znaczący element społecznego systemu szkoły, nie występuje. Ale jest jeszcze nadal bardzo rozpowszechniona druga wersja szatni szkolnych - tak zwane boksy. Uczniowie każdej klasy otrzymują wyodrębnionym pomieszczeniem z wieszakami, do swojej dyspozycji. W takiej szkole szatniarka jest dysponentem kluczy od boksów. Zgodnie z ustalonymi w szkole zasadami wydaje te klucze osobom upoważnionym, następnie, po zamknięciu boksów, odbiera je i przez cały okres pobytu uczniów w szkole sprawuje pieczę nad przechowywaną w boksach odzieżą. Jest nie tylko osobą odpowiedzialną materialnie za przechowywane w szatni mienie uczniowskie, lecz także za porządek, bezpieczeństwo i przestrzeganie szkolnego regulaminu na terenie szatni. I to ostatnie zadanie często przekracza możliwości owych osób. Jaką możliwością egzekucji tegoż regulaminu dysponuje szatniarka, która w gimnazjum lub w szkole z jeszcze starszą młodzieżą stwierdzi, że uczniowie w boksie palą papierosy, skręta z „marychy", że piją alkohol albo dokonują samosądu na koledze? Jeżeli usłyszy od takich „klientów": „Jak komuś powiesz, to ci tak...., że cię mąż nie pozna!" Szkoły ratują się organizowaniem w szatniach dyżurów nauczycielskich. Ale ci też nie zawsze są w stanie zapewnić ład i porządek prawny. Dlatego także i w szatniach zakłada się kamery monitoringu. A szatniarki? Szatniarki zajmują się kluczami, sprzątają po uczniach szatnię i ... wolą nic więcej nie widzieć! W szkołach pracują jeszcze konserwatorzy - szkolne „złote rączki" do wszystkiego, niezależnie od nich - także elektrycy (bo trzeba mieć odpowiednie uprawnienia) i - jeżeli szkoła ogrzewana jest ciepłem z lokalnej kotłowni na węgiel lub koks - także palacze kotłowi. [Ogrzewanie olejem opałowym lub gazem pozwala na pełną automatyzację.] Są jeszcze dozorcy-omiatacze, zamiatający śmiecie i liście z ulicy, podwórka i boiska, a zimą odgarniający śnieg. A w szkołach, które nie poszły na łatwiznę cateringu lub ajencyjnego bufetu, jeżeli obiekt ten spełnia europejskie normy, w szkołach które prowadzą szkolne stołówki pracują jeszcze kucharki. Wszystkie te funkcje realizowane są jednak na obrzeżach szkolnego życia, w niewielkim, lub żadnym kontakcie z uczniami. Dzieje się tak albo ze względu na przepisy BHP (jak w przypadku kuchni i stołówki, napraw instalacji elektrycznej, obsługi kotła) albo wynika z faktu, że prace te są wykonywane pod nieobecność uczniów. Funkcjonowanie owych pracowników nie przekłada się więc na ich bezpośrednie oddziaływanie wychowawcze. Czy to dobrze, czy źle - to problem do własnych przemyśleń czytelników. Na kogo, poza sobą, mogą dziś liczyć dyrektorzy szkół i nauczyciele w swych wysiłkach tworzenia ze szkół środowisk wychowawczych? Czy możliwe jest reaktywowanie pozycji woźnego? Czy szatniarka może stać się powierniczką tajników serc uczniowskich? Czy sekretarki bywają jeszcze rzeczniczkami praw uczniów wobec szkolnej biurokracji? Czy da się jeszcze przeprowadzić, z dobrym skutkiem, takie pospolite ruszenie, taką akcję „wszystkie ręce na pokład" - dla ratowania tego dryfującego szkolnego okrętu? Oto jest pytanie! Włodzisław Kuzitowicz |