Gazeta Edukacyjna dla refleksyjnych pedagogów

Czwartek, 23 października 2014 r. 296 dzień roku

                                                                                                                                                Forum | Czat | Kontakt | Partnerzy | Mapa Strony








 
Strona Główna | Bibliografie | Konferencje | Recenzje | O Gazecie Edukacyjnej 
 
centrum konferencyjno widowiskowe Lutnia
 Badania i raporty
 Blogosfera
 Felieton
 Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne proponuje
 Gorący temat
 Polecamy
 Polemiki
 Publikacje
 Szkoła z pomysłem
 Wydarzenia
 Wywiady
 Bibliografie
 Konferencje
 Recenzje
 O Gazecie Edukacyjnej
 Partnerzy
 Inspirujące
Strona Główna > Publikacje > Wychowanie do życia w rodzinie. Refleksje pedagoga praktyka.


Co jakiś czas powraca dyskusja o nieszczęsnym i głęboko kłopotliwym przedmiocie szkolnym zwanym pokrętnie „Wychowaniem do życia w rodzinie".Impulsy do pojawienia się takich dyskusji są dwojakiego rodzaju: pierwszy - standardowy ( i cykliczny ) - czyli kolejne kampanie wyborcze, i drugi - okazjonalny, kiedy to w mediach wybucha afera typu „ dzieci w beczce", „dwunastoletnia matka"itd. Właśnie w tym drugim przypadku nasze dzielne media starając się dociec winnych tego typu sytuacji - bo winny zawsze musi być. Inaczej byłoby bez sensu robienie jakikolwiek reportażu. Dziennikarze przypominają sobie wtedy hasło, że wszelkim przejawom demoralizacji społecznej można zapobiegać edukacją.


Właśnie, edukacja!!! Edukacja, czyli szkoła, czyli przedmiot nauczania, czyli nauczyciele, czyli - co się u diabła u nas dzieje z tym przedmiotem?! I w tym miejscu następują wywiady prasowe, radiowe i telewizyjne z politykami, młodzieżą, rodzicami... Mają one jeden wspólny mianownik: że przedmiot taki, choć istnieje w modelowych założeniach, jest prowadzony źle, a jeśli w ogóle jest, to powinien być prowadzony tak, aby uczestnictwo w takich zajęciach zabezpieczyło młodzież przed zgubnymi konsekwencjami niebezpieczeństw, tak użyjmy tego słowa śmiało, dojrzewania seksualnego.


Zajmijmy się pierwszą częścią tego twierdzenia, to znaczy, że przedmiot ten jest. Czy faktycznie jest to odrębny przedmiot, czy tylko program?. Aktualnie prawne podstawy jego funkcjonowania to Ustawa z dnia 7 stycznia 1993 r. o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży. (Dz.Ustaw nr17 poz.78, z późniejszymi zmianami) i Rozporządzenie Ministra Edukacji Narodowej i Sportu z dnia 19 lipca 2002 r. zmieniające rozporządzenie w sprawie sposobu nauczania szkolnego oraz zakresu treści dotyczących wiedzy o życiu seksualnym człowieka, o zasadach świadomego i odpowiedzialnego rodzicielstwa, o wartości rodziny, życia w fazie prenatalnej oraz metodach i środkach świadomej prokreacji zawartych w podstawie programowej kształcenia ogólnego. [Dz.U. z 2002 nr 121 poz. 1037].


Rozporządzenie to ustala liczbę godzin przeznaczonych na zajęcia z zakresu wiedzy o życiu seksualnym człowieka ( nazywane potocznie „wdż") na 14, w każdym roku szkolnym, w szkołach podstawowych w kl. V i VI a także we wszystkich klasach gimnazjów i szkół ponadgimnazjalnych,w tym 5 godz. z podziałem, oddzielnie dla chłopców i dziewcząt. Czyli jest dobre Ministerstwo zapewniające godziny na ten program lecz niestety diabeł ( co jest banalne lecz niestety nadal słuszne ) tkwi w szczegółach.


Godziny „wdż" realizowane są w gimnazjach w RAMACH przedmiotu wiedza o społeczeństwie, są więc tylko modułem tego przedmiotu. Zaś w szkołach ponadgimnazjalnych mają się one odbywać na osobnych godzinach, ale tutaj czyha na prowadzących największa pułapka! Po pierwsze - zgodę na uczestnictwo w zajęciach „wdż" muszą wyrazić - do 18 roku życia ucznia - jego rodzice, a po drugie - owe 14 godzin (z podziałem na chłopców i dziewczęta - to19 godz.), to tak zwane „godziny dyrektorskie".


Sprawa pierwsza: jest to zatem jedyny rodzaj zajęć edukacyjnych, oprócz religii, na uczestnictwo w którym rodzice ucznia mogą nie wyrazić zgody. Z pozoru wydaje się to słuszne i poprawne politycznie. Przedmiot drażliwy, ingerujący głęboko w sferę światopoglądową, do której dostęp powinny mieć tylko osoby najbardziej bliskie dziecku... No cóż! Jest to, według mnie, założenie będące istnym kuriozum zakłamania. Jeżeli bowiem rodzice decydują się powierzyć opiekę, nauczanie i wychowanie młodego człowieka jakiejś szkole, na ogół nie wyrażają odrębnej zgody na nauczanie, historii, biologii, polskiego, na których to przedmiotach „nieodpowiedzialni" pedagodzy również mogą przemycać, obrazoburcze i niszczące ( w mniemaniu tych rodziców) młody umysł, treści. Jeżeli zatem stawiamy rodziców przed pytaniem: Czy twoje dziecko ma uczęszczać na „wdż" ? - dajemy im do zrozumienia, że w zajęciach tych mogą tkwić niebezpieczne głębie i zasadzki. W zasadzie, zgodnie z zamysłem twórców tego rozporządzenia, rodzicom na początku roku szkolnego powinien być przedstawiony program i plan nauczania przedmiotu przez osobę, która będzie go prowadzić, i która powinna odpowiadać na ewentualne pytania rodziców oraz rozwiewać ich ewentualne wątpliwości. Bardzo to ładne, tylko trochę nierealne bo oparte na dziecinnej wierze twórców tego pomysłu, że rodzice pragną wraz ze szkołą budować programy „wdż" oraz, że mają wystarczające kompetencje pedagogiczne i merytoryczne żeby to czynić.


Drugim czynnikiem, decydującym o istnieniu godzin „wdż" w szkole, to tak zwane „godziny dyrektora". Cóż oznacza ten termin? Godziny dyrektora, to pula godzin , którą dyrektor szkoły może przeznaczyć na określony przedmiot, poza godzinami wynikającymi z ramowych planów nauczania, i tylko z tej puli mogą pochodzić interesujące nas godzinny „wdż". Pula godzin dyrektorskich wynosi..3 godz w cyklu nauczania. Każdy, kto chociaż kilka miesięcy przepracował w szkole publicznej, doskonale rozumie wymowę tego faktu. O ile jeszcze w gimnazjach dyrektor, w celu ratowania pełnego etatu nauczyciela WOS-u, godzi się z poświęceniem owych godzin na moduł „wdż", o tyle w szkołach ponadgimnazjalnych każdy rozsądny dyrektor, w obliczu napiętych programów nauczania i konieczności przygotowania uczniów do matury, przeznaczy te godziny na dodatkowe zajęcia z określonych przedmiotów. Jest to świetnie rozumiane i akceptowane przez rodziców i nauczycieli.


Dodać tu należy, że o ile zbierze się określana grupa zdesperowanych rodziców, zdecydowanych oświecić swoje dzieci w kwestii wychowania do życia w rodzinie, muszą się oni liczyć z faktem, że cały czas - mówię o szkołach ponadgimnazjalnych - ich pociechy będą musiały pojawić się w szkole na lekcji zerowej, bądź pozostać w niej na lekcji ósmej lub dziewiątej.


Jak widzimy, organizacyjnie „wdż" jest skazany na porażkę w sposób, rzec by można, genetyczny. Nie chciałabym się tu odnosić do kuriozalnych podręczników, jakie funkcjonują do tego przedmiotu, gdyż jest to temat na dużą dysertację, albo duże widowisko kabaretowe w stylu grupy Monthy Pytona. Każdy rozsądny człowiek prowadzący te zajęcia sam stara się znaleźć określone materiały, mieszczące się w treściach programowych, które są na szczęście sformułowane dość ogólnie i dają sporą możliwość manewru. W tym miejscu może paść pytanie o motywy mojego osobistego zainteresowania tematem. Jestem pedagogiem szkolnym w łódzkim liceum ogólnokształcącym. Dwa lata temu skończyłam studia podyplomowe na UŁ, przygotowujące do prowadzenia zajęć „Wychowanie do życia w rodzinie", po czym prowadziłam takie zajęcia w mojej szkole. I fakt ten, jak sądzę, upoważnia mnie do podzielenia się z czytelnikami moimi przemyśleniami


Ku mojemu zdziwieniu znajdowała się zawsze grupa młodzieży, którą rodzice zapisywali na „wdż", i ku mojemu jeszcze większemu zdziwieniu - uczniowie ci chodzili na te nieszczęsne zerówki i ósme lekcje! Muszę tu dodać, że jest to przedmiot, z którego - słusznie z resztą - nie ma ocen i jego niezaliczenie nie wiąże się z żadnymi konsekwencjami.


Moje wnioski są następujące: - Młodzież chce przede wszystkim rozmowy! Wiem, że brzmi to banalnie. Rozmowy o tym co sprawia, że jestem właśnie taki, dlaczego zachowuję się  w określonych sytuacjach tak a nie inaczej, dlaczego ludzie nie rozumieją się nawzajem? Krytycy istnienia tych zajęć nazywają je często, podczas gorących dyskusji, „wychowaniem seksualnym" co sugeruje słuchaczom, że przez bite 14 lub nawet 19 godzin rozmawiamy z młodzieżą o seksie w czystej postaci tzn.: pozycje seksualne, dewiacje, antykoncepcja, aborcja, zarodki nie wiem co jeszcze, może afrodyzjaki?. Młodzież, wbrew temu co może niektórzy sądzą, ma bardzo rozsądne podejście do tych kwestii i po kilku godzinach naprawdę uważa temat za wyczerpany. Tematy dotyczące seksu i antykoncepcji są oczywiście bardzo istotne i należy je przeprowadzić rzetelnie, nie tworząc dziwnej atmosfery ekscytacji, którą często obserwuję u niektórych dorosłych w związku z tą sferą życia człowieka.


Młodzież podchodzi do tego tematu bez jakiś specjalnych zahamowań. Nie zauważyłam objawów wstrząsu psychicznego po otrzymaniu wiadomości z tej dziedziny. Być może do takiej spokojnej percepcji przyczyniły się właśnie wyżej wymienione godziny zajęć. Miło wspominam te zajęcia, które przypominały raczej kółko dyskusyjne niż lekcje. Te sympatyczne wspomnienia nie zagłuszyły jednak we mnie wątpliwości, czy rzeczywiście uczniowie, którzy nie chodzili na te zajęcia, byli tak bogaci w wiedzę i doświadczenie, że nic by im one nie dały?


Niestety moje prognozy co do realnego istnienia tego typu zajęć w szkołach ponadgimnazjalnych nie są optymistyczne. Z pewnością nie zmieni się on w przedmiot obowiązkowy z przyczyn czysto ideowych. Z jednej strony - z obawy przed (rzekomym) powszechnym namawianiem młodzieży do nieskrępowanego niczym seksu, z drugiej strony - poprzez całkowitą hipokryzję, polegającą na odkładaniu wprowadzenia tego przedmiotu do szkół do czasu posiadania przez MEN armii „edukatorów seksualnych", wyposażonych w wybitne umiejętności przeprowadzania tych zajęć, i nie zatrudnianych w konkretnej szkole, ponieważ młodzież może krępować się rozmawiać na TE tematy z nauczycielami. Zapewniam, z własnego doświadczenia, że młodzież się nie krępuje.


Oczywiście nasi uczniowie nie są pozostawieni sami sobie. Zawsze mają możliwość skorzystania ze zdobyczy naszych czasów, która pozostaje poza władzą MEN, czyli z internetu! A tam naprawdę już nikt się nie krępuje a „edukatorów seksualnych" można znaleźć na pęczki.


Małgorzata Trojak

pedagog szkolny, III LO w Łodzi